A oto wnetrze mongolskiego trolejbusu.
Ci, którzy wczoraj zaniemogli wczesniej, dzis zrobic cokolwiek mogli pozniej. (ladne zdanie mi wyszlo?) W zwiazku z tym kolega Wolski, tuz po przebudzeniu, rozpoczal kolekcjonowanie zapodzianych wczoraj fantow. Rozgladal sie miedzy innymi za torba od aparatu (sam aparat lezal w plecaku), a także grzebal gdzies gleboko w swoim mozgowiu poszukujac jakichkolwiek zapiskow z minionego wieczoru.
Z kolei my z Lucyna mamy pracowity poranek (takie z nas ranne ptaszki i pracowite pszczolki...ale uroczo). Najpierw wizyta w Ambasadzie Chinskiej i odbior naszych wiz. Potwierdzamy oficjalnie i ostatecznie - w Ulan Bator wize do Chin Polacy otrzymuja za darmo. Nie wiadomo dlaczego, ale tematu specjalnie nie drazylismy (ani nie protestowalismy). Po Ambasadzie Chinskiej pora na wizyte na dworcu i zalatwienie "sprawki do Polszy". Jest to falszywe zaswiadczenie potwierdzajace, ze zakupiles/as bilety na tranzytowy przejazd przez Rosje. Dogadanie sie z pania w okienku nie jest proste (niby mowi po rusku, ale tak naprawde jest to jakis kosmiczny mix mongolskiego i rosyjskiego), ale w koncu sie udaje. 4-go wrzesnia "ruszamy" z Ulan Bator, a 11-go z Moskwy do Kijowa. Nawet wagon i miejsce jest wpisane. Niestety - nie "spimy" kolo siebie. Jak wytrzymamy 4 dni rozlaki... Koszt jednej sprawki - majatek - 500 tugrikow.
Skoro sprawki zalatwione to pora do Ambasady. Zahaczamy jeszcze o nasz ulubiony guandz, w którym przemila pani kasjerka (albo raczej "kalkulatorka", bo kasy de facto to tam nie ma) blyskawicznie uczy sie polskiego. Na moje pytanie "Czy jest Vitafit?" (od redakcji: Vitafit to taki soczek) odpowiada "Jest". Gulasz (wolowy rzecz jasna) to dla nas prawdziwy przysmak.
Pod oczywiście zamknieta brame (dobrze, ze nie ma z nami Slomy, bo wiadomo jak zwykl sie zachowywac w takim miejscu) Ambasady docieramy za piec 14-sta. Ciekawostka - laskawi Rosjanie przyjmuja petentow codziennie...tyle, ze w godzinach (liczba mnoga jest nie na miejscu) 14-15. Jeśli ktos uwaza, ze ta godzinka to malo - mam kolejna ciekawostke. Wizy wydawane sa miedzy godzina 12.20, a 12.45. Uprzedzam ewentualne pytania - nie, to nie był zart.
W kolejce oczywiście Polacy (ktorzy to już dzisiaj...w drodze powrotnej z Ambasady Chinskiej spotkalismy czworke z Gdanska. Mamy nadzieje, ze czytaja wlasnie naszego bloga). Nadspodziewanie latwo (=predko) dostajemy sie do magicznego korytarza dla wyroznionych, na koncu którego znajduje sie az jedno czynne okienko. Gdy dostepujemy wreszcie zaszczytu bycia obsluzonymi pani urzedniczka smieje sie z naszych sprawek. Faktem jest, ze mnie również bawi ten prowizoryczny kwitek, ale ponoc zawsze były one akceptowane. Niestety - tym razem kobieta jest nieublagana - chce oryginal biletu. Przyznajemy sie wreszcie (bo na bank sama na to nie wpadla), ze chcemy jechac busikami przez Kiachte, a bilet mamy dopiero od Ulan-Ude (a pozniej z Moskwy do Kijowa). Ku naszemu zdumieniu urzedniczka informuje, ze taka opcja jest wystarczajaca (co innego mowila Ciotka Danuta - nasza wizowa ekspert). Chwilke pozniej okazuje sie ze owe bilety wzieli tylko Danka z Wojtkiem (czy to przypadek?). Pozostali nie maja ich przy sobie, bo po co, skoro Ruscy i tak ich nie honoruja? Wychodzi na to, ze cala nasza 1.5-godzinna "sprawka-wyprawka" była gowno warta, a wnioski sklada tylko wyzej wymieniona parka (Niestety - pani nie uwierzyla nam nam slowo, ze mamy dokladnie takie same kwitki na pojezd). Fantastycznie - czeka nas kolejny dzien w tym zatechlym miescie i, co wazniejsze, kolejna wizyta u naszych przyjaciol Rosjan.
Popoludnie mija leniwie - wizyta w kawiarence internetowej, zakupy w mongolskim mega-super centrum handlowym, a wieczorkiem (o suchym pysku) gaworzymy sobie na tematy roznorakie. Przerabiamy miedzy innymi odwieczny watek "Czy nauczyciele maja za dobrze, bo tak malo pracuja". Opinie - jak zwykle podzielone. Po tych malych wieczornych kontrowersjach pora spac - przeciez to już prawie polnoc!
Z kolei my z Lucyna mamy pracowity poranek (takie z nas ranne ptaszki i pracowite pszczolki...ale uroczo). Najpierw wizyta w Ambasadzie Chinskiej i odbior naszych wiz. Potwierdzamy oficjalnie i ostatecznie - w Ulan Bator wize do Chin Polacy otrzymuja za darmo. Nie wiadomo dlaczego, ale tematu specjalnie nie drazylismy (ani nie protestowalismy). Po Ambasadzie Chinskiej pora na wizyte na dworcu i zalatwienie "sprawki do Polszy". Jest to falszywe zaswiadczenie potwierdzajace, ze zakupiles/as bilety na tranzytowy przejazd przez Rosje. Dogadanie sie z pania w okienku nie jest proste (niby mowi po rusku, ale tak naprawde jest to jakis kosmiczny mix mongolskiego i rosyjskiego), ale w koncu sie udaje. 4-go wrzesnia "ruszamy" z Ulan Bator, a 11-go z Moskwy do Kijowa. Nawet wagon i miejsce jest wpisane. Niestety - nie "spimy" kolo siebie. Jak wytrzymamy 4 dni rozlaki... Koszt jednej sprawki - majatek - 500 tugrikow.
Skoro sprawki zalatwione to pora do Ambasady. Zahaczamy jeszcze o nasz ulubiony guandz, w którym przemila pani kasjerka (albo raczej "kalkulatorka", bo kasy de facto to tam nie ma) blyskawicznie uczy sie polskiego. Na moje pytanie "Czy jest Vitafit?" (od redakcji: Vitafit to taki soczek) odpowiada "Jest". Gulasz (wolowy rzecz jasna) to dla nas prawdziwy przysmak.
Pod oczywiście zamknieta brame (dobrze, ze nie ma z nami Slomy, bo wiadomo jak zwykl sie zachowywac w takim miejscu) Ambasady docieramy za piec 14-sta. Ciekawostka - laskawi Rosjanie przyjmuja petentow codziennie...tyle, ze w godzinach (liczba mnoga jest nie na miejscu) 14-15. Jeśli ktos uwaza, ze ta godzinka to malo - mam kolejna ciekawostke. Wizy wydawane sa miedzy godzina 12.20, a 12.45. Uprzedzam ewentualne pytania - nie, to nie był zart.
W kolejce oczywiście Polacy (ktorzy to już dzisiaj...w drodze powrotnej z Ambasady Chinskiej spotkalismy czworke z Gdanska. Mamy nadzieje, ze czytaja wlasnie naszego bloga). Nadspodziewanie latwo (=predko) dostajemy sie do magicznego korytarza dla wyroznionych, na koncu którego znajduje sie az jedno czynne okienko. Gdy dostepujemy wreszcie zaszczytu bycia obsluzonymi pani urzedniczka smieje sie z naszych sprawek. Faktem jest, ze mnie również bawi ten prowizoryczny kwitek, ale ponoc zawsze były one akceptowane. Niestety - tym razem kobieta jest nieublagana - chce oryginal biletu. Przyznajemy sie wreszcie (bo na bank sama na to nie wpadla), ze chcemy jechac busikami przez Kiachte, a bilet mamy dopiero od Ulan-Ude (a pozniej z Moskwy do Kijowa). Ku naszemu zdumieniu urzedniczka informuje, ze taka opcja jest wystarczajaca (co innego mowila Ciotka Danuta - nasza wizowa ekspert). Chwilke pozniej okazuje sie ze owe bilety wzieli tylko Danka z Wojtkiem (czy to przypadek?). Pozostali nie maja ich przy sobie, bo po co, skoro Ruscy i tak ich nie honoruja? Wychodzi na to, ze cala nasza 1.5-godzinna "sprawka-wyprawka" była gowno warta, a wnioski sklada tylko wyzej wymieniona parka (Niestety - pani nie uwierzyla nam nam slowo, ze mamy dokladnie takie same kwitki na pojezd). Fantastycznie - czeka nas kolejny dzien w tym zatechlym miescie i, co wazniejsze, kolejna wizyta u naszych przyjaciol Rosjan.
Popoludnie mija leniwie - wizyta w kawiarence internetowej, zakupy w mongolskim mega-super centrum handlowym, a wieczorkiem (o suchym pysku) gaworzymy sobie na tematy roznorakie. Przerabiamy miedzy innymi odwieczny watek "Czy nauczyciele maja za dobrze, bo tak malo pracuja". Opinie - jak zwykle podzielone. Po tych malych wieczornych kontrowersjach pora spac - przeciez to już prawie polnoc!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz