W okolicach Bayandzag podziwiamy karlowaty lasek saksaulowy. Sama miejscowosc slynie z wielkich "dinozaurzych" znalezisk. Nie jest to jednak widocznie wystarczajacy powod do odwiedzin, bo nasi kierowcy postanowili sie nie zatrzymywac. No OK-jedzmy dalej. Nasi pasterze z pewnoscia wiedza co dla nas najlepsze.
Z godziny na godzine krajobraz coraz mniej pustynny, aczkolwiek temperatura zdaje sie tego nie zauwazac, bo upal wciaz nam doskwiera. Chwile po 15tej docieramy do miasteczka, w którym postanawiamy pokuszac. Dlugie oczekiwanie na posilek urozmaicaja nam trzy miejscowe dziewczynki. Jedna z nich ma na imie "Ochtndzierlach". Imion pozostalych dwoch nie da sie wymowic. Dziewczyny stroja dziwne miny, raz pozuja do zdjec, to znow chowaja sie na widok obiektywu. Oczywiście caly ten show nie bez przyczyny - wszak Mongolowie to urodzeni biznesmeni. Na dowod, ze i zenskiej czesci spoleczenstwa handlowe umiejetnosci nie sa obce, mlode Mongolki probuja nam sprzedac plecione wielblady. Ku ich niezadowoleniu - nikt z nas nie ulegl mlodzienczemu czarowi i 4000 tugrikow nie wydal.
Brzuchy pelne to pora w droge. Za oknem coraz wiecej zieleni, a co za tym idzie - coraz wiecej pasacych sie zwierzat. Ci co bardziej spostrzegawczy poza zwierzakami dostrzegaja również, iż nie wiedziec czemu od 1.5h jedziemy "w strone slonca" (jest już dobrze po 19tej). Z Gobi do Ulan Bator to raczej na polnoc, nieprawdaz? Dopiero, gdy zatrzymalismy sie nad urokliwym jeziorkiem i tam postanowilismy przenocowac, nasi mistrzowie za kolkiem zdradzili nam swoja strategie. Nadkladaja kilometrow jadac na zachod, aby jutro wiekszosc trasy pokonac asfaltowka Charchorin-UB. Genialne posuniecie. Sam Napoleon lepiej by tego nie wykoncypowal. Sek w tym, ze to my placimy za kilometry.
A po zmroku, przy gitarze, ochrzcilismy Mateusza "Promateuszem". A wszystko dlatego, ze w ramach "samoukarania" zamiast kancika miał wystawic swa watrobe sepom na pozarcie.
Z godziny na godzine krajobraz coraz mniej pustynny, aczkolwiek temperatura zdaje sie tego nie zauwazac, bo upal wciaz nam doskwiera. Chwile po 15tej docieramy do miasteczka, w którym postanawiamy pokuszac. Dlugie oczekiwanie na posilek urozmaicaja nam trzy miejscowe dziewczynki. Jedna z nich ma na imie "Ochtndzierlach". Imion pozostalych dwoch nie da sie wymowic. Dziewczyny stroja dziwne miny, raz pozuja do zdjec, to znow chowaja sie na widok obiektywu. Oczywiście caly ten show nie bez przyczyny - wszak Mongolowie to urodzeni biznesmeni. Na dowod, ze i zenskiej czesci spoleczenstwa handlowe umiejetnosci nie sa obce, mlode Mongolki probuja nam sprzedac plecione wielblady. Ku ich niezadowoleniu - nikt z nas nie ulegl mlodzienczemu czarowi i 4000 tugrikow nie wydal.
Brzuchy pelne to pora w droge. Za oknem coraz wiecej zieleni, a co za tym idzie - coraz wiecej pasacych sie zwierzat. Ci co bardziej spostrzegawczy poza zwierzakami dostrzegaja również, iż nie wiedziec czemu od 1.5h jedziemy "w strone slonca" (jest już dobrze po 19tej). Z Gobi do Ulan Bator to raczej na polnoc, nieprawdaz? Dopiero, gdy zatrzymalismy sie nad urokliwym jeziorkiem i tam postanowilismy przenocowac, nasi mistrzowie za kolkiem zdradzili nam swoja strategie. Nadkladaja kilometrow jadac na zachod, aby jutro wiekszosc trasy pokonac asfaltowka Charchorin-UB. Genialne posuniecie. Sam Napoleon lepiej by tego nie wykoncypowal. Sek w tym, ze to my placimy za kilometry.
A po zmroku, przy gitarze, ochrzcilismy Mateusza "Promateuszem". A wszystko dlatego, ze w ramach "samoukarania" zamiast kancika miał wystawic swa watrobe sepom na pozarcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz