Wstajemy w miare wczesnie, bo trzeba pedzic na granice. Targujemy sie z kierowcami, lecz niestety nie mamy silnej pozycji przetargowej. Aut o tej porze "niemnogo". 7 dolarow za osobe - niezbyt atrakcyjna cena, ale szkoda czasu. Z Marianami ładujemy sie do Mitsubishi Pajero i ruszamy ku granicy. Juz na pierwszym skrzyzowaniu okazuje sie, ze wcale nie zmierzamy ku przejsciu. Nasz kierowca jedzie zagospodarowac swój sporych rozmiarow bagaznik. "Zagospodarowac" to malo powiedziane. Dwadziescia kilka 25-kilogramowych workow z ryzem ląduje w naszym aucie. Pol tony przemytu - robi wrazenie, co?
Dojezdzamy na granice, a tam kolejki "nieto". Specjalnie zerwalismy sie skoro swit, by jak najwczesniej dotrzec do Mongolii bram (pamietajac jak duzo czasu zabralo to w tamtą stronę), a tu taka niespodzianka. Szybko i sprawnie wjezdzamy do ojczyzny Czyngis-chana. Pociag do UB odjezdza o 17.55, wiec czeka nas ponad 7h w prowincjonalnym Zamyn Uud. Snujemy sie po miescinie przypominajac sobie jak to jest w Mongolii. Jedna z bardzo nieprzyjemnych kwestii, jaka predko zostala nam odwtorzona, byl fakt iz Mongolowie to mega kombinatorzy i kradna na potege. Podejrzany typek dlugi czas siedzial na lawce obok nas i zdolal podpieprzyc butle wraz z palnikiem. Na szczescie Marian wraz z Wojtkiem bacznie mu sie przygladali i nie pozwolili uciec ze skradzionym fantem. Szkoda tylko, ze nie zaprowadzili mongolskiego rzezimieszka na pobliski posterunek policji, bo takie wystepki nie powinny uchodzic plazem.
Juz trzy godziny przed odjazdem na peronie gromadzi sie tlum. Gdyby byli to tylko ludzie, nie byloby problemu. Sek w tym, ze kazdy z oczekujacych ma gigantyczny bagaz - po 4, 5 wielkich pakunkow wypchanych towarem z Chin. Celowo uzylem slowa "pakunek", a nie na przyklad "torba", bo bylo tam wiele wymyslnych, wczesniej przeze mnie niewidzianych "konstrukcji" (krolowala gora skarpet owinieta folia lub workami na smieci, a calosc oklejona ogromna iloscia tasmy). Zajmujemy kolejke do wagonowych drzwi. Rzecz jasna nie jestesmy w niej pierwsi. Przed nami z piec osob i z "pincet" sztuk bagazu. Z kazdej strony do ogonka probuja się dostac mongolskie cwaniaczki. Nasza determinacja jest jednak silna. Uzywamy niecenzuralnych polskich slow, by wyrazic co myslimy o tych nielegalnych praktykach. Godzine przed odjazdem zaczyna lac. Moknacy tlum dobija sie do wagonu. Po pieciu minutach, gdy wszyscy sa juz mokrzy, prowadnica lituje sie i otwiera drzwi. No i dopiero sie zaczyna. Totalne zezwierzecenie. "Ludzie" tratuja sie, popychaja, atakuja pakunkami. Wedlug niektórych drzwi od wagonu zdaja sie byc nieskonczenie szerokie, bo wiele osob probuje wejsc jednoczesnie z innymi. Mowiac krotko: walka o miejsce w wagonie toczy sie wedlug zasady "po trupach do celu". Mimo, ze posiadamy miejscowki to jednak musimy włączyc sie do tego żenujacego boju. W przeciwnym razie czekaloby nas wielominutowe wyganiane Mongolow z naszych miejsc, a o odzyskaniu polek na plecaki mozna byloby zapomniec. A zatem i nasze lokcie ida w ruch. Nie zwazajac na to czy to Mongol czy Mongolka, odpychamy przeciwnika i napieramy w kierunku wagonu. W ferworze walki niejednemu z nas wymyka sie niezbyt kulturalne sformułowanie rozpoczynajace sie od "SP" (to oczywiście „Szkola Podstawowa”). Po kilku przepychankach i polsko-mongolskich slownych utarczkach ladujemy wreszcie w naszym boxie. Latwo nie bylo, ale jest! Udalo sie! Do odjazdu obserwujemy jeszcze jak kolejnych "pińcet" ladunkow przetacza sie obok naszych siedzen. Ani sciany ani sufit wagonu nie sa z gumy, a jednak wszystkie wory jakims cudem sie zmiescily. Dla nas to niepojete. Mongolscy "tragarze" nie wydaja sie jednak byc tym faktem zaskoczeni.
Przed nami 16-godzinna podroz, ponad 700 km do Ulan Bator. Wagon typu "obszczij" oznacza 16h na siedzaco, ale oznacza równiez najnizsza cene (9600 tugrikow) i prawdziwy lokalny "folklor". Pasazerowie "kupe" (za 27 tys. dziengow) z pewnoscia nie skosztowali tyle "mongolskiej przygranicznej codziennosci" ile zasmakowalismy my.
Krotko przed polnoca kladziemy sie spac. "Kladziemy" w doslownym tego slowa znaczeniu. Oprozniamy dwie polki, plecaki kladziemy na ziemi miedzy lozkami, a na bagazowe miejsca wskakuja Lucyna z Danuta. Tym samym urzadzamy sobie plackarte w obszcziju. Za darmo. Trzeba przyznac, ze to nieco tanszy przejazd niz ten za 30 dolcow, jaki zafundowaly sobie "Polowe Marki".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz