niedziela, 20 września 2009

12 WRZEŚNIA - SOBOTA





Zabawnym doświadczeniem była nocna kontrola na granicy rosyjsko – ukraińskiej. Odprawa graniczna kojarzy się raczej z poważną procedurą, w czasie której trzeba należycie się zachowywać. Tym razem było zupełnie inaczej – przynajmniej z naszej strony. Celnicy ubrani jak zwykle i poważni jak zawsze. My – zaspani i pod kołdrami. Mało tu szacunku dla władzy;) Tak czy inaczej – o 4 rano wjeżdżamy na Ukrainę. Nie ma wśród nas osoby, która nie radowałaby się z opuszczenia „wrogiej” rosyjskiej krainy. Nie żebyśmy byli rusofobami…

Na kijowskim dworcu wysiadamy chwilę po 11-stej. Nowoczesny budynek rzuca na kolana. W tej kwestii, w pojedynku Ukraina – Polska 1:0, choć kijowski wakzał przewyższa Centralny w Warszawie o kilka klas, więc może 5:0 albo Knockout? Wymieniamy/ wypłacamy kasę i kupujemy bilety do Lwowa (94 hrywny za plackarte. Były pociągi i za 70, ale przy dzisiejszym kursie ichniej waluty to różnica 6zł). A zatem do 22.00 czas wolny w Kijowie. Rozpoczynamy od pozostawienia bagażu w przechowalni – cena dużo bardziej przyjazna niż w Rosji. Następnie wizyta w pobliskim supermarkecie. Ceny – rozkoszne, szczególnie przy obecnym przeliczniku. I już lubimy Ukrainę, bo czujemy, iż tu powetujemy sobie zdzierstwo, którego doświadczyliśmy w Moskwie.

Spacerujemy w kierunku centrum. Mijamy Kijowski Uniwersytet, pod którym tłoczą się makabrycznie przebrani ludzie – wymazani czerwoną mazią, która ma imitować krew. Obleśne głupki. Dochodzimy do głównej kijowskiej arterii – Chreszczatyku, przy którym znajduje się słynny Plac Niepodległości (Maidan Niezależnosti). Chwilę później z oddali podziwiamy jeszcze Cerkiew św. Michała i już ruszamy na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Niestety – w centrum Kijowa można zapomnieć o tanim barszczu. Nawet mimo korzystnego kursu ukraińskiej waluty, niczego poniżej 10zł znaleźć nie możemy. No trudno – wracamy do naszego marketu i żywimy się w tamtejszym barze. Tanio, dobrze i do syta. Przed odjazdem pora jeszcze na wyborne ukraińskie piwo. Czarnobylskie, Sławutycz, Bile, Obolon – znawcom tematu nie muszę przedstawiać tych marek.

Punkt 22–ga odjeżdżamy do Lwowa. Czujemy wyraźnie, iż nasza wielka wyprawa dobiega końca. Do polskiej granicy już naprawdę niedaleko…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz