wtorek, 11 sierpnia 2009

8 SIERPNIA - SOBOTA











Od rana trwa ozywiona dyskusja z naszymi wozicielami. Dotyczy ona naszego aktualnego polozenia. My (z Andriejewiczem Wolskim na czele) upieramy sie przy tym, iż zjechalismy już z glownej drogi i przekroczylismy gory. Mongolscy drajwerzy sa swiecie przekonani, ze wciaz znajdujemy sie na glownym trakcie. Nasz spor koncza (a raczej zawieszaja, bo nie rozstrzygaja) mieszkancy pobliskiej jurty, którzy wskazuja nam ktoredy do Khongoryn Els. Reszta nas nie interesuje - po prostu chcemy tam dotrzec.

W miedzyczasie, w naszym wlasnie zwijanym obozowisku dokonano niezwyklego odkrycia. Danuta z Wojtkiem znalezli pod swoim namiotem malutkiego skorpionika. Zainteresowanie, ktore wzbudzil było odwrotnie proporcjonalne do jego rozmiarow. Dzieki temu jednak każdy (poza Kuba i mna) zdolal dojrzec kolec jadowy w tylnej czesci pancerza i nabrac nieco wiecej respektu dla miejsca, w którym sie znajdujemy.

Po tej niecodziennej dawce emocji ruszamy ku najwiekszym mongolskim wydmom. Za oknem wciaz pyl, piach i kamienie. No i ten upal...chcielismy prawdziwej pustyni to ja mamy.

Auta zaparkowaly w dosc znacznej odleglosci od wydm. No coz - spacer sie przyda. Wszak cale dni spedzamy na tylku w samochodzie. Krok za krokiem, za krokiem krok, a konca nie widac (niczym w "Szymon Majewski show"). Piaskowe olbrzymy, mimo ze odlegle, to wydawaly sie być jednak nieco blizej. "Spacerek" okazal sie być dosyc spora wyprawa, ale z pewnoscia było warto. Nieprzypadkowo piasek to ulubiony plac zabaw dzieciakow (rowniez tych "doroslych"). Halniackie napisy, przedziwne skoki i mnostwo zdjec - to tylko niektóre z naszych wydmowych aktywnosci. Az zal było wracac...

Dalsza droga bardzo dobrze NIEznana, od jednej jurty do drugiej. Generalnie - koles pyta kazdego, kto sie nawinie. Sek w tym, ze "nawijanie" w tej czesci Mongolii idzie nieco opornie i w tym tkwi przyczyna naszej zguby. Pod koniec dnia dojezdzamy w koncu do malej miesciny (Bulgan jak mniemamy) i tradycyjnie odwiedzamy "Czajni gazar". Na czujwan czekamy przeszlo godzine, ale oplaca sie. Kluseczki - swiezo zrobione na parze smakuja wybornie. Baran, serwowany prosto z bagaznika LandCruisera zaparkowanego przed lokalem, był także bez zarzutu.

Rozbijamy sie kilkanascie kilometrow przed Bayandzag. Robimy to w wielkim pospiechu, jako ze nadciaga olbrzymia burza. Takich poteznych blyskawic i tak wielkiego natezenia wyladowan jeszcze w zyciu nie widzialem. Zapewne znaczna role odegrala tu wielka otwarta przestrzen, ktora wzmogla wrazenie potegi i bezkresnosci tego zjawiska atmosferycznego. A zatem blyskalo, wialo, lalo, namioty sie giely, a burza...jak to burza - przeszla bokiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz