W kwestii miejsca - w istocie bylo komfortowo. Co innego, jesli wezmiemy pod uwage temperature. Kilka minut po piatej wygrzebujemy sie z naszych spiworow i zziebnieci ropoczynamy pakowanie. Pociag zbliza sie do stacji docelowej. Blyskawicznie, bo tuz po wyjsciu z wagonu, znajduje sie chetny, aby zawiezc nas do Altanbulag. To w tej, oddalonej od Suche Bator o 30 km, miescinie znajduje sie drogowe przejscie graniczne. Kwota, jakiej domaga sie za przejazd nasz oferent, to 2500 tugrikow. Jakos nawet nie chce się nam targowac. Ładujemy sie do kilku samochodow (ktore i bez naszej obecności smialo mozna by nazwac "pelnymi") i w droge. Slomy plecak lezy na szczycie "pakunkowej gory" wystajacej z bagaznika. Rzecz jasna klapa jest otwarta, a caly ladunek jedynie pozwiazany sznurem. Kilka kilometrow za miastem nasze auto traci moc i staje. Proby ponownego odpalenia i ruszenia koncza sie fiaskiem. Czy my zawsze musimy miec takiego "samochodowego pecha"? Juz bylismy w ogrodku, juz witalismy sie z gaska, a teraz nie wiadomo kiedy, a moze: czy w ogole dotrzemy na granicę. Na szczescie nasz woziciel zlapal za telefon i wezwal "posilki". Po kilkunastu mroznych minutach (nie przesadzam z ta temperatura) podjezdza kolejny Hyundai i rozpoczyna sie "przeprowadzka". Misterna konstrukcja powstaje w okamgnieniu (widac, ze maja w tym wprawe) i mozna ruszac ku przejściu. Pozostala czworka (Mariany + Danuty) juz tam czeka i marznie. Pod nasza nieobecnosc udalo im sie zalatwic miejsca w dwoch pierwszych skolejkowanych autach. Wypas. Ponadto - nie za standardowe 150 rubli od czlowieka, lecz za 100. Szykuje sie ultra tani przejazd UB-Ulan-Ude.
Jest 6.45. Do otwarcia granicy jeszcze godzina i pietnascie minut. Do ustawionych w kolejce oszronionych aut zaczynaja sie schodzic ich kierowcy. Wiekszosc z nich przynosi trzymany w nocy w domowym ciepelku akumulator. Z kolei my wyjmujemy butle oraz palniki (cala dobe przechowywane w cieplym wnetrzu plecakow) i przyrzadzamy herbatke. Obejsc sie bez kubka goracego napoju - w tej temperaturze to nie do pomyslenia. W miedzyczasie spotyka nas dobrze znana przygoda. Nasi woziciele podumali i za 100 rubli jednak nie pojada. Żądają 150 albo 5 dolcow. Wkurzeni (ale nie wielce zadziwieni) wyjmujemy plecaki z bagaznika. Ten numer nie pomaga - nie spuszczaja z tonu. A zatem szukamy w kolejce kogos, kto wzialby nas za mniej niz 150 RUB. Niestety - perfekcyjna zmowa trwa w najlepsze. Bezsilni wracamy do "kolejkowych liderow" i jedziemy z nimi za 5 dolcow. To standardowa kwota za ten przejazd, ale nasza nadzieja zostala pierwotnie rozbudzona - stad teraz taki zawod. Nim przyszla godzina otwarcia spotkalismy jeszcze dwoch Wlochow, którzy równiez wracali z Mongolii. Sek w tym, ze oni byli zmotoryzowani, choc na mongolskie drogi (czy tez lepiej: bezdroza) pojazd to marny (czy tez lepiej: żaden). www.mongolrally.it - taki oto napis (wsrod wielu sponsorskich logo) widnial na ich starej dwudrzwiowej Pandzie. Jak nia przejechali pustynie Gobi? Nie mam pojecia. Moze odpowiedz jest do znalezienia pod powyzszym adresem...
Sama odprawa bez wiekszych problemow (poza tym, ze nasza maszyna ciagle gasla, a w Marianowo-Slomianej Ladzie ciagle odpadala klapa od bagaznika). Jeszcze przed poludniem ladujemy w przygranicznej knajpce (oczywiscie po stronie rosyjskiej), w ktorej stolowalismy sie (a takze nocowalismy) w drodze do Mongolii. Delektujemy sie przepysznym barszczem, ktory smakuje jeszcze lepiej, gdy za oknem zima”. Spotykamy Polaka - kierowce tira, ktory od 10 lat wozi nasze rodzime kosmetyki do Mongolii. Opowiada nam ciekawe historie o bylym ambasadorze, u którego mielismy okazje goscic. Dowiadujemy sie miedzy innymi, ze na prosbe pana Kulaka nasz "tirowiec" wiozl swego czasu jurte. Podobno Najwyzsza Izba Kontroli zapragnela miec ten tradycyjny mongolski domek w jednym ze swoich osrodkow. Zdziwieni? Ja wcale.
Zjezdzamy do Kiachty i wyplacamy kase w jedynym dzialajacym bankomacie. Pora ruszac w droge do Ulan Ude. Niestety - ponownie padamy ofiara przewozniczej zmowy i poza standardowa oplata - 250 rubli za osobe doplacamy jeszcze po 50 za bagaz. Nikt inny rzecz jasna ani pomyslal zejsc ponizej tej ceny. "Trudno, co zrobic" - jak mawial Ochódzki Ryszard - prezes klubu Tecza. Okolo 17-tej docieramy na dworzec kolejowy w stolicy Buriacji. Lokujemy sie w poczekalni i ruszamy obfotografowac glowe Lenina. Po drodze sprawdzamy jeszcze czy moze tym razem towarzystwo polskie, w którym swego czasu mozna bylo sie przespac za 1 dolara, jest otwarte. Niestety - nic z tego. Glucho wszedzie, ciemno wszedzie. W takim razie czeka nas noc na dworcu. Po zmroku rusza wyprawa nr 2. Na celu ma ponowne sprawdzenie stanu aktywnosci towarzystwa polskiego. Okazuje sie, ze towarzystwo jednak zyje. Niestety - nie oferuja juz noclegow za dolca, lecz za dwiescie rubli. 700-procentowa podwyzka na przestrzeni dwoch lat...nie ma co. Cenia sie cwaniaczki.
Ostatecznie noc spedzamy w poczekalni o "podwyzszennej komfiortnosci" (czy jakos tak). Normalnie "czardzuja" 60 rubli za godzine za osobe, ale zawodowo się targujemy, iscie po chinsku i placimy 500 rubli za cala noc, za 7 osob. Dostajemy pokoj, w którym na dywanie rozkladamy karimaty i wpadamy w objecia Morfeusza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz