Pod ambasade dotarlem chwile po 12stej. Pozostala trojka (Lucyna, Halina i Marian) już tam była. Hurra! Pierwsi w kolejce! Slonce prazy niemilosiernie, ale niestety - trzeba pilnowac swoich pozycji. Aby czas plynal szybciej rozgrywamy partyjke Dominiona, a nastepnie Jungle Speed. W miedzyczasie kolejka sie powieksza - miedzy innymi o kolejna grupke Polakow (co za nuda - wszedzie nasi krajanie)
Krotko przed "godzina W" zwijamy karimaty i zajmujemy pozycje bojowe. Wzmozona czujnosc jest teraz jak najbardziej wskazana, gdyz z kazdej strony otaczaja nas roznego rodzaju kombinatorzy chcacy dostac sie bez kolejki. O nie mili panstwo - nic z tego. Nie po to smazymy sie od 2h byscie wy zabrali nasz skrawek bezcennej audiencji. 14.05 Straznik otwiera brame i wpuszcza dwie pierwsze osoby (Mariana i mnie). Michalina z Lucyna wchodza dopiero gdy informujemy ze jestesmy grupa. 14.13 pojawia sie pani urzedniczka. Choc można mieć zastrzezenia do jej figury ubrana jest jak sex-bomba. Jej ogromne piersi podziwiac można niemalze w calej okazalosci. Nic dziwnego, ze bez wahania postanawiam zlozyc wnioski za wszystkie cztery osoby.
14.25 - w glorii chwaly opuszczamy konsulat i wypatrujemy naszych wozow. W miedzyczasie postanawiamy jeszcze wziac cos na zab. Wybor pada na knajpe o mongolsko brzmiacej nazwie "Mr Burger".Wchodzimy, a w srodku wierna kopia McDonalds'a. Niestety - ceny skopiowali z jednakowa precyzja, wiec za glupiego hamburgera placimy 1500 tugrikow.
Krotko przed 15sta pakujemy sie do aut. Przez nasze wizowe problemy (wyjatkowo nasze, a nie Mateusza) wyjezdzamy z 3-godzinnym opoznieniem. Na szczescie w ciagu 6 dni bez klopotu jestesmy w stanie to nadrobic. Przy 7 osobach Mitsubishi Delica nie jest już tak wygodnym autem (znowu wina Mateusza - po co przyjezdzal?)
Niedlugo po opuszczeniu UB okazuje sie, ze trase gobijska nasi kierowcy znaja nieco gorzej niż te nad Chubsgul. Po kilkukrotnej akcji pod kryptonimem "Ludwiku Dorn, Sabo - nie JEDZCIE ta droga!" kierujemy sie wreszcie w strone Mandalgovi. Rozbijamy sie około 130km przed miastem - jak najszybciej, bo nadciaga burza. Otuchy nie dodaje nam fakt, iż na obszarze kilkunastu kilometrow kwadratowych nie ma wyzszego punktu niż nasze namioty (wyzsze o pol metra i stojace metr od namiotow auta można chyba pominac?). Czy aluminiowe maszty to wystarczajacy piorunochron? Mamy nadzieje, ze nie będzie nam dane tego sprawdzic. Zrobiwszy 150 zdjec blyskawic i zirytowawszy sie, ze dokladnie 150 z nich przedstawia slynny motyw "Warsaw by night" (dla niewtajemniczonych: czarna plame) kladziemy sie spac. A na zewnatrz nadal ulewa i blyska...
Krotko przed "godzina W" zwijamy karimaty i zajmujemy pozycje bojowe. Wzmozona czujnosc jest teraz jak najbardziej wskazana, gdyz z kazdej strony otaczaja nas roznego rodzaju kombinatorzy chcacy dostac sie bez kolejki. O nie mili panstwo - nic z tego. Nie po to smazymy sie od 2h byscie wy zabrali nasz skrawek bezcennej audiencji. 14.05 Straznik otwiera brame i wpuszcza dwie pierwsze osoby (Mariana i mnie). Michalina z Lucyna wchodza dopiero gdy informujemy ze jestesmy grupa. 14.13 pojawia sie pani urzedniczka. Choc można mieć zastrzezenia do jej figury ubrana jest jak sex-bomba. Jej ogromne piersi podziwiac można niemalze w calej okazalosci. Nic dziwnego, ze bez wahania postanawiam zlozyc wnioski za wszystkie cztery osoby.
14.25 - w glorii chwaly opuszczamy konsulat i wypatrujemy naszych wozow. W miedzyczasie postanawiamy jeszcze wziac cos na zab. Wybor pada na knajpe o mongolsko brzmiacej nazwie "Mr Burger".Wchodzimy, a w srodku wierna kopia McDonalds'a. Niestety - ceny skopiowali z jednakowa precyzja, wiec za glupiego hamburgera placimy 1500 tugrikow.
Krotko przed 15sta pakujemy sie do aut. Przez nasze wizowe problemy (wyjatkowo nasze, a nie Mateusza) wyjezdzamy z 3-godzinnym opoznieniem. Na szczescie w ciagu 6 dni bez klopotu jestesmy w stanie to nadrobic. Przy 7 osobach Mitsubishi Delica nie jest już tak wygodnym autem (znowu wina Mateusza - po co przyjezdzal?)
Niedlugo po opuszczeniu UB okazuje sie, ze trase gobijska nasi kierowcy znaja nieco gorzej niż te nad Chubsgul. Po kilkukrotnej akcji pod kryptonimem "Ludwiku Dorn, Sabo - nie JEDZCIE ta droga!" kierujemy sie wreszcie w strone Mandalgovi. Rozbijamy sie około 130km przed miastem - jak najszybciej, bo nadciaga burza. Otuchy nie dodaje nam fakt, iż na obszarze kilkunastu kilometrow kwadratowych nie ma wyzszego punktu niż nasze namioty (wyzsze o pol metra i stojace metr od namiotow auta można chyba pominac?). Czy aluminiowe maszty to wystarczajacy piorunochron? Mamy nadzieje, ze nie będzie nam dane tego sprawdzic. Zrobiwszy 150 zdjec blyskawic i zirytowawszy sie, ze dokladnie 150 z nich przedstawia slynny motyw "Warsaw by night" (dla niewtajemniczonych: czarna plame) kladziemy sie spac. A na zewnatrz nadal ulewa i blyska...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz