O poranku okazalo sie, iż żaden piorun nie usiekl kogokolwiek z naszej ekipy. Zasadnicza przyczyna takiego stanu rzeczy może być fakt, iż burza minela nas o kilka kilometrow.
Po sniadaniu pora nadrabiac wielokilometrowe zaleglosci. Na szczescie droga jest calkiem dobra (dobra jak na Mongolie, bo każdy polski kierowca zapytalby od razu na co poszly jego podatki, skoro nie na drogi), bo pozwala rozpedzic sie do 60-80 km/h. Tyle jedziemy my. Drugie auto (prowadzone przez Yogiego) przoduje tak znacznie, ze rzadko kiedy widzimy po nim chocby chmure pylu. Albo Yogi ma w literach czterech komfort pasazerow, albo poprzywiazywal ich sznurem do kanapy.
W Mandalgovi robimy przerwe zakupowo-obiadowa. Posilek spozywamy w restauracji hotelu o oryginalnej nazwie "Gobi". Szczerze powiedziawszy owa jadlodajnia niczym nie rozni sie od zwyklego guandza (rownież i tutaj wolowina jest z barana)
Ruszamy w dalsza podroz. Pustynia Gobi wlasnie oficjalnie sie rozpoczela. Krajobraz jeszcze nie tak surowy. Gdzieniegdzie widac kepki traw, poza wielbladami pasa sie także owce oraz kozy. Osad ludzkich - jak na lekarstwo. Gestosc zaludnienia w tej czesci kraju to 0.3 osoby na kilometr kwadratowy. Widac.
Podczas postojow atrakcji rowniez co niemiara. Glownej dostarcza oczywiście zenska czesc zalogi, ktora w celu zalatwienia pewnej istotnej potrzeby fizjologicznej korzysta ze sprawdzonego patentu starszych (ale tylko troche) kolezanek. Kluczowa role odgrywa tu karimata, ktora szczelnie owija kluczowe czesci ciala. Te mniej doswiadczone korzystaja z pomocy kolezanki (albo siostry), ktora trzyma ow parawan. Te sprytniejsze radza sobie samodzielnie.
W mysl zasady "nie ma dnia bez zgubienia" gubimy sie. Zamiast jechac na poludniowy zachod (w kierunku Dalanzadgadu) pojechalismy na poludniowy wschod. Dzieki temu kapitalnemu posunieciu jutro rano musimy nadrobic kolejne 40 kilometrow (jak sie domyslacie - ze wschodu na zachod). Dodatkowa atrakcja dzisiejszego wieczoru jest przejazd przez rzeke. Nie taka plytka jak zazwyczaj, bo jadacy za nami minibusik "utonal". Nasi kierowcy jak zwykle chwile sie posmiali, a pozniej jeden z nich wyruszyl na ratunek krotkowzrocznemu kierowcy. Nasz bohater.
Rozbijamy sie 20 km od wspomnianej rzeki. Pewnie - po co nam woda? Wszak to dopiero drugi dzien wdychania kurzu. Warstewka brudu jeszcze cienka, a smrod jeszcze nie tak silny by na jego podstawie rozrozniac poszczegolnych czlonkow wyprawy. Bajkowa pelnia Ksiezyca przynajmniej czesciowo rekompensuje nam brak "uus'u".
Po sniadaniu pora nadrabiac wielokilometrowe zaleglosci. Na szczescie droga jest calkiem dobra (dobra jak na Mongolie, bo każdy polski kierowca zapytalby od razu na co poszly jego podatki, skoro nie na drogi), bo pozwala rozpedzic sie do 60-80 km/h. Tyle jedziemy my. Drugie auto (prowadzone przez Yogiego) przoduje tak znacznie, ze rzadko kiedy widzimy po nim chocby chmure pylu. Albo Yogi ma w literach czterech komfort pasazerow, albo poprzywiazywal ich sznurem do kanapy.
W Mandalgovi robimy przerwe zakupowo-obiadowa. Posilek spozywamy w restauracji hotelu o oryginalnej nazwie "Gobi". Szczerze powiedziawszy owa jadlodajnia niczym nie rozni sie od zwyklego guandza (rownież i tutaj wolowina jest z barana)
Ruszamy w dalsza podroz. Pustynia Gobi wlasnie oficjalnie sie rozpoczela. Krajobraz jeszcze nie tak surowy. Gdzieniegdzie widac kepki traw, poza wielbladami pasa sie także owce oraz kozy. Osad ludzkich - jak na lekarstwo. Gestosc zaludnienia w tej czesci kraju to 0.3 osoby na kilometr kwadratowy. Widac.
Podczas postojow atrakcji rowniez co niemiara. Glownej dostarcza oczywiście zenska czesc zalogi, ktora w celu zalatwienia pewnej istotnej potrzeby fizjologicznej korzysta ze sprawdzonego patentu starszych (ale tylko troche) kolezanek. Kluczowa role odgrywa tu karimata, ktora szczelnie owija kluczowe czesci ciala. Te mniej doswiadczone korzystaja z pomocy kolezanki (albo siostry), ktora trzyma ow parawan. Te sprytniejsze radza sobie samodzielnie.
W mysl zasady "nie ma dnia bez zgubienia" gubimy sie. Zamiast jechac na poludniowy zachod (w kierunku Dalanzadgadu) pojechalismy na poludniowy wschod. Dzieki temu kapitalnemu posunieciu jutro rano musimy nadrobic kolejne 40 kilometrow (jak sie domyslacie - ze wschodu na zachod). Dodatkowa atrakcja dzisiejszego wieczoru jest przejazd przez rzeke. Nie taka plytka jak zazwyczaj, bo jadacy za nami minibusik "utonal". Nasi kierowcy jak zwykle chwile sie posmiali, a pozniej jeden z nich wyruszyl na ratunek krotkowzrocznemu kierowcy. Nasz bohater.
Rozbijamy sie 20 km od wspomnianej rzeki. Pewnie - po co nam woda? Wszak to dopiero drugi dzien wdychania kurzu. Warstewka brudu jeszcze cienka, a smrod jeszcze nie tak silny by na jego podstawie rozrozniac poszczegolnych czlonkow wyprawy. Bajkowa pelnia Ksiezyca przynajmniej czesciowo rekompensuje nam brak "uus'u".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz