niedziela, 30 sierpnia 2009

27 SIERPNIA - CZWARTEK







Poranek rozpoczyna sie tradycyjnym chinskim niskobudzetowym sniadaniem. Jak codzien jemy nalesniki z jajkiem. Cena - 3 yuany. Smaczne, sycace i tanie.

Dla niektórych to ostatni dzien w Panstwie Srodka. Jeden z "niektórych", Wolski Andriejewicz, ma zbiezne plany z naszymi. W takim razie wspolnie udajemy sie do Parku Beihai ("bei" = polnoc, "hai" = morze) polozonego w samym centrum Pekinu, tuz obok Zakazanego Miasta. Wstep kosztuje 10 RMB. Kolejny raz bulwersujemy sie, ze czardzuja nas za wejscie do parku i kolejny raz przypominamy sobie, ze park w Chinach to jednak cos innego niz park w kraju nad Wisla.

Duzo tu zdobionych pawilonow, w których mozna na moment usiasc i odpoczac od palacego slonca. Dla amatorow sportow wodnych - sporych rozmiarow jezioro, po którym plywaja lodzie wioslowe, rowery wodne itp. Na jeziorze znajduje sie takze wysepka, a na niej slynna Biala Dagoba. Na uwage zasluguje równiez "Ekran Dziewieciu Smokow", ktory ma odstraszac zle duchy (ach te chinskie wierzenia). Ponad dwugodzinny spacer byl prawdziwie odprezajacym doswiadczeniem (mimo, ze pogoda wcale tego nie ulatwiala)

Niespiesznym krokiem podazamy w kierunku Wiez: Bebnow i Dzwonow. Wstep na legitymacje ISIC do obydwu obiektow kosztuje 15 RMB. Wieza Bebnow ponoc znajduje sie w kazdym wiekszym miescie. W przeszlosci sluzyla do obwieszczania godziny i oglaszania alarmow. Dodatkowa atrakcja jest to, iz co pol godziny kolesie (choc byly i kobiety) w tradycyjnych strojach bebnia w bebny. Wieza Dzwonow nie wzbudza w nas wielkiego zainteresowania - dzwon jaki jest kazdy widzial. Na koniec spacer po okolicznych hutongach. W tej czesci Pekinu zachowalo sie wyjatkowo duzo tradycyjnych chinskich uliczek, gdzie cala dobe toczy sie gwarne zycie.

Wieczor spedzamy w miasteczku olimpijskim, gdzie urzadzamy "pozegnalna impreze" dla siostr i Wolskiego. Rzecz jasna to oni stawiaja flaszke (wersja dla rodzicow: jedna flaszke, wersja zgodna z rzeczywistoscia: dwie flaszki). Powrot tuz przed "zamknieciem" metra, przy koniecznych trzech przesiadkach, dostarczyl sporo adrenaliny.

26 SIERPNIA - SRODA

Noc uplynela mniej lub bardziej wygodnie (w zaleznosci od osoby i ze wskazaniem na "mniej"), ale faktem jest, iz 8.10 wysiedlismy na pekinskim dworcu. Wsiadamy do zatloczonego metra i juz po kilkunastu minutach jestesmy w dobrze znanym Sanlitun Hostel. Klade sie spac, bo w pociagu niestety nie bylo mi to dane. Nie bedzie szyderczego powitania pozostalej czworki. Nikt nie ma na to sily.

Godzinka snu standardowo zamienia sie w cztery. Skoro jest juz 14-ta to pora na obiad. W "zaprzyjaznionym" barze spotykamy Danute, ktora twierdzi, ze w jej pokoju byl Wolski. Ciekawe jakim cudem, skoro wraz z Grobelnymi zarezerwowali zupelnie inny hostel. Cos musialo sie jej przysnic...Ciekawe co Wojtek na to, ze Danuta wciaz sni o Kubie...Pol godziny pozniej okazuje sie, ze Danuta wyjatkowo nie oszukiwala. Kuba siedzi przy recepcji i opowiada nam swoja (a wlasciwie "ich") historie. Po przyjezdzie (dla przypomnienia: 2h po nas) poczytali opinie o hostelu, w którym "zabookowali" nocleg. Okazalo sie, ze nie honoruja tam rezerwacji z hostelworld.com, a sama noclegownia polozona jest w jakims malo atrakcyjnym miejscu. Szybko sie zorientowali, nieprawdaz? Tak czy inaczej - zamiast do "South Garden" przyjechali do "naszego Sanlituna" i wzieli cztery miejsca w dormitorium. Takim oto sposobem cala dwunastka spi w jednym miejscu.

A wieczorem, wraz z Lucyna i Adamem Andriejewiczem, wyprawiamy sie po chinskie herbatki. Odwiedzamy ekskluzywnie wygladajacy sklep na ulicy Jinbao (kilkaset metrow od najbardziej wypasionych butikow na Wangfujing), w którym kupilismy juz jasminowa herbate podczas naszej pierwszej wizyty w Pekinie. Mimo, ze byla to najtansza z dostepnych herbat (6 RMB za 50g) smakowala wybornie. Czym nas urzekla? Intensywnym zapachem, swietnym smakiem, niewielka iloscia kwiatkow potrzebnych by zaparzyc kubek goracego aromatycznego napoju. Niestety (dla portfeli, bo dla kubkow smakowych "stety") - pozostale gatunki herbat byly rownie urzekajace. Moze i tanio w tych Chinach, ale jak sie kupuje w taaakich ilosciach to i tak pieniadze blyskawicznie sie rozplywaja. Parafrazujac ulubiona piosenke Slomy: "Co sie stalo z nasza kasa, pyta Jedrzej w Panstwie Srodka"

25 SIERPNIA - WTOREK




Dzis opuszczamy sympatyczne Pingyao, miasteczko ktore dalo nam nieco wytchnienia po kilku dniach w wielomilionowym Pekinie. Wyjechac stad jest duzo trudniej niz dostac sie. Zakup miejscowki na "hard seat'a" (w ktorymkolwiek z dwoch pojezdow) do stolicy niemalze graniczy z cudem. Dlatego tez dwa dni temu, od razu po przyjezdzie kupilismy 4 bezposrednie bilety dla wracajacych samolotem (co za wspanialomyslnosc & solidarnosc), a pozostala osemka (meczennicy) jedzie do Taiyuan (150km od Pingyao) i tam szuka szczescia (=biletow na dalsza trase)

Podroz rozpoczynamy od ponad godzinnej wizyty na dworcu, gdyz nasz pociag jest solidnie spozniony. Do Taiyuan docieramy po 15-tej zamiast przed 14-ta. Przeciskamy sie przez ultra zatloczony hol i biegiem do kas. Mily pan z obslugi dworca wypisuje na kartce godziny odjazdow. Gdy decydujemy sie na konkretny pociag (taki o 21 z Taiyuan) mily pan staje sie panem przemilym. Bierze kartke, idzie do kasy i kupuje nam pozadane bilety. Co za serwis. Tak powinno byc na kazdym dworcu.

No i najlepsze na koniec. W Beijingu bedziemy o 8 rano. Ponad dwie godziny przed "lotniczym kwartetem", kwartetem ktory na nasze "do zobaczenia w Pekinie" odpowiedzial "o ile dojedziecie". Ten sie smieje, kto sie smieje ostatni...Przez chwile ze Sloma mamy nawet pomysl, aby o tej 10-tej udac sie na dworzec i powitac ich "transparentem" "Magdalena". Ujrzec wyraz ich twarzy...bezcenne.

Taiyuan, wbrew temu co mowila Chinka z pociagu, nie jest wcale "bjutiful siti". Krotki spacer konczymy w podrzednej knajpce (na te "nadrzedne" mamy zbyt skape sakiewki), w ktorej obsluga jest dosc specyficzna (czytaj: wyjatkowo tepa). Podawszy trzy z pieciu zamowionych dan, pani kelnerka podchodzi do nas i lamana angielszczyzba pyta: "Hello, what do you want to eat?". Kazdy zdebialby uslyszawszy takie pytanie w srodku posilku. Na nic zdaja sie tlumaczenia, pokazywanie w menu, liczenie na palcach itepe. Wiadomo czego tysiac mnie trafia (glodny Polak to zly Polak. Zawsze.) Lucyna podejmuje sie trudnego zadania uzmyslowienia chinskiej tepocie, ze to co zapisala na kartce naprawde chcemy skonsumowac. Niestety - pani jest wyjatkowo oporna na tlumaczenie. Placimy za to co w istocie goscilo na naszym stole i wychodzimy.

W poczekalni lupiemy w Dominiona, co jak zwykle gromadzi tlum ciekawskich Chinczykow. 45 minut przed odjazdem formuje sie kolejka do bramek. Jak zawsze ma piec nielegalnych odnog, z których do kolejki doplywaja chinscy kombinatorzy. Na szczescie zajmujemy calkiem niezla lokate w "wielkim wyscigu", ktory rozpoczal sie pol godziny przed odjazdem. To nam pozwala wrzucic plecaki na gore zanim Chinczycy wladuja tam swoje "worki z piaskiem". Siadamy na naszych wygodnych fotelach (ktore mamy wykupione, w odroznieniu od "Wolskich" i "Grobelnych") i standardowo pykamy w tysiaca oraz kierki. Pod nieobecnosc Andriejewicza zgarniam cala pule...

24 SIERPNIA - PONIEDZIALEK





Poranek rozpoczynamy od sniadania (oryginalnie, nieprawdaz?) Kupujemy wieeelkie omlety pokrojone na kawaleczki i posmarowane ostrym paprykowym sosem. Poranny spacer po starozytnym miescie dostarcza nie tylko kulinarnych wrazen. Dziewczeta buszuja w sklepie z odzieza wszelaka. Halina ow rekonesans konczy nabyciem sukni na bal absolutoryjny. Przypuszczalnie jak prawie kazda bedzie miala wdzianko "made in china", przypuszczalnie jak prawie zadna nabyla swa wieczorowa kreacje w panstwie producenta.

Okolo poludnia wszyscy spotykamy sie w hostelu i podejmujemy decyzje, iz reszte zabytkowego grodu zwiedzamy przy uzyciu jednosladow. Oczywiscie tych napedzanych sila miesni. Zeby urozmaicic te przejazdzke wypozyczamy piec tandemow, a tylko Monika z Kuba biora "jedynki". Pedalowanie rowerem "dla dwojga" posrod waskich i zatloczonych uliczek Pingyao stanowi nie lada wyzwanie. Duzo trudniej utrzymac rownowage na takim "rylocacym" sie bicyklu, zwlaszcza jesli dookola ciebie prawdziwa chinska uliczna cizba.

Wyjezdzamy poza mury okalajace najstarsza czesc miasteczka i kierujemy sie do swiatyni Shogyun (czy jakos tak). Dystans, jaki mamy do pokonania, to nieco ponad 7 kilometrow. Na rowerach to pestka. Zwawo mijamy kolejne skrzyzowania. W Pingyao ruch jest zdecydowanie mniejszy niz w Pekinie, wiec i pedalowanie duzo bezpieczniejsze. W wiekszosci chinskich miast rowery maja wytyczony (a nawet odgrodzony niskim plotem) specjalny pas, po którym teoretycznie powinny sie swobodnie poruszac. Niestety w rzeczywistosci jest troche gorzej. Na pasie czesto mozna spotkac samochody - badz to zaparkowane, badz to poruszajace sie. Jeszcze bardziej daja sie we znaki rozpedzeni jezdzcy dosiadajacy skuterow oraz rowerow elektrycznych, którzy nadjezdzaja ze wszystkich stron i trabia w nieboglosy. Do swiatyni dojezdzamy gesto zadrzewiona alejka. Wstep za 25 yuanow. Nie wchodzimy. Szkoda nam kasy (mimo, ze niewielkiej) na zwiedzanie kolejnej swiatyni, jakich widzielismy juz sporo. Dosiadamy naszych dwukolowcow i w droge. Czas na obiad. Pedalujemy do centrum i stolujemy sie w tej samej knajpie co wczoraj (dobrze i tanio).

Rowery mamy na caly dzien w cenie 15 yuanow za "maszyne", po 3.5 zlotego na osobe. Cena, ktora bylaby atrakcyjna nawet jesli dotyczylaby wynajmu na godzine. Tak czy inaczej - jezdze do oporu, bo po wielu dniach bezruchu ruchu lakne. Duzo frajdy sprawia jazda tandemem bez tej drugiej osoby (rower jest lzejszy, duzo bardziej zwrotny). Wraz z Halina (przez mame nieslusznie zwana "Michalina"), Marianem i Lucyna udajemy sie na przejazdzke wzdluz murow obronnych. Jest bardzo kameralnie i pusto, bo malo ktory mieszkaniec miasteczka szlaja sie tymi waskimi, zabloconymi traktami.

Po zmroku na uliczkach wiekowego Pingyao tlok jeszcze wiekszy. Manewrowanie bicyklem staje sie spora sztuka. Podjezdzamy nasza fura do jednej z knajpek serwujacej tradycyjny makaron z Pingyao. Za 10 yuanow dostajemy caly talerz kluchy i miseczke mega ostrego sosu, w którym maczamy ow maczny wyrob. Bez rewelacji - makaron jak makaron. "Pastani" z Biedronki jest smaczniejszy. Wracamy do hostelu odstawiajac po drodze rower. Dolaczamy do pozostalych, którzy oczywiscie tluka juz w bilarda.

sobota, 29 sierpnia 2009

28/29 sierpnia, 6 stref czasowych na zachod











Z samego rana siostry Grobelne i ja po raz ostatni kompletujemy sniadanie na pekinskiej ulicy, pakujemy nasze graty i jedziemy na lotnisko. 'Shuttle bus' dowozi nas na terminal nr 2 w 20 minut. Po drodze mamy okazje podziwiac budynek najwiekszego terminalu (nr 3) na swiecie, ktory ponoc ma ponad 1 mln metrow kwadratowych. Na lotnisku pierwsze zaskoczenie, to fakt ze nie lecimy liniami Air Berlin, jak to bylo wypisane na rezerwacji, ale mamy chinskiego przewoznika Hainan Airlines. Obsluga samolotu w kwiecistych koszulach, lot bardzo przyjemny, kazdy pasazer ma do dyspozycji swoj panel, do wyboru filmy, gry, muzyka, plany lotu, etc. Dystans ktory 1,5 miesiaca temu zajal nam ponad tydzien teraz pokonujemy z predkoscia 850 km/h. 10 h minelo bardzo szybko, pierwszy film, pierwszy obiad, drugi film, drugi obiad, trzeci film i juz jestesmy nad Polska:) O 17.30 czasu lokalnego ladujemy w Berlinie, zegar w glowie mowi ze jest juz prawie polnoc, w Poznaniu jestesmy po 22 czyli dla nas to juz 4 rano. Wolnym krokiem ide do mieszkania z pulsujaca mysla ze wracam do wlasnego lozka i zapadne w blogi sen. Jakie jest moje zdziwienie kiedy okazuje sie ze drzwi sa zamkniete dodatkowo na zamek 'ktorego nigdy sie nie zamyka', a ja nie mam tego przeciez 'niepotrzebnego' klucza! Jeden klucz lezy po drugiej stronie drzwi, a drugi we Wrzesni, czyli jakby to powiedzial Sloma: 'Mam problem':) Szukanie noclegu zaczynam od Halnego, do ktorego mam przeciez dwa kroki. Miedzy pierwszym, a drugim krokiem powtarzam sobie jak buddyjska mantre: 'Niech bedzie ktos normalny w recepcji'. No ale niestety, kazdy kto zna recepcjonistow z akademika nr 6 moze sie domyslic na kogo trafilem. Tak wiec zasypiajac na stojaco wyszedlem z DS6 przegladajac liste kontaktow w telefonie. Ostatecznie nocleg znalazlem w hostelu 'Chmielewski' na Os. Jagiellonskim. Polecam! Serwuja bardzo dobre wino:)
A w Polsce jak narazie wszystko wydaje sie proste i nudne. Pani w sklepie mowi 'Dzien dobry', na przystankach autobusowych zadnych krzakow, wiem gdzie mam dojechac, nuda:)

środa, 26 sierpnia 2009

23 SIERPNIA- NIEDZIELA




Po nocy spedzonej w niekoniecznie wygodnych pozycjach (liczba mnoga uzyta swiadomie - kazdy z nas zaliczyl ich (tych pozycji) wiele) o 7 rano wysiadamy w Pingyao. Na dworcu mila niespodzianka. Mimo, ze nie wysylalismy numeru pociagu, którym dotrzemy do tego miasteczka, na peronie czeka wyslanniczka Yamen hostel'u trzymajaca kartke z napisem "Magdalena". Nie byloby nic dziwnego w tym "free pick-up'ie", gdyby nie fakt, iz za nocleg placimy 15 yuanow za osobe...no coz - inne hostele powinny brac przyklad.

Hostel polozony jest w sercu starozytnego Pingyao, na jednej z gwarnych uliczek. Wnetrze - bardzo klimatyczne, stylem idealnie pasuje do otoczenia. Pokoj tez niczego sobie, a do tego standardowo - darmowy bilard, pilkarzyki, gazety, filmy na dvd itp. I to wszystko za 7zl. Widac, ze poza Pekinem Chiny sa naprawde tanie.

Reszte dnia spedzamy dosyc leniwie, jako ze wiekszosc cierpi na brak sil witalnych spowodowany sennym deficytem. Niezbyt dalekie spacery (w tym "wyprawa" na jeden z tanszych obiadow - 7 yuanow za swinie/kure z ryzem i warzywami) bilard, pilkarzyki oraz piwko (jedno) - oto czym zajmowalismy sie w to niedzielne popoludnie oraz wieczor. A jutro? A jutro pora na zdecydowanie bardziej aktywny dzien (zadne to wyzwanie, bo mniej energicznie sie juz nie da)

22 SIERPNIA - SOBOTA




Poranna wycieczka do Palacu Letniego okazuje sie byc prawdziwa wyprawa. Od pani w recepcji dowiedzielismy sie, ze spod hotelu kursuje autobus 118, ktory pozniej zamienic musimy jeszcze na linie 394. Szanowna recepcjonistka nie raczyla jednak dodac, iz laczny czas przejazdu obydwoma autobusami to prawie 2h!

Wstep na teren palacu, do którego dotarlismy dopiero w poludnie, kosztowal nas 15 yuanow. Na normalny bilet wydac trzeba dwa razy wiecej, ale pani w kasie akceptuje wszystko - od przeterminowanych ISIC'ow po polska legitymacje studencka. Teren palacu obejmuje olbrzymi obszar, na którego ogarniecie mamy jedynie 2h (ogranicza nas pociag do Pingyao). Duze wrazenie robi na nas jedna ze swiatyn poloza na skalistym zboczu. Marmurowy statek to jakas niezla bzdura, choc przyznac trzeba, ze malownicza. A poza tym to wszedzie mnostwo turystow. Wracamy juz nieco madrzej, bo 20 minut autobusem i przesiadka na metro.

Szybki obiad w knajpce, ktora znalezlismy wczoraj. 12 yuanow za bardzo duza porcje kurczaka z orzeszkami na ostro to, jak na Pekin, prawie za darmo.

Pociag odjezdza o 19.03. W pol do 18-tej opuszczamy hostel i biegiem "pod ziemie". Kuba twierdzi, ze na dworzec dotrzemy w 48 minut. Jeszcze w metrze okazuje sie, ze sie mylil. Podroz trwa znacznie dluzej. Na "Beijing West" wpadamy za kwadrans siodma. Jednakze to nie koniec gonitwy. Znalezienie peronu i przecisniecie sie przez chinski tlum to tez spore wyzwanie. Do wagonu wchodzimy 10 minut przed odjazdem. To znaczy - wchodza ci, którzy zdolali sie zmiescic. Jak to w Chinach bywa - w wagonie jest tyle osob, ze kazdy z nas zastanawia sie czy rekord Guinessa w kategorii "najwiecej ludzi na m2" zostal pobity. Coz z tego, ze mamy miejscowki, skoro do siedzen dojsc sie nie da? Przeciskanie trwa wieki, ale w koncu sie udaje - siedzimy. Gorzej, ze wszystkie polki zawalone sa czyms, co wyglada jak worki z piaskiem. No trudno - plecaki kladziemy na ziemi.

Jeszcze przed proba zasniecia ("proba", bo przy tak ograniczonej przestrzeni latwe to to nie jest) stoczylismy rekordowo dluga rozgrywke w tysiaca. Ponad trzy godziny, czterdziesci kilka partii, zdobycze punktowe poszczegolnych graczy drgaly niczym sinusoida...a wygral oczywiscie Wolski. Sytuacja na ksztalt znanego powiedzenia: "Pilka nozna to dyscyplina, w ktorej rywalizuja dwa zespoly, a na koncu i tak wygrywaja Niemcy".

21 SIERPNIA - PIATEK








Niektorzy z nas postanowili wstac o 5tej, by skorzystac z niepowtarzalnej szansy ujrzenia wschodu slonca nad Wielkim Murem. Do roboty wstali takze i nasi francuscy przyjaciele. Filmuja malownicza scenerie, a takze przeprowadzaja kolejne mini-wywiady. "Czy balismy sie w nocy? Czy ktos przyszedl? Jakie plany na najblizsze chwile?" - tego chciala sie dowiedziec nasza gwiazda z TF1.

Wracamy do namiotow, ale spac juz sie nie da. Robi sie goraco i gwarno. Pora wstawac, wrzucic cos na zab i maszerowac do Simatai. Krotko po 7-mej slowo w czyn sie przemienilo (bylo). Po drodze mijamy spora ekipe robotnikow, którzy remontuja chinska chlube narodowa. Rzeczywiscie - ta czesc muru nalezy do najbardziej zaniedbanych, ale moim zdaniem to dodaje jej uroku. Przynajmniej nie ma tu tlumu jak w najblizszym Pekinowi Badalingu.

Mijamy kolejne wieze, zejscie z muru coraz blizej. Niestety - na naszej drodze wyrastaja straznicy, którzy zadaja 40 yuanow za przejscie wiszacego mostu. Oczywiscie, jak na zaradnych Polakow przystalo, znajdujemy drozke obchodzaca nieszczesna przeprawe. Chinczycy to liczny narod, wiec znajduja sie kolejni, którzy chca od nas pieniedzy. Protestujemy, bo juz raz zakupilismy bilet. Oni obstaja przy swoim i twierdza, ze aby wyjsc "do miasta" (czyli na przystanek autobusowy) musimy kupic bilet na rejon Simatai - de facto na czesc muru, na ktorej w ogole nie bylismy. Olewamy oszustow i idziemy dalej. Blyskawicznie robi sie wielkie zbiegowisko. Straznicy w mundurach probuja zagrodzic nam przejscie. Podjezdza szef i zaczyna sie na nas wydzierac. Odpowiadam mu jeszcze glosniej i z uzyciem niecenzuralnych brytyjskich sformulowan. Z kolei Marian mowi mu, iz chcialby zobaczyc jego legitymacje. Fakt - dlaczego koles w koszulce z napisem "enjoy the sunset" mialby budzic respekt? Wpieniony jedzie po dokumenty. My, niemniej wkurzeni, chyba rozbijemy oboz na srodku ulicy. Nie zaplacimy kolejnych 50 RMB, bo to czysty bandytyzm. Francuzka, ktora szla tuz za nami, robi za tlumacza. Mowi nam, ze Chinczycy rzadko kiedy zmieniaja zdanie, bo obawiaja sie utraty twarzy. Sek w tym, ze Polacy tez do "miekkich" negocjatorow nie naleza. Po kilkudziesciu minutach decydujemy sie zaplacic "student price" - 20 yuanow za osobe. Tak dla swietego spokoju. Niby to nieduza kwota (ponizej 10zl), ale nie lubie placic, chocby najmniejszych sum, za cos, za co nie nalezy sie nawet zlamany grosz (czy tez yuan). Na szczescie autobus do Miyun kosztuje 6+2 za bagaz. Z Miyun dobrze znana 980-tka i chwile po 14tej ladujemy na Dongzhimen w stolicy.

Mur i przygoda z filmem - to bylo cos! Chcesz wiedziec jak wygladalo owo "cos"? Ogladaj wiadomosci w TF1, w poniedzialek 24 sierpnia. Start o 20.00. Sam film do obejrzenia pod adresem: http://videos.tf1.fr/jt-20h/les-campeurs-de-la-muraille-agacent-les-chinois-4523825.html

A w Pekinie nocujemy w innym miejscu - w hostelu Sanlitun, w którym wieczorem jest mega impreza (moze to z racji piatku, a moze taka natura tego miejsca?). Poza tym internet, pilkarzyki i bilard za darmo. Czego chciec wiecej?

20 SIERPNIA - CZWARTEK






Co niektorzy (w tym oczywiscie ja) byli tak wspanialomyslni, ze wstali o 7.30 i jeszcze przed wyjazdem na mur (no wlasnie - nie wspomnialem, ze dzis jedziemy na Great Wall) polezli na dworzec kupic bilety do Pingyao. Kolejka jeszcze dluzsza niz wczoraj. Zewszad probuja sie wepchnac chinskie cwaniaczki. Wreszcie udaje sie - zarówno dostac do kasy jak i zakupic upragnione kwitki na przejazd.
Nie wspomnialem równiez o jeszcze jednej waznej kwestii. Przedwczoraj wieczorem nasz hostel nawiedzila pani Lily z TF1 (taka najwieksza francuska stacja telewizyjna, odpowiednik naszego TVP1), ktora jest korespondentem w Pekinie. Pragnie ona nakrecic krotki reportaz o ludziach, którzy nocuja na Murze Chinskim i szczesliwie (dla niej) natknela sie na nas. A wiec po sniadaniu i spakowaniu czekamy w holu na Lily i kamerzyste, którzy jada z nami do Jinshanlingu (tam wdrapujemy sie na te chinska dume narodowa)
Autobus nr 980 odjezdza z dworca Dongzhimen. Bilet do Miyun (60 km od Pekinu, 60 km od Jinshanlingu) kosztuje 15 yuanow. Czysciutki, klimatyzowany pojazd bardzo sprawnie pokonuje te trase. Wysiadamy w Miyun i sie zaczyna...Trzy kobiety naciagaja nas na busa za 80 yuanow/czlowiek. Chyba sie z Ksiezyca urwaly. Negocjacje trwaja. W ich trakcie przeszlismy chyba z 1.5 km, a kobiety krok w krok za nami obnizajac (niestety, nie co kazdy krok) swoja absurdalna cene. Po dlugiej wojnie, wysluchawszy po stokroc: "mister, look! Minibus good, price cheap" umawiamy sie na 27 RMB za osobe. Super wynik to moze nie jest, ale zwazywszy na pozna pore nie moglismy dalej prowadzic tej cenowej potyczki. Jedziemy na Mur!
Przy dojezdzamy do bram wejsciowych okolo 14.30. Francuscy dziennikarze juz na nas czekaja (no tak - znow nie wspomnialem - "jada z nami" oznacza: my bydlecym busem, oni wynajetym samochodem, a spotykamy sie na miejscu). Bilety kosztuja 50 RMB. Zadnych ISIC'ow zadna z kasjerek widziec nie chce. Zaczynamy marsz w gore (i znow: my pieszo gorska sciezka, oni kolejka linowa. "Lazy French journalists" jak sami siebie okreslili). Musieli sie nieco zdziwic, kiedy juz na murze okazalo sie, ze to my czekamy na nich, nie oni na nas. Mnie natomiast nie dziwi, ze material zechcieli nakrecic wlasnie w tej lokalizacji. Mur Chinski to zdecydowanie jedno z najbardziej malowniczych i "fotogenicznych" miejsc, jakie moje oczeta dotychczas widzialy. Potezne fortyfikacje ciagnace sie dlugie kilometry, a dookola gorskie szczyty. Bajka. Z drugiej strony dostajemy niezle w kosc. Kamienna budowla nierzadko wiedzie pod gore pod niewyobrazalnym wrecz nachyleniem. Z 20-30 kilogramowymi plecakami takie podejscie to prawdziwy "challenge".
Nasi zurnalisci kreca co chwile jakies ujecia: a to calej maszerujacej gromady, od przodu, od tylu, a to tylko Kube i mnie wspinajacych sie po schodkach. Generalnie rzecz ujmujac - jest smiesznie i ciekawie. Gdyby nie ta "przygoda z kamera" pewnie jeszcze dzis dotarlibysmy do Simatai. Kilkukrotnie przeprowadzaja takze mini-wywiad zadajac ukierunkowane pytania typu: "czy bedziecie nocowac na murze, mimo iz jest to niedozwolone?" Ewidentnie widac, ze reportaz ma byc nieco sensacyjny, a z nas Lily zrobic chce prawdziwych poszukiwaczy przygod, takich, którzy jesli trzeba zerwa zakazany owoc.
Przed 19ta rozbijamy sie w jednej baszcie. Do Simatai jest juz na tyle blisko, ze musielismy wybrac wlasnie te wieze. Biezacej wody niestety w niej nie ma, ale "jeden dzien bez prysznica jakos wytrzymamy" (cytat z MarkowPolow. Ciekawe ilukrotnie pobili ten 1-dniowy rekord w czasie objazdowki po Mongolii?). Francuzi filmuja nas w czasie gotowania oraz przy "zakladaniu obozu". Marian, dla zyskania slawy, gotow jest nawet rozbic swój namiot na pochylej drodze do straznicy, co zreszta czyni.
Po zmroku obowiazkowo gitara. Miec ja i nie zagrac w tak wyjatkowym miejscu? To bylby grzech i to ciezki. Kolejnym punktem programu, bez którego wieczor nie moglby zostac uznany za udany, jest obserwacja swiatel w oddali i wysnuwanie roznych absurdalnych wnioskow. Wiekszosc alarmow "ktos tu idzie" byla oczywiscie falszywa. A to samochod przejechal w oddali, a to swietlik pojawil sie w tym czy innym miejscu (pierwszy raz widzialem te niecodziennie insekty). Raz jednak naprawde zauwazylismy swiatlo latarki. Dwie wieze od nas. Zblizalo sie w nasza strone, ale bardzo powoli. W koncu zniknelo, wiec uznalismy, ze pewnie ktos jeszcze nocuje w tym rejonie Wielkiego Muru. Jeszcze przez chwile lub dwie posnulismy mroczne historie (krolowala glownie tematyka: medycyna sadowa i zabojstwa) i chwile po 22 poszlismy spac. To bedzie wyjatkowa noc, bo i miejsce do takich nalezy.

piątek, 21 sierpnia 2009

19 SIERPNIA - SRODA






Budzimy sie chwile po 8mej i od razu niemila niespodzianka. Za oknem leje. Raz ze z naszych wczoraj wypranych ciuszkow mozna wykrecac. Dwa, ze nici ze zwiedzania Palacu Letniego. Plan zastepczy brzmi nastepujaco: Silk Market, a pozniej wioska olimpijska.

A zatem najpierw jedziemy na oslawiony targ, ktory de facto zajmuje 6 kondygnacji w budynku przy stacji metra. A w srodku...czego dusza (choc z racji tego, iz sprzedaja glownie ciuchy to moze jednak "cialo"?) zapragnie. Co pol metra stoisko, z którego ekspedientka krzyczy: "hey mister, wanna buy jeans/suit/t-shirt? You are very handsome, this is great for you". I ktoz nie skusilby sie na takie komplementy? No na przyklad ja, bo nic z tych rzeczy nie kupilem. Nabylem jedynie komplet (4 sztuki) pieknie zdobionych chinskich paleczek. Z podstawkami i w eleganckim opakowaniu. Ile kosztowaly? Tego nie zdradze, bo jeden z czytelnikow bloga dostanie je w prezencie. Powiem tylko, iz cena wyjsciowa bylo 240 RMB.

Zjezdzamy pod ziemie i udajemy sie do miasteczka olimpijskiego. Podziwiamy awangardowa konstrukcje "ptasiego gniazda" czyli stadionu, na którym miedzy innymi rozgrywano zawody lekkoatletyczne. Po drugiej stronie deptaka "kostka wodna" czyli arena zmagan plywakow (to wlasnie tu Phelps trzasnal 8 zlotych medali). Warto takze zwrocic uwage na wystawe kapitalnych sportowych zdjec, na których widac wzloty i upadki, jakie przezywali olimpijczycy z calego swieta. Mnostwo oczywiscie amerykanskiego herosa plywania, ale sa i polskie akcenty.

Pora na chinski obiadek. Jedziemy w okolice Klasztoru Lamajskiego i tam szukamy taniej jadlodajni. Standardowy numer z menu i tym razem obsluga knajpy poddaje sie znacznie szybciej. "Niezouwerczardzuja" nas. Po smacznej strawie warto by odwiedzic pobliska swiatynie tybetanskiego buddyzmu. Wstep za 25 tugrikow. Kompleks jest jednym z niewielu tego typu miejsc w Chinach, ktore przetrwaly "religijna czystke" za czasow Mao. Najwieksze wrazenie robi 18-metrowy posag buddy, ktory ponoc wykonano z jednego kawalka drewna, ktory z kolei transportowano 3 lata z samego Tybetu. Niewiarygodne.

Wieczorem, zamiast relaksu, wyprawa na dworce: autobusowy (to akurat pikus) oraz kolejowy (istny horror). Na autobusowym dowiadujemy sie jedynie ktora linia odjezdza w kierunku Miyun (miasto na trasie do Wielkiego Muru). Na kolejowym dramat. Mariany ze Slomami dowiedzialy sie, ze biletow do Pingyao nie ma az do 24 sierpnia. Co wiecej - najtanszy przejazd kosztuje 81 RMB. Kasa miedzynarodowa to pani, ktora mowi tylko po chinsku, a przy okienko stoi tlumaczka. No tak - miliard Chinczykow musi przeciez gdzies znalezc zatrudnienie. Tyle, ze jedynie do 20.30. Pozniej sam sobie jestes sterem i okretem w tej nielatwej zegludze po niezrozumialych chinskich wodach. A zatem plyniemy - od kasy do kasy, w poszukiwaniu biletow. Odsylaja nas wreszcie do okienka nr 85 (gdziekolwiek ono sie znajduje) W koncu sie znajduje. Z napisem "West station tickets". I bilety tez sa - na 22.08 - tak jak chcemy. Tylko cena wciaz tak samo wysoka 81 za hard seat'a, ale z miejscowka. Wracamy do hostelu zapytac pozostalych czy sa gotowi na taki wydatek. Po drodze jednak obowiazkowo nasze ulubione szaszlyczki.

18 SIERPNIA - WTOREK










Dzis czeka nas intensywne zwiedzanie. Chwile po 10tej wsiadamy do metra i dojezdzamy do stacji Tian'anmen East. Mijamy mauzoleum Mao (przy którym zdjecie miec musi kazdy szanujacy sie Chinczyk) i wchodzimy za tlumem na jeden z najbardziej znanych placow swiata (szkoda, ze to zla slawa) Skupisko ludzi przeolbrzymie. Zewszad dopadaja nas Chinczycy: "Mister, wanna tour guide?" Odrzucamy oferte i ustawiamy sie wreszcie w kolejce do "Forbidden city ticket office". Mila niespodzianka (choc tylko dla tych dobrze "wyposazonych") brzmi nastepujaco: z ISIC'iem bilet kosztuje 20, a nie 60 yuanow. Jeszcze wieksza satysfakcje ma Lucyna, ktorej udaje sie wejsc na dawno juz przeterminowana legitymacje. Ach ta polska "zaradnosc".

Sam kompleks palacowy nie na wyrost nazwano miastem. Jego rozmiary naprawde porazaja. Idzie sie i sie idzie, mija sie a to domek letni zony cesarza, a to pokoj gosciny nr 351 - i tak bez konca. Architektura godna pozazdroszczenia. Swiatynie pieczolowicie ozdobione w tradycyjny chinski sposób. Naprawde milo sie to wszystko ogladalo. Ech, ten cesarz to mial klawe zycie, choc to swinia i krwiopijca.

Aha - a propos mijania roznych "rzeczy" - bylbym zapomnial o dziesiatkach tysiecy turystow.

Po "Zakazanym Miescie", wraz z Lucyna i Kuba, udalismy sie na polozone nieopodal Wzgorze Weglowe, z którego rozciaga sie ladny widok na wielki kompleks palacowy. Niestety - nie dzisiaj. Nad miastem wisza wielkie chmury (smog to chyba), ktore sprawiaja, ze panorama nie byla "breathtaking" (ze tak z warszawska to okresle)

Schodzimy ze wzgorza i spacerkiem kierujemy sie do metra - stacja "Zhinhanguangluokaido", czy cos w ten desen. W kazdym badz razie jedziemy do Swiatyni Nieba - ponoc najwazniejszej z tych zgromadzonych w Pekinie. Raz w roku pielgrzymowal do niej sam cesarz (i to pieszka!) by prosic o dobre zbiory oraz o pomyslnosc dla kraju. Wstep do parku i swiatyni to koszt 35 yuanow. Niestety - zadnych kart typu ISIC nie akceptuja. Sama swiatynia przypadla nam do gustu - bogato zdobiona, strzelista - prawie do samego nieba. W poblizu znajduje sie równiez "srodek swiata"(chore chinskie fantazje), na którym mieszkancy Panstwa Srodka tlocza sie niemilosiernie, by tylko zrobic sobie  fotke.

Opuszczamy "niebianski kompleks" chwile po 18tej. Pora cos zjesc. Udajemy sie do jednego z pobliskich hutongow i wchodzimy do knajpki wydajacej sie byc "na nasza kieszen". Kelnerka od razu podaje nam angielskie menu, a w nim ceny zdecydowanie nie na nasze sakiewki. Pora przystapic do akcji. Niestety (dla nich) - nasi chinscy restauratorzy nie popisali sie i obok nazw angielskich widnieja ich chinskie odpowiedniki. A zatem: bierzemy menu chinskie, szukamy odpowiadajacych sobie potraw i pokazujemy panu kierownikowi, ze trafil na lepszych cwaniakow i oszukac sie nie damy. Koles daje za wygrana - jemy po chinskich cenach. Polska - Kitaj 1:0.

Wyraznie usatysfakcjonowani (zarcie bylo dobre i, dzieki naszej dociekliwosci, w "normalnej" cenie) wracamy metrem do hostelu. Wszak na 19ta jestesmy umowieni na targu z przedziwnym jedzeniem. Coz to za specjaly? Czytajcie, a znajdziecie.

Na jednym z pierwszych stoisk znajdujemy weze. Wraz z Lucyna i Kuba blyskawicznie decydujemy sie na sprobowanie. Namowienie siostr G. trwalo nieco dluzej, ale w koncu i one sie skusily. Targujemy sie i waz jest nasz za 10 RMB.  Smaczny. Miesko mieciutkie, dobrze przyprawione. Idziemy dalej. Kolejny wybor to osmiornica. Targujemy sie i mamy ja za 8 RMB. Niespecjalna. Gumowata i twarda. Moze koles zlosliwie (za bezwzgledne zbijanie ceny) zle nam ja przyrzadzil? Idziemy dalej. Pora na larwy (6 sztuk za 5 yuanow). Brzydza mnie nieco, ale wreszcie probuje. Sa lepsze niz sie spodziewalem, ale bez rewelacji. Taka lekko chrupiaca przekaska. Idziemy dalej. Wreszcie sa i oslawione skorpiony. Trzy malutkie za 15 RMB. Facet ma wylacznosc, wiec o jakimkolwiek targowaniu nie ma mowy. Wkladanie kolca jadowego do ust moze nieco brzydzic, ale skorpion, jako calosc, smakuje wysmienicie. Chrupiacy, delikatny - swietna zagryzka. Mija nas wiele zachodnich nacji, ale nikt poza nami nie decyduje sie skosztowac tych niecodziennych przekasek. Wlosi, Amerykanie czy Brytyjczycy nabywaja co najwyzej szaszlyki z owocow.  Idziemy dalej. Kupuje kokosa ze slomka (nie mylic ze Sloma - naszym chodzacym problemem). Fajny napitek i calkiem spory jak za 7zl. Przy nastepnym stoisku probujemy rozgwiazdy. Mnie nie powalila (smakiem rzecz jasna), ale byli fani tego prymitywnego organizmu. Dochodzimy do konca targu. Na ostatnim stoisku kupujemy szaszlyka z rekina. Bardzo dobre, swietnie doprawione, kruche miesko. Rekin - pychota.

Wolnym krokiem wracamy w kierunku hostelu zadowoleni z naszej kulinarnej wyprawy do innego swiata. Po drodze wstepujemy jeszcze na piwko (jedno) i szaszlyki (wiecej niz jeden) do knajpki nieopodal naszej ubytowni. To byl meczacy, ale jednoczesnie bardzo satysfakcjonujacy dzien.

17 SIERPNIA - PONIEDZIALEK



Reszta czasu pod dworcem uplynela pod znakiem dysputy a propos "czyje liceum jest lepsze i dlaczego". Poza wszelka watpliwoscia byl fakt, iz plebiscyt wygrywa "Jedrzejowa Przemyslowa", a liceum Ani to jakas makabra (chocby z racji tego, iz na studniowce byli w mundurkach, ale juz po polonezie pozwolono im odpiac kolnierzyki)

Tuz przed odjazdem goscimy przez moment w poczekalni. Wieeelka, zatloczona, duzo ladniejsza niz nasze polskie, a do tego na scianie napis "no spitting". To sie nazywa dbanie o porzadek.

W samym pociagu lepiej niz sie spodziewalismy. Co prawda Chinole leza rozwaleni na dwoch, trzech miejscach, ale bez wiekszych problemow (nawet Mateuszowi sie udalo) znajdujemy kilka wolnych siedzen. Ekstra wygodnie moze nie bedzie, ale za 30 yuanow cudow sie nie spodziewalismy.

Do Pekinu zawitalismy krotko przed 9ta.  Gdy wjezdzalismy na Dworzec Zachodni, z wagonowych glosnikow poplynela chinska pioseneczka, ktorej refren brzmial mniej wiecej tak: "Beijing, Beijing, lalalalala". Co za mily akcent na poczatek zwiedzania stolicy.

Pekinski dworzec jest olbrzymi. Ol-brzy-mi. Cos jak lotnisko w wielkim miescie. Wsiadamy do autobusu 52 i jedziemy w kierunku Tiananmen. W tych okolicach bedziemy szukali noclegu. Mamy juz swoje typy (zaczerpniete rzecz jasna z "science fiction") Po bardzo dlugim spacerze (okazuje sie, ze Pekin to jednak rozlegle miasto) dochodzimy do Saga Youth Hostel, a tam najtanszy nocleg za 65 yuanow...a mialo byc tak pieknie...Stargowalismy do 50 za osobe, ale to wciaz duzo. Szukamy w necie tanszych kwater (rychlo w czas). W koncu ekipa poszukiwaczy wyrusza na "hosteling" (odpowiednik "clubbingu", wykonywany za dnia). Po godzinie przysylaja smsa, ze w tamtych noclegowniach najtanszych (za 30-35 RMB) miejsc brak. Spimy jednak w Sadze. Swietne posuniecie - 3h na krawezniku przed hostelem, zamiast zwiedzania stolicy Panstwa Srodka.

Na szczescie sam hostel jest ekstra fajny. Czysto, w pokoju klima, pod prysznicem mydelko i szampon. Chwilke korzystamy z tych dobrodziejstw , po czym ruszamy w miasto. Ceny - niestety wyzsze niz w Datongu. W kazdej knajpie angielskie menu i angielskie kwoty za dania. Bierzemy wersje chinska. Po 10 minutach porownywania nazw ze slowniczkiem w przewodniku zamawiam jakiegos kurczaka. Po kolejnych 10 minutach strzela mnie "kurwowtysiac", gdyz dostaje oblesne kawalki kury. Nie wiem co to jest - zoladki czy inne paskudztwo? Wyjadam ryz, zagryzam czosnkiem i place rachunek. To najgorzej wydane 16 yuanow. Na szczescie w hostelu okazuje sie, ze wiekszosc dokonala dzis rownie fantastycznych kulinarnych wyborow (nic tak nie cieszy jak krzywda blizniego, szczegolnie jesli skrzywdzono i ciebie.). Ponadto po zmroku na powierzchnie ziemii wyszli panowie "szaszlyczkarze" (nawet w Beijingu za 1RMB) i zdolali zaspokoic mój domagajacy sie pozywienia organizm.

16 SIERPNIA - NIEDZIELA






O 9 zbieramy sie w hotelowym holu, by chwile pozniej wyruszyc do Wiszacego Klasztoru. Wyjazd z ponad milionowego miasta to istna makabra. Mnostwo aut, jeszcze wiecej rowerzystow, którzy ludzkie zycie zdaja sie miec za nic (przyklad: tatus wiozacy 3-letnia coreczke w siodelku i manewrujacy miedzy pedzacymi samochodami). Ciekawie sie to wszystko obserwuje zza szyby duzego mikrobusu. Jeszcze wiecej atrakcji dostarcza nam pani przewodnik, ktora mowi po angielsku z chinskim akcentem. Niepowtarzalne przezycie, godne polecenia kazdemu.

Ostatnie 20 kilometrow trasa wiedzie kreta gorska droga. Co chwile mijamy glebokie kaniony, ktore otoczone sa wielkimi rowninami. Raz mijamy takze tira wbitego w skale. Chwile po 11tej dojezdzamy do celu. Wstep na teren klasztoru to koszt az 60 yuanow. Znizki studenckie owszem sa, ale dla tutejszych zakow. Kompleks jest rzeczywiscie bajkowo zawieszony wsrod skal i to jest chyba jego jedyny plus. Poza tym miejsce jest zatloczone do kwadratu (albo i szescianu), a klasztor "obchodzi" sie tempem nawet nie slimaczym. Malownicze miejsce, ale jak dla mnie nieco przereklamowane. Warto wspomniec, ze pogoda w dniu dzisiejszym równiez nas nie rozpieszcza.

Wczesnym popoludniem wracamy w kierunku Datongu by zobaczyc polozone nieopodal miasta groty Yungang (znizka dla studentow nacji wszelakich - 30RMB). Nasza fantastyczna pani przewodnik opowiada dlugie historie odnosnie kazdej z ogladanych grot. Calkiem fajne te jaskinie, choc pewnie krecilyby nas jeszcze bardziej, gdybysmy byli wyznawcami buddyzmu. Okazuje sie takze, iz w kazdej z grot bylo jeszcze wiecej posazkow, rzezb itp. ale czesc w niewyjasnionych okolicznosciach skradziono.

Po powrocie do stolicy prowincji Shanxi (czyli Datongu) obowiazkowo wizyta w naszej ulubionej knajpce. Rozpoczyna sie wielkie zarcie, na ktore kazdy z nas wydal srednio 6-7zl. Czego to nasze stoly nie goscily...

Pociag do stolicy odjezdza o 2.10, wiec czeka nas kilka godzin przed dworcem. Cale szczescie, ze wieczor jest cieply i bez deszczu. Mimo dosc poznej pory na wielkim placu przed glownym wejsciem zycie wre. Wielu Chinczykow gra w cos a'la "zoska", tyle ze ciezka lotka do badmintona. Wraz z Marianem, Wojtkiem i Sloma dolaczamy sie do jednej z grupek. Poczatkowo idzie nam beznadziejnie, ale z czasem sie rozkrecamy. Fakt, ze aby osiagnac poziom prezentowany przez autochtonicznych uczestnikow zabawy (w tym jedna dziewczyne) powinnismy byli nieustannie trenowac zamiast 5 lat chodzic na zajecia, ale jak na pierwszy raz wypadlismy calkiem przyzwoicie.

Wybila polnoc. Do "zapokladowania" jeszcze 2h...