Nad ranem mijamy kolejną strefę czasową. Do Moskwy już „tylko” 4 godziny. Poranny „prysznic” budzi nas do życia. Pora rozpocząć kolejny „transsybirski dzień”. Pierwszym większym miastem na trasie jest Krasnojarsk – do niedawna miejsce, w którym żaden innostraniec nie mógłby postawić stopy. Na szczęście to już przeszłośc, więc w przydworcowym markecie kupuję artykuły pierwszej potrzeby: chleb i piwo (kolejność nieprzypadkowa). Niektórzy woleli zapłacić peronowym sprzedawcom dwa razy więcej. No cóż – ich wybór (prawda Mateusz?;)
Krajobraz za oknem tak bardzo różni się od tego z Mongolii czy nawet Chin. Gęste lasy są czymś niebywałym po tygodniach spędzonych na mongolskich pustkowiach. Mamy już końcówkę pierwszej dekady września, więc drzewa przybrały lekko jesienne barwy. Przyjemnnie spogląda się za okno, ale bez przesady. Ile można patrzeć? Z drugiej strony – co tu robić, gdy czasu tak wiele, a przestrzeni tak mało? Czytanie, gra w karty, rozmowy – tego wszystkiego mamy już po dziurki w nosie.
Wieczorem zawitaliśmy do Nowosybirska – stolicy tutejszej krainy i jednego z największych rosyjskich miast. Chwilę później udajemy się do naszych łóżek (który to już raz w dniu dzisiejszym?). Tym razem jednak na dłuższy spoczynek.
0 komentarze:
Prześlij komentarz