W mysl zasady: "z kazdym dniem coraz leniwiej" dzis wyjezdzamy po 11stej. Do przebycia mamy około 170 km, nocleg przewidziany jest w okolicach Tsetserleg (uwazanego za jedno z ladniejszych mongolskich miasteczek).
Krotko po opuszczeniu urokliwego nabrzeza Caagan Nur zatrzymujemy sie w dziwnym miejscu. Nasz woziciel wypowiadajac swoje ulobione "jee,okej" pokazuje nam, abysmy wysiedli z samochodow. "Yogi" (drugi z kierowcow) zostaje w swojej maszynie. Gana wiedzie nas dokads. Niektorzy sugeruja ze prowadzi nas na egzekucje. Rzeczywiscie - tak z boku może wygladac nasz dziwny pochod. Po kilkuset metrach okazuje sie, ze wedrujemy w kierunku kolejnego wygaslego wulkanu - Khorgo. Na szczycie standard - gleboki na 100 metrow krater i mnostwo zastyglej lawy. Nuda.
Nieco pozniej zatrzymujemy sie w miejscu obiektywnie ladnym - w poblizu czegos na ksztalt mongolskiego kanionu Colorado. Skaliste zbocze, a dolem plynie zielonkawa rzeka. Wypas. Tu można zajac troche miejsca na karcie pamieci.
Skoro "z kazdym dniem coraz leniwiej" to i guandz może być "coraz"...oblesniejszy. Bezpiecznie wybieram dobrze mi znany (i jeszcze w miare tolerowany) czujwan. Pozostali postanawiaja poeksperymentowac i dzieki temu już po chwili kolekcja dan "nie zamawiac" sie powieksza, a zasob mongolskiego slownictwa wzbogaca o slowo "szep" (zupa).
Krotko po 17stej docieramy do Tsetserleg (przez chwile jadac nawet asfaltowa droga - trudno uwierzyc, co?). Miasteczko polozone jest wsrod gorskich szczytow - to ewidentny plus. Na uwage zasluguje także klasztor na szczycie wzgorza. Niestety - poza tym nie ma w tej miescinie niczego, na co warto poswiecic wiecej czasu. No może poza centrum handlowym, w którym Danuta kupuje dla siebie zgrzewke browarow na dzisiejszy wieczor.
Rozbijamy sie w malowniczym miejscu - przy skalkach nad rzeczka, kilkanascie kilometrow za Tsetserleg. Po zmroku prowadzimy dlugie rozmowy, glownie na temat chorob psychicznych (oryginalne zagadnienie, prawda?) A ksiezyc cudnie odbija sie w pobliskiej rzece...
Krotko po opuszczeniu urokliwego nabrzeza Caagan Nur zatrzymujemy sie w dziwnym miejscu. Nasz woziciel wypowiadajac swoje ulobione "jee,okej" pokazuje nam, abysmy wysiedli z samochodow. "Yogi" (drugi z kierowcow) zostaje w swojej maszynie. Gana wiedzie nas dokads. Niektorzy sugeruja ze prowadzi nas na egzekucje. Rzeczywiscie - tak z boku może wygladac nasz dziwny pochod. Po kilkuset metrach okazuje sie, ze wedrujemy w kierunku kolejnego wygaslego wulkanu - Khorgo. Na szczycie standard - gleboki na 100 metrow krater i mnostwo zastyglej lawy. Nuda.
Nieco pozniej zatrzymujemy sie w miejscu obiektywnie ladnym - w poblizu czegos na ksztalt mongolskiego kanionu Colorado. Skaliste zbocze, a dolem plynie zielonkawa rzeka. Wypas. Tu można zajac troche miejsca na karcie pamieci.
Skoro "z kazdym dniem coraz leniwiej" to i guandz może być "coraz"...oblesniejszy. Bezpiecznie wybieram dobrze mi znany (i jeszcze w miare tolerowany) czujwan. Pozostali postanawiaja poeksperymentowac i dzieki temu już po chwili kolekcja dan "nie zamawiac" sie powieksza, a zasob mongolskiego slownictwa wzbogaca o slowo "szep" (zupa).
Krotko po 17stej docieramy do Tsetserleg (przez chwile jadac nawet asfaltowa droga - trudno uwierzyc, co?). Miasteczko polozone jest wsrod gorskich szczytow - to ewidentny plus. Na uwage zasluguje także klasztor na szczycie wzgorza. Niestety - poza tym nie ma w tej miescinie niczego, na co warto poswiecic wiecej czasu. No może poza centrum handlowym, w którym Danuta kupuje dla siebie zgrzewke browarow na dzisiejszy wieczor.
Rozbijamy sie w malowniczym miejscu - przy skalkach nad rzeczka, kilkanascie kilometrow za Tsetserleg. Po zmroku prowadzimy dlugie rozmowy, glownie na temat chorob psychicznych (oryginalne zagadnienie, prawda?) A ksiezyc cudnie odbija sie w pobliskiej rzece...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz