Ulan Bator, do którego przyjechalismy 40 minut pozniej niz powinnismy, zafundowalo nam chłodne powitanie. Po upalnych Chinach nikt nie spodziewal sie pary z ust o 10 rano na stolecznym dworcu. Szczękajac zebami pedzimy ile sil na przystanek autobusowy. Wskakujemy do "30-stki" i po 10 minutach wysiadamy nieopodal "GanaGuesthouse". "Welcome again" - wita nas pani z hostelu. Mongolska angielszczyzna pyta dalej: "Are you from China?". "Yes, we are" - odpowiadam. Najwazniejsze, ze nawiazalismy nic porozumienia. A ze w niekoniecznie poprawnej formie...
Ubieramy sie grubo i ruszamy do miasta. Po drodze zachodzimy do naszego ulubionego guandza. Mila pani jak zwykle odnosi sie do nas z duza sympatia. Szkoda tylko, ze nie przyrzadza chinskich dan. Gulasz, ktory smakowal nienajgorzej podczas pierwszej wizyty u Czyngis-khana, teraz ledwo przechodzi przez gardlo. I to mimo, iz nie jest baranem! Ech..."rozpuscily" nas kulinarnie te Chiny.
Po nieudanym posilku udajemy sie do Department Store - najwiekszego domu handlowego w miescie. Wiekszosc z nas chce nabyc jakies drobne pamiatki - a to mongolska czapeczke, a to skorzany buklak na szlachetne trunki. Niestety - ceny w centrum miasta nas porazaja. Postanawiamy przejechac sie na "Narantuul Tow", w jezyku Shakespeare'a: "Black Market" - najwieksze targowisko w stolicy. Przejazd miejskim autobusem trwa wieki. Cale Ulan Bator „tonie” w drogowych remontach. W koncu docieramy. Bilet wstepu kosztuje majatek - 50 tugrikow (okolo 10 groszy). Zaraz za brama wejsciowa napotykamy na stoiska z jurtami (w formie „złóż to sam”). Na szczescie tym razem Ciotka Danuta nie wpada na pomysl "A moze bym sobie ze cztery takie jurty do Dżołdżins przywiozla". Niestety - poza wspomnianym stoiskiem nic ciekawego Narantuul nam nie zaoferowal. Mnostwo straganow z podrabianymi ciuchami "Oidosa", "Sabibasa" oraz innych swiatowych marek, ledwie ze dwa, moze trzy, z pamiatkami. Ceny niewiele nizsze niz w Department Store. I zerowa gotowosc do targowania sie. Rzecz niebywala, szczególnie dla kogos, kto jeszcze wczoraj byl w Chinach.
W autobusie, w drodze powrotnej, spotykamy Mongołkę numer "pińcet", ktora mowi po polsku bo mieszkala dwadziescia lat w Warszawoe. Co ciekawe - o tej w ciemno powiedzielismy, ze zaraz pewnie "przemowi ludzkim glosem" i poinformuje, ze zna nasza mowe. Po kilku minutach w istocie tak sie stalo. Poznym popoludniem odwiedzam kawiarenke internetowa. Wreszcie normalna cena (600 tugrikow za godzine) i brak wszechobecnej w Chinach cenzury. Pora nadrobic czesc "fotograficznych" zaleglosci.
A przed snem pora jeszcze na JEDNA flaszeczke "Kubilaja Chana" polaczona z gitarowaniem. Wszak to ostatnia i zarazem najchlodniejsza noc w jurcie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz