sobota, 5 września 2009

30 SIERPNIA - NIEDZIELA







Rozpoczynamy nasz ostatni dzien w stolicy Panstwa Srodka. Okolo jedenastej opuszczamy zajmowany przez ostatnie 4 dni pokoj (zostawiajac tam Asie i mega chrapiacego Latynosa), szybka wizyta w hostelowej przechowalni bagazu i mozna "ruszac w miasto". My wraz z Mariankami dojezdzamy metrem do bramy Qianmen, ktora od poludnia zamyka slynny pekinski plac. Niestety - wejsc na jej szczyt sie nie da - obiekt w remoncie. Spacerujemy wiec po placu pelnym Chinczykow, którzy zapewne czuja sie dumni, ze przyszlo im byc obywatelami takiego mocarstwa. Mijamy mauzoleum Mao, ktore zwiedzac mozna od 8 do 12 i tylko dwa dni w tygodniu (godziny przyjec niczym w ambasadzie rosyjskiej w UB) i dochodzimy do bram Zakazanego Miasta. Przed wejsciem ogromny portret Mao. Za co ci Chinczycy go tak czcza? Za ogolnonarodowy glod, ktory swego czasu pochlonal kilkadziesiat milionow ofiar? Czy za "rewolucje kulturalna", w wyniku ktorej zgladzono wielu intelektualistow, z ziemia zrownano klasztory i przeprowadzono wielkie polowanie na "kapitalistow"? Nie czaje tego, ale OK - wszak nie tylko to w Chinach jest dla mnie niezrozumiale.

Wracamy wolnym (nie "chwiejnym", jak u Kazika) krokiem ulica Wangfujing, ktora slynie z luksusowych butikow. O dziwo nie zachodzimy do zadnego z nich, ale skrecamy w mala uliczke pelna straganow z jedzeniem i pamiatkami. Sprzedaja tu rownie dziwne rzeczy jak na polozonej nieopodal uliczce, ktora odwiedzilismy w czasie pierwszej wizyty w Beijingu. Drobna roznica polega na tym, iz skorpiony na patyczkach sa zywe i machaja swoimi kolcami. Lucyne ogarnia obrzydzenie.

Kawalek dalej, równiez przy Wangfujing, wchodzimy do ksiegarni anglojezycznej. Wybor ksiazek przeogromny - glownie do nauki chinskiego. Przez chwile kusi nas by sobie cos kupic, ale dochodzimy do wniosku, ze jest tyle prostszych jezykow, których jeszcze nie znamy...Nasza uwage przykuwa takze ksiazeczka o intrygujaco brzmiacym tytule: "Chinglish". Jest to zbior fotografii przedstawiajacych smieszne bledy w uzyciu jezyka angielskiego, jakich Chinczycy robia mnostwo. Niewazne czy to menu w knajpie czy oficjalna tablica na dworcu. Napisow w stylu "Be careful not to be stolen" jest bez liku. Smialismy sie do rozpuku przegladajac owa pozycje. Niestety - 70 yuanow to cena nie na nasza kieszen.

W "naszej" knajpie odkrywamy kolejne pyszne danie - to smazona wieprzowina w ciescie, polana smakowitym sosem imbirowym. Palce lizac. Mimo, iz niektórym zapewne trudno uwierzyc, ze danie bylo bez kosci, smaczne i dobrze przyprawion, to naprawde takie wlasnie bylo.

Korzystajac z okazji, pragniemy wyrazic gleboki zal, iz kuchnia chinska tak ciezko doswiadczyla czlonkow wyprawy antrpologicznej "Depczac po pietach Markowi Polowi". Naprawde, nawet nas to juz nie smieszy - po prostu szkoda nam "Pimpusiow", którzy nie skosztowali tego, co w Chinach najlepsze.

Hostel opuszczamy krotko po 22-giej. Po dwudziestu minutach jestesmy juz na ultrazatloczonym dworcu, na którym zgromadzili sie chyba wszyscy mieszkancy Pekinu. W pociagu jest niewiele lepiej, ale na szczescie mamy miejscowki. Sprint do wagonu sprawil, iz miejsce na plecaki równiez sie znalazlo (nie zdazyli wladowac swoich "workow z piaskiem"). 23.55 - pojezd wyrusza w droge do Shanhaiguan, a my jak zwykle rozpoczynamy gre w kierki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz