Poranek rozpoczyna sie tradycyjnym chinskim niskobudzetowym sniadaniem. Jak codzien jemy nalesniki z jajkiem. Cena - 3 yuany. Smaczne, sycace i tanie.
Dla niektórych to ostatni dzien w Panstwie Srodka. Jeden z "niektórych", Wolski Andriejewicz, ma zbiezne plany z naszymi. W takim razie wspolnie udajemy sie do Parku Beihai ("bei" = polnoc, "hai" = morze) polozonego w samym centrum Pekinu, tuz obok Zakazanego Miasta. Wstep kosztuje 10 RMB. Kolejny raz bulwersujemy sie, ze czardzuja nas za wejscie do parku i kolejny raz przypominamy sobie, ze park w Chinach to jednak cos innego niz park w kraju nad Wisla.
Duzo tu zdobionych pawilonow, w których mozna na moment usiasc i odpoczac od palacego slonca. Dla amatorow sportow wodnych - sporych rozmiarow jezioro, po którym plywaja lodzie wioslowe, rowery wodne itp. Na jeziorze znajduje sie takze wysepka, a na niej slynna Biala Dagoba. Na uwage zasluguje równiez "Ekran Dziewieciu Smokow", ktory ma odstraszac zle duchy (ach te chinskie wierzenia). Ponad dwugodzinny spacer byl prawdziwie odprezajacym doswiadczeniem (mimo, ze pogoda wcale tego nie ulatwiala)
Niespiesznym krokiem podazamy w kierunku Wiez: Bebnow i Dzwonow. Wstep na legitymacje ISIC do obydwu obiektow kosztuje 15 RMB. Wieza Bebnow ponoc znajduje sie w kazdym wiekszym miescie. W przeszlosci sluzyla do obwieszczania godziny i oglaszania alarmow. Dodatkowa atrakcja jest to, iz co pol godziny kolesie (choc byly i kobiety) w tradycyjnych strojach bebnia w bebny. Wieza Dzwonow nie wzbudza w nas wielkiego zainteresowania - dzwon jaki jest kazdy widzial. Na koniec spacer po okolicznych hutongach. W tej czesci Pekinu zachowalo sie wyjatkowo duzo tradycyjnych chinskich uliczek, gdzie cala dobe toczy sie gwarne zycie.
Wieczor spedzamy w miasteczku olimpijskim, gdzie urzadzamy "pozegnalna impreze" dla siostr i Wolskiego. Rzecz jasna to oni stawiaja flaszke (wersja dla rodzicow: jedna flaszke, wersja zgodna z rzeczywistoscia: dwie flaszki). Powrot tuz przed "zamknieciem" metra, przy koniecznych trzech przesiadkach, dostarczyl sporo adrenaliny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz