niedziela, 20 września 2009

2 WRZEŚNIA - ŚRODA



Pobudka o siodmej, bo pociag odjezdza skoro swit czyli 8.42. Jak to czesto z chinskimi kolejami bywa - nasz odjazd sie opoznia. Kilkanascie minut po dziewiatej opuszczamy wreszcie Datong. Dla wiekszosci znalazly sie nawet miejsca siedzace, mimo ze miejscowek nie nabylismy. Jedynym, któremu przyszlo podrozowac w przejsciu, jest Marian. Nasz "szczesciarz" srednio co minute musi wstawac i przepuszczac przeciskajacych sie Chinczykow. Po pewnym czasie traci cierpliwosc i zaczyna mowic bardzo brzydko (glownie na "k"). Na szczescie do Jiningu, gdzie mamy przesiadke, jest tylko 150 km. Docieramy tam kilka minut przed poludniem. Z podróży "do Chin" znamy procedure, jaka nas teraz obowiazuje. Z dotychczasowymi biletami udajemy sie do kasy, gdzie musimy wymienic je na takie, ktore beda wazne na trase "Jining - Erlian". Podchodze do okienka i slysze slynne chinskie "me ju". Po polsku: "nie ma". Jak to nie ma? Tlumacze po chinsko-angielsko-polsku, ze nie musimy miec miejsc siedzacych. Byle dostac bilety na dzis. "Tomorrow" - odpowiada pani kasjerka. Tomorrow o 17-tej to odjezdza nasz pociag do Ulan Bator. A co istotne - nie z Jiningu, a z odleglego o ponad 500 km i lezacego w innym panstwie Zamyn Uud. Szukamy "szczescia" w kolejnej kasie. Niestety - scenariusz dokladnie ten sam. Trzecia kasa i trzecia odmowa. Robi sie nieciekawie. Kwadrans po dwunastej. Na dworze leje. Mateusz rusza w poszukiwaniu dworca autobusowego. My probujemy zwrocic bilety. Nic z tego - sa juz czeciowo wykorzystane, wiec nikt ich nie przyjmie. 12.25 - przybiega Mateusz i informuje, ze autobus do Erlian odjezdza o 12.40. Koszt biletu - 70 yuanow. Dodatkowy wydatek i malo czasu to tylko 2/3 problemow, z jakimi borykamy sie w tym momencie. "Ten trzeci" to brak srodkow w naszych portfelach. Zakupiwszy bilet kolejowy do samego Erlian wszyscy z nas zostawili sobie niewiele yuanow - tak by jedynie przenocowac i zjesc po dojezdzie do tej przygranicznej miejscowosci. Dodatkowa komplikacja jest to, iz Jining nie jest stolica swiatowej finansjery i bankomatu na kazdym rogu nie uświadczysz. Blyskawicznie przeliczylismy kto ile ma w swojej sakiewce i okazalo sie ze brakuje okolo 150 yuanow. Wraz z Mateuszem i Marianem pedzimy w poszukiwaniu bankomatu. Na zegarze 12.30. Wpadamy do cudem znalezionej placowki banku i predko do "pienieznej maszyny". 150 RMB w lapie i pedem na dworzec. 12.35 - doslownie lecimy do kasy i kupujemy pozadane bilety. Hmm..."kupujemy" to za duzo powiedziane. W rzeczywistosci bylo tak: kasjerka drukuje bilety, a my skladamy kase. Kazdy wydobywa ze swojego portfela co tylko sie da. Liczymy gore drobnych, 470…480, 481, ojej, 481 i koniec. A potrzeba o dziewiec wiecej. 12.39 - rozpoczyna sie goraczkowe grzebanie po portfelach, skladanie ulamkow yuana, a do celu wciaz daleko. Lucyna wygrzebuje z klasowych ostatnie dwa yuany, ja z kieszeni trzy polowki. Ziarnko do ziarnka...i cudem zebralo sie 490RMB. Dosłownie „cudem”, bo wszyscy zostali bez ulamka yuana przy duszy. Pakujemy sie do autobusu. Tam kolejne przygody. Chinczykow jak mrowkow, ich bagazy wcale niemniej. Nasza cierpliwosc tez ma kres, wiec nawet Marian wybucha i parszywie bluzgamy na wspolpasazerow. Z polgodzinnym opoznieniem opuszczamy Jining. Przed nami 350 km do granicznego Erlian.

Docieramy tam krotko po 18-tej. Proba wyplacenia pieniedzy w "24h banking" konczy sie fiaskiem. Nie dlatego, ze nie dziala bankomat. Powod jest inny - kraty w wejsciu prowadzacym do maszyny. Oto dostep "24/7" w wydaniu chińskim. Na nocleg udajemy sie tam gdzie poprzednio. Po dlugich rozmowach za posrednictwem Google translatora udaje sie osiagnac porozumienie. Dostajemy to, o co walczylismy. Jeden pokoj na siedmioro. Cena - 70 yuanow. 4.5 zl za osobe. Brzmi dobrze, szczególnie po wydaniu dodatkowych 70 yuanow na przejazd. Ostatni chinski posilek jemy w obskurnie wygladajacym barze. Chwile po naszym wejsciu wybiega z niego dwoch zuli i zaczynaja sie trzaskac tuz przed drzwiami. Mamy chwile zwatpienia - czy pozostanie tutaj to na pewno dobry wybor? Decydujemy sie zaryzykowac i podjete ryzyko sie oplaca. "Nie szata zdobi czlowieka", nie pierwsze wrazenie swiadczy o tym czy zarcie bedzie dobre. A dobre bylo. I mega tanie. 7 RMB za kurczaka, 5 RMB za baklazana. Godnie się konczy nasze stolowanie w "Kitaju".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz