wtorek, 4 sierpnia 2009

4 SIERPNIA - WTOREK

Przed kolejna fascynujaca przygoda w Rosyjskiej Ambasadzie udajemy sie do miejsca, ktore zaintrygowalo nas jeszcze bardziej (az trudno uwierzyc). To "International Intellectual Museum" (czyli w wolnym tlumaczeniu "miejsce dla ludzi z mozgiem"), a w nim mnostwo lamiglowek logicznych, puzzli, klockow do ulozenia/rozlozenia itp. Spotykamy ekipe z Krakowa (Polacy - co za niespodzianka) i dostajemy, zarówno my jak i oni, klocki, z których "jakos" ma wyjsc szescian. Wielkim zaskoczeniem nie będzie, jeśli powiem, iż zadana bryle ulozyla jedynie Lucyna. Poznan - Krakow 1:0!

Po zwiedzaniu muzeum zagladamy do lamiglowkowego sklepiku. Kazdemu swieca sie oczka na widok tylu zabawek, ktore w dodatku nie kosztuja wcale duzo. No, ale jak wiadomo - "ziarnko do ziarnka i zbierze sie miarka" i kilka osob robi zakupy za ponad 10 tysiecy. Rozrywka na reszte dnia (albo i na dluzej) zapewniona. Jak sie jednak za chwile okaze - "najlepsze" dzis wciaz przed nami.

Pod Ambasade docieramy o 13.40 czyli 15 minut wczesniej niż wczoraj, a kolejka już duzo dluzsza. Sporo w niej znanych nam twarzy (slynny motyw "starzy znajomi z kolejki w ambasadzie" - nieobcy zadnemu podroznikowi). Przed nami jakies kilkanascie osob, w tym niemrawi Francuzi. To nie wrozy nic dobrego.

14.10 - otwarcie bramy. Na zlozenie wnioskow już tylko 50 minut.

14.11 - wchodzimy do budynku, a wewnatrz wisi zegar, ktory informuje, ze na zlozenie "visa-formow" zostalo jednak już tylko 41 minut. Kapitalnie.

14.20 (a w Rosji 14.28) - wychodzi pierwszy obsluzony - Japonczyk. Rownoczesnie do "korytarza dla zasluzonych" wchodza Polacy.

14.30 (14.38) - Nasi rodacy "z tarcza" wychodza z tej "mini-wojny polsko-ruskiej". Na ich miejsce laduja sie stojacy bezposrednio przed nami Francuzi. W miedzyczasie znajdujacy sie za nami Niemiec w okamgnieniu rozpykuje wszystkie logiczne zabaweczki, z którymi my meczylismy sie sporo dluzej.

14.35 (14.43) zadnych wiesci z korytarza. U nas nadzieja jeszcze zywa.

14.45 (14.53) od czasu do czasu podsmiewujacej sie dziewczynce, stojacej na koncu kolejki, "odzywa sie" komorka. Nie byloby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, iż melodyjka brzmiala tak: "Lubudubu, lubudubu, niech nam zyje...". Dziewoja to Marta, studentka poloznictwa z Gdanska, od pol roku na wolontariacie w Ulan Bator. Francuzi przepadli jak kamien w wode. Nadzieja zaczyna obumierac.

14.51 (14.59) a po co ja informuje po ktorej to godzinie? Lucyna sie rozsierdzila i mowi bardzo brzydko. Po kilkunastu sekundach otwieraja sie "drzwi dla wybrancow", a na progu staje pracownica Ambasady i slicznie zruszczona angielszczyzna informuje "Finish! Go! Go! Go!". Rownoczesnie z eksklamacja popycha ku wyjsciu jednego ze "skolejkowanych". Zachowanie godne miejsca, w którym sie znajdujemy. Mija kilkanascie kolejnych sekund i odnajduja sie Francuzi. Zwyciesko wychodza z "pola bitwy" i rzucaja nam serdeczne "Good luck". Mimo, ze zrobili to w dobrej wierze (bo nie byli zorientowani w sytuacji) rozsierdzili wszystkich dotychczas jeszcze nierozsierdzonych. Wychodzimy z budynku wykrzykujac co myslimy o Rosji, tej ambasadzie (juz z malej litery, bo stracilem szacunek) oraz o Francuzach, którzy "skonsumowali" polowe z dzisiejszego hojnego limitu czasu. Najgorsze, ze jutro kolejna "rosyjska wycieczka", a to oznacza, ze "wycieczka gobijska" opoznia sie o co najmniej 3h.

Reszte dnia spedzamy na lagodzeniu "porosyjskiego kurwowtysionc" oraz rozgryzaniu zabaweczek zakupionych w przymuzealnym sklepie. Z ciekawszych zdarzen warto jeszcze odnotowac burze nad Ulan Bator i potoki syfu na ulicach miasta (choc w zasadzie żadne to zaskoczenie)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz