niedziela, 2 sierpnia 2009

29 LYPCA - SRODA







Konska przygoda sprawila, ze wielu z nas budzi sie z jeszcze bardziej obolalymi nogami i plecami. Ale nic to - satysfakcja z przejazdzki jest w stanie przycmic to nieprzyjemne uczucie. Chwile po 10tej ruszamy w kierunku Terchijn Caagan Nur - Wielkiego Bialego Jeziora, ktore polozone jest na wysokosci 2060m npm. Za sprawa takiej lokalizacji woda w tym akwenie pozostaje zamarznieta do polowy czerwca. Niestety - science-fiction guide nie podaje kiedy zamarza (mamy nadzieje, ze nie na poczatku sierpnia;). Ciekawe czy i tym razem znajda sie smialkowie, którzy sprobuja sie wykapac...

Po drodze znad Chubsgulu do Moron nasz kierowca nagle staje i postanawia zmienic kolo. Oczywiście wersja oficjalna dla rywalizujacej z nami zalogi drugiego auta jest taka, iż dbamy o rownomierne zuzycie opon. Zabieg w stylu "ustalilismy wspolnie z profesorem, ze przyjde zaliczac jeszcze raz."

Tuz przed Moron zauwazamy duze skupisko aut, koni oraz oczywiście ludzi. Nasz kierowca tlumaczy nam cos po mongolsku, ale rzecz jasna nie bardzo rozumiemy (bo nie uzywa slow: "dziekuje" ani "dzien dobry"). Podjezdzamy blizej. Okazuje sie, ze dzis swieto (nie wiemy czy lokalne czy narodowe) . W Mongolii swieto zawsze oznacza cos zwiazanego z konmi. Nie inaczej jest i tym razem - po chwili mijaja nas rozpedzone ogiery dosiadane przez...gora 10-letnie dzieci! Co wiecej - pedza na koniach nieosiodlanych i bez strzemion! Niesamowite. Tym samym znalezlismy dowod na prawdziwosc stwierdzenia iż dzieci najpierw ucza sie jezdzic konno, dopiero pozniej chodzic.

Z racji swieta w Moron (prawie) wszystko nieczynne. "Prawie", bo otwarte sa dwa sklepy, w których polka z alkoholem jest dzis zaslonieta, oraz oblesny guandz. Najohydniejszy w jakim dotad jedlismy. Jedzenie smakuje nienajgorzej, ale do spelnienia jakichkolwiek norm sanitarnych sporo temu miejscu brakuje. Z tego tez powodu kilka osob postanawia nie konsumowac pysznych kawalkow baranka ukrytych w makaronie.

Po około 100km konczymy nasza dzisiejsza podroz. Miejsce noclegowe nie zachwyca (chocby z powodu braku jakiegokolwiek strumyka), ale coz. Jeszcze przed 23 kladziemy sie spac. Pol godziny pozniej budzi nas dzieciol. Jak sie po chwilu okazuje - w role stukajacego ptaszyska wcielil sie Marian, ktory kamieniem przybijal sledzie obawiajac sie nadciagajacej wichury.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz