Jeszcze przed poludniem docieramy wreszcie do Dalanzadgad - 12-tysiecznej stolicy ajmaku Omongow. Slonce pali bez litosci. Nic dziwnego - srednia temperatura lipca w tym rejonie Gobi to 38 stopni. Teren malo przyjazny czlowiekowi oraz wszelkiej faunie i florze.
Robimy zakupy. Wiekszosc nabywa wode w zgrzewkach, bo pojeli slowa "porzuccie wszelka nadzieje - ci którzy tutaj wchodzicie " i nie wierza, ze będzie nam dane znalezc alternatywne zrodlo tego zyciodajnego plynu. Ruszamy w kierunku parku narodowego "Gobi Gurwan Sajhan". To w jego obrebie lezy malownicza dolina Jolyn Am ("am" to ulubione slowko Danuty w Scrabble), a także najwyzsze w Mongolii wydmy - Khongoryn Els. Wstep do parku - difoltowo 3000 tugrikow. Tuz za brama zaczynaja sie skaliste gorskie szczyty (nierzadko siegajace 2600m npm), a droga wiedzie srodkiem, waskim wawozem, którego pokonanie dostarcza nam sporo wrazen. Rownie atrakcyjny okazuje sie być spacer dalsza czescia Jolyn Am. Strumyk daje szanse na zmycie z siebie choc czesci brudu. Sama dolina przypomina Wawoz Krakow, tyle ze kilkakrotnie wiekszy i rozswietlony sloncem. Waskie przesmyki upodobniaja to miejsce także i do jordanskiej Petry (tak - to tam krecono Indiane Jones'a)
Podczas, gdy wszyscy uczestniczyli w tej uczcie dla oka, Ciotka Danuta oddawala sie innym przyjemnosciom (nie, tym razem nie byl to alkohol). Podpowiedzia niech będzie to, iż Wojtek wypisujac pocztowke pytal wszem i wobec jak sie pisze "diarrhoea"...
Chwile po 15tej ruszamy w kierunku Khongoryn Els. Droga nadal wiedzie skalistym wawozem - niekiedy tak waskim, ze nie wierzymy jakim cudem to auto znow sie przecisnelo?! Jak zwykle jestesmy ostro pogubieni, mimo ze każdy z kierowcow dysponuje zarówno mapa jak i licznikiem kilometrow. Zbaczamy z glownej trasy laczacej Jolyn Am z wydmami i po chwili znajdujemy sie po lewej stronie szczytow, ktore mieć winnismy po prawej. Yogi z Gana wyraznie nie sa pewni swych poczynan.
Z racji poznej pory postanawiamy sie rozbic. Miejsce niezbyt fortunne, chocby dlatego, ze mielismy podziwiac piekny zachod slonca nad wydmami. Zamiast tego mamy surowy teren, wykopywanie kepek jakiejs ostrej trawy (przyrodniczy ekspert ze mnie marny), by moc rozbic namiot, a także deszcz, ktory predko wygonil wszystkich do namiotow. Z racji tego ostatniego "nieszczescia" celebrity jak zwykle zagral jedna piosenke.
Robimy zakupy. Wiekszosc nabywa wode w zgrzewkach, bo pojeli slowa "porzuccie wszelka nadzieje - ci którzy tutaj wchodzicie " i nie wierza, ze będzie nam dane znalezc alternatywne zrodlo tego zyciodajnego plynu. Ruszamy w kierunku parku narodowego "Gobi Gurwan Sajhan". To w jego obrebie lezy malownicza dolina Jolyn Am ("am" to ulubione slowko Danuty w Scrabble), a także najwyzsze w Mongolii wydmy - Khongoryn Els. Wstep do parku - difoltowo 3000 tugrikow. Tuz za brama zaczynaja sie skaliste gorskie szczyty (nierzadko siegajace 2600m npm), a droga wiedzie srodkiem, waskim wawozem, którego pokonanie dostarcza nam sporo wrazen. Rownie atrakcyjny okazuje sie być spacer dalsza czescia Jolyn Am. Strumyk daje szanse na zmycie z siebie choc czesci brudu. Sama dolina przypomina Wawoz Krakow, tyle ze kilkakrotnie wiekszy i rozswietlony sloncem. Waskie przesmyki upodobniaja to miejsce także i do jordanskiej Petry (tak - to tam krecono Indiane Jones'a)
Podczas, gdy wszyscy uczestniczyli w tej uczcie dla oka, Ciotka Danuta oddawala sie innym przyjemnosciom (nie, tym razem nie byl to alkohol). Podpowiedzia niech będzie to, iż Wojtek wypisujac pocztowke pytal wszem i wobec jak sie pisze "diarrhoea"...
Chwile po 15tej ruszamy w kierunku Khongoryn Els. Droga nadal wiedzie skalistym wawozem - niekiedy tak waskim, ze nie wierzymy jakim cudem to auto znow sie przecisnelo?! Jak zwykle jestesmy ostro pogubieni, mimo ze każdy z kierowcow dysponuje zarówno mapa jak i licznikiem kilometrow. Zbaczamy z glownej trasy laczacej Jolyn Am z wydmami i po chwili znajdujemy sie po lewej stronie szczytow, ktore mieć winnismy po prawej. Yogi z Gana wyraznie nie sa pewni swych poczynan.
Z racji poznej pory postanawiamy sie rozbic. Miejsce niezbyt fortunne, chocby dlatego, ze mielismy podziwiac piekny zachod slonca nad wydmami. Zamiast tego mamy surowy teren, wykopywanie kepek jakiejs ostrej trawy (przyrodniczy ekspert ze mnie marny), by moc rozbic namiot, a także deszcz, ktory predko wygonil wszystkich do namiotow. Z racji tego ostatniego "nieszczescia" celebrity jak zwykle zagral jedna piosenke.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz