niedziela, 20 września 2009

13 WRZEŚNIA - NIEDZIELA


Chwilę po siódmej dostrzegamy za oknem lwowskie przedmieścia. Pora szykować się do opuszczenia pojezdu. 7.41 – lwowski dworzec wita nas swoimi eleganckimi marmurowymi wnętrzami. Plecaki zostawiamy w „kamerze chranjenja” (za kwotę jeszcze śmieszniejszą niż w Kijowie.) i ruszamy do miasta. Jest ósma rano. Jeśli chcemy zdążyć na pociąg z Przemyśla (czas odprawienia: 17.30) to koło 13-tej musimy opuścić Lwów. Ruszamy w kierunku centrum. Podziwiamy zabytkową zabudowę byłej galicyjskiej stolicy. Odwiedzamy Katedrę Łacińską znajdującą się w jednym z rogów lwowskiego rynku. Następnie prędko jedziemy na Cmetarz Łyczakowski. Odwiedzamy groby znanych Polaków – m.in. Marii Konopnickiej czy Gabrieli Zapolskiej, a także pobliski Cmentarz Orląt Lwowskich, na którym spoczywają młodzi obrońcy polskiego Lwowa. Wracamy w okolice rynku. Marian z Haliną udają się do Katedry na mszę, a pozostali szukają wymarzonego posiłku – barszczu ukraińskiego i pielmieni. Liczymy na to, że Lwów powita nas przyjaźniejszymi cenami, aniżeli miasto stołeczne. I rzeczywiście – oddalamy się nieco od rynku i znajdujemy sympatyczny bar, w którym barszcz kosztuje 8 hrywien, a porcja pielmieni 9. Żyć nie umierać. Zajadamy się ukraińskimi specjałami, które w dodatku kosztują tak niewiele. Po uczcie krótki spacer po rynku. Dalej w ulicę Krakowską i na deser, którym w dniu dzisiejszym są pyszne, świeżo smażone czeburieki. Najlepsze jakie jadłem w ciągu całego wyjazdu.

Wsiadamy w tramwaj linii numer 6 i jedziemy na dworzec. Wszak na zegarze już 12.45. Oby pozostali się nie spóźnili na zbiórkę, bo busik do Szegini odjeżdża dziesięć po pierwszej. Całe szczęście - nie spóźnili się. Błyskawicznie pakujemy cały tył i ruszamy w kierunku polskiej granicy. Do przejścia dojeżdżamy około 15-tej. Wydajemy ostatnie hrywny (zgadnijcie na co) i maszerujemy do granicznych budek. Mimo wprowadzenia ostrych „papierosowych” limitów (dozwolone dwie paczki, a nie jak do niedawna sztanga) na granicy kolejka. Obcujemy z językiem polskim, choć nie jest to wymarzone spotkanie z naszą ojczystą mową, bo przed nami stoją kolesie w stylu: „k…, jebłem, pizgłem”. A to Polska właśnie. No trudno. Ojczyzny się nie wybiera:)

Chwilę po 15-tej polskiego czasu wsiadamy do autobusu do Przemyśla (difoltowe 2zł za kurs). Kilkanaście minut później jesteśmy już na przemyskim dworcu. Kupujemy bilety. Co niektórzy odwiedzają też osławioną toaletę, w której wybierają niepełny pakiet - bez mycia rąk. Do odjazdu jeszcze prawie 2 h, więc idziemy pospacerować po przemyskim deptaku. Zaglądamy do dobrze znanej pizzerii (typowe polskie jadło), w której jednak zostajemy na dłużej . Po posiłku szybkie zakupy – polska prasa, prowiant na drogę i wskakujemy do pociągu. To 10-ta noc z rzędu spędzona w pojeździe na szynach. Pierwsza w Polsce i pierwsza tak niekomfortowa. No nic – cudów po PKP nikt nie oczekiwał. Mijamy Rzeszów i Tarnów. Około 22-giej docieramy do stolicy Małopolski. A później? Później wszyscy zasnęli. W koszmarnie niewygodnych pozycjach, ale zmęczenie wzięło górę. Przyjazd do Poznania przewidziany na 5.55.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz