Snu nie bylo sporo, bo juz o 3.30 wysiedlismy w Shanhaiguan. Jakis dworcowy koles zaprowadzil nas do jedynej czynnej o tej porze kasy. Probujemy zakupic bilety do Datongu na dzisiejszy wieczor. "No seats" - odpowiada pani w okienku. Pytamy o Pekin. "No seats" - rozbrzmiewa po raz kolejny. Troche kiepsko, bo musimy zdazyc na 3-go do Zamyn Uud. W koncu pytamy o miejsca stojace, bo olsnilo nas, ze kobieta mogla zle zrozumiec. Oczywiscie okazuje sie ze bilety sa - dobrze nam znane - bez miejscowek, ze wskazaniem wagonu. 46 RMB za osobe.
Skoro najwazniejszy "obowiazek" spelniony to pora spac. Czwarta nad ranem, moze sen przyjdzie...rozkladamy karimaty w poczekalni i momentalnie zasypiamy. Polscy zule na chinskim dworcu (patrz zdjecie)
Pobudka grubo po dziewiatej. Spalo sie naprawde bardzo komfortowo i, co istotne na tym etapie podrozy, za darmo. No ale nie przyjechalismy tutaj, aby drzemac. Ruszamy w kierunku Jinshaguan (jakos tak) Jest to czesc wielkiego muru, z ktorej widac morze i kamiennego kolosa wchodzacego do wody. Niebo dzis pochmurne, wiec nie wiadomo czy w ogole cos dostrzezemy. Za wstep placimy 20 yuanow i rozpoczynamy wedrowke ku wiezy. Turystow nie tak mnogo - przewijaja sie glownie Rosjanie, dla których przygotowano nawet informacje w ich ojczystym jezyku.
Jestesmy na szczycie. Widok z wiezy zapewne bylby fantastyczny, ale pogoda nieco pokrzyzowala nam plany. No trudno - sama wedrowka po murze tez byla swego rodzaju przygoda. Wracamy pieszka (nie doszlismy do porozumienia z panem w trojkolowym Peugeocie) do miasta i szukamy miejscowki na obiad. Wchodzimy tam gdzie tanio. Jedzenie, jak na Chiny, nie jest powalajace, ale ujdzie. Posilek zaliczony - pora ruszac na wybrzeze. Znaleziony w Pekinie "Lonely Planet" informuje, iz do "Glowy Smoka" najlatwiej dojechac autobusem nr 25. Cena za przejazd to "az" 1 RMB. Wsiadamy i jazda. Niedaleko przystanku, na którym opuscilismy pojazd, dopada nas elegancko ubrana pani, ktora po angielsku tlumaczy, ze chetnie zaprowadzi nas do "Starego Smoka". Podazamy jej sladem, choc wiemy, ze 50 yuanow za wstep i tak nie zaplacimy. Kobieta w kasie jest zdeterminowana, by jednak na nas zarobic, wiec proponuje "student price": 30 RMB. "No way" - odpowiadamy i idziemy kawalek dalej, gdzie znajduje sie darmowe zejscie na plaze. Zatoka Bo Hai i Morze Zolte stoja przed nami otworem. Plaza nieco brudna, duzy port z mnostwem dzwigow równiez nie zacheca do kapieli. No trudno - wazne, ze widac "glowe smoka". Za darmo. Poza tym wyjatkowym fragmentem chinskiego muru podziwiac mozemy mnostwo "mlodych par" w slubnych kreacjach, ktorym wynajeci fotografowie trzaskaja fotki na plazy.
Gdy zapada zmrok wracamy na dworzec. Do odjazdu jeszcze trzy godziny. Gramy w kierki, pijemy chinskie herbatki i przygotowujemy sie do ataku na wagon. 22.51 - "godzina W". Wagon numer cztery (nasz) jest najbardziej zatloczonym wagonem, jaki w zyciu widzialem. Nie zmienia to faktu, ze ludzie dosiadaja sie co stacje. Masakra. Chinczycy chyba nie znaja umiaru w sprzedazy biletow. Nie znaja równiez sztuki efektywnego pakowania bagazy na polkach. Dajemy im mala lekcje i przynajmniej nasze plecaki maja wygodnie. Okolo 3 w nocy powinnismy zawitac do Pekinu. Oby zwolnily sie jakies siedzenia...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz