Na Dworzec Jarosławski pociąg dociera zgodnie z planem. Opuszczamy nasze niemalże „100 – godzinne domostwo” i udajemy się do poczekalni. Metro kursuje dopiero od szóstej, więc przez 1,5h przysypiamy na dworcowych fotelach. Kilka minut po 6-tej chwytamy nasze plecaki i ruszamy „pod ziemię”. Znalezienie stacji metra okazuje się nie być takim łatwym zadaniem. Oznakowanie w Moskwie pozostawia wiele do życzenia. Docieramy wreszcie do stacji Komsomolskaja,. Oczywiście na peronie tablic z nazwą stacji próżno szukać. W zamian za to bogate zdobienia, efektowne żyrandole, rzeźbione sufity. Przepych przeogromny. Pojedynczy przejazd kosztuje 22 ruble. Ech – z rozrzewnieniem wspominamy pekińskie metro. Tanie bilety, nowoczesne wagony, wszystkie oznaczenia po angielsku. No nic – jedziemy na Dworzec Kijowski, z którego wieczorem odjeżdżamy w kierunku ukraińskiej stolicy. Wchodzimy do przechowalni bagażu, a tam niemiły gruby Rosjanin tonem nieznoszącym sprzeciwu dryguje naszymi poczynaniami. Jak się okazuje – to dopiero początek niemiłych z nim doświadczeń. Koszt przechowania bagażu to wg cennika 72 ruble. Jednakże „przesympatyczny” obsługujący uznał, że karimata przypięta do plecaka to osobny bagaż. Podobnie śpiwór znajdujący się na zewnątrz plecaka. Dbając o własną kieszeń oczywiście kłócimy się z kolesiem próbując udowodnić, że jego interpretacja jest absurdalna. Niestety – facet drze się w niebogłosy, wykrzykuję że 150 rubli od osoby, że my Polacy nienawidzimy Rosjan, ale oni nas również itepe, itede. Głąb i cham z niego, ale sęk w tym, że nie mamy innej możliwości, więc zostawiamy bagaże w tym miejscu i za taką cenę. Sympatycznie rozpoczyna się zwiedzanie rosyjskiej stolicy.
Spacerujemy w stronę centrum. Przekraczamy rzekę Moskwę, która otacza miasto. Chwilę po 8-mej spacerujemy reprezentacyjnym Arbatem. Mijamy dom, w którym mieszkał Aleksander Puszkin. Kawałek dalej pomnik Bułata Okudżawy. Z racji wczesnej pory na ulicy pustki - obraz zupełnie inny niż ten tętniący życiem, który opisano w przewodniku. Jeszcze przed dziewiątą docieramy do Parku Aleksandrowskiego, który znajduje się u podnóża Kremla. Samą fortecę otwierają dopiero o 10 – tej, więc mamy jeszcze czas pospacerować po pobliskim Placu Czerwonym. A na najsłynniejszym z placów wielkie rusztowanie, scena, trybuny. To ponoć pozostałości po dniach Rosji. Maszerujemy dalej w kierunku słynnego mostu, z którego wielokrotnie słyszałem: „Wiktor Bater, Wiadomości, Moskwa”. Widok na Kreml jest stąd wymarzony. I pogoda również nas dziś rozpieszcza. Wolnym krokiem wracamy do Kremlowych kas. Kupujemy bilety studenckie za 100 rubli. Cieszy nas ta cena. Niestety – radość mija prędko, gdy tylko zbliżamy się do kontroli bagażu. Typowa rosyjska „gościnność” sprawia, że wymyślamy ten naród od najgorszych, naszym idolem staje się Władysław Kozakiewicz i pojmujemy dlaczego wszelkie sportowe zwycięstwa nad Rosją smakują tak dobrze. Tak czy inaczej Kreml zwiedzamy, bo przecież bilety zakupione.
Po Kremlu pora pokuszać. Mateusz – stały moskiewski bywalec – zabiera nas na „Kartoszkę” – dużego ziemniaka z farszem. Podobno to najtańsze, co można zjeść w rosyjskiej stolicy. Podążamy krok w krok za naszym przewodnikiem. Po chwili okazuje się, że ów ziemniaczany bar znajduje się w najdroższym centrum handlowym miasta - Ochota. 150 rubli za ziemniaka? Nie dziękuję. Słoma zjadł, bo zjeść musiał. Zupełnie straciłby twarz, gdyby się wycofał po przyprowadzeniu nas na miejsce. My żywimy się niedługo później w „Krówce” na Arbacie. Smaczny posiłek za 99 rubli, choć wielkość porcji nie powala na kolana.
Skoro żołądki napełnione to pora na dalsze zwiedzanie. Wsiadamy do metra i jedziemy na Wróblowe Wzgórza, z których roztacza się piękna panorama stolicy. W pobliżu znajduje się również budynek Moskiewskiego Uniwersytetu – jedna z siedmiu „Sióstr Stalina” czyli budowla a’la warszawski Pałac Kultury. Spędzamy w tych okolicach późne popołudnie. Natomiast wieczorem chcemy sobie posiedzieć w Parku Aleksandrowskim. Niestety – z niewiadomych przyczyn wygania nas ochrona twierdząc, że na 3 godziny zamykają teren. Znów słynna rosyjska gościnność. No nic – jedziemy na dworzec i tam oczekujemy na pociąg. 22.50 – z mieszanymi odczuciami opuszczamy Moskwę – miasto z jednej strony intrygujące, z drugiej przepłacone i nieprzyjazne. A z rana Kijów…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz