niedziela, 2 sierpnia 2009

26 LYPCA - NIEDZIELA




Chwile po 9tej wylazlem z namiotu i okazalo sie ze "Elczupakabra" jednak nikogo nie zjadl w nocy. Po sniadanku ruszamy w droge. Dzis naszym celem jest Moron - miasto polozone niedaleko jeziora Chubsugul. No i zaczyna sie jazda po wertepach. Dzis siedze z przodu . Z jednej strony to przywilej, bo sterujesz dostepem swiezego powietrza bądź pylu (poprzez otwieranie okna rzecz jasna). Z drugiej strony czasem lepiej nie widziec przeszkod terenowych, ktore nasz kierowca pokonuje z zawrotna predkoscia.

Ogrom przestrzeni poraza. Czasem przez sto kilometrow nie widac zadnej obecnosci czlowieka. Tylko zwierzeta. Kozy, konie, owce, jaki. Leza na drodze i nic sobie nie robia z przejezdzajacych aut. W Mongolii zyje niespelna 3 miliony osob i ponoc 40 milion zwierzat hodowlanych. Nietrudno zauwazyc (te proporcje, bo policzyc nie byloby już tak prosto).

Droga sie dluzy i dluzy. Rozumiemy już czemu w przewodniku science fiction (czyli "Bezdroza") było napisane: "...miejscowowsc X dzieli od Y 100km. Dystans ten można pokonac już w 3-4h..." Około 13tej przekraczamy duza rzeke - Selenge. Zatrzymujemy sie tam, a Marian i ja postanawiamy poplywac. Wytrzymujemy z 10 minut, bo prad jest tak silny, ze kraul pozwala co najwyzej utrzymac sie w tym samym miejscu.

Jedziemy i jedziemy. Nuda. Nic sie nie dzieje (niczym w skeczu M. Stuhra), jeśli nie liczyc ciaglych terenowych "wzlotow i upadkow". W koncu o 18 jest! W oddali wylania sie Moron, a wraz z nim po kilkuset kilometrach rozpoczyna sie odcinek asfaltu. Jak sie po chwili okazuje - nasz woziciel woli jednak zjechac na klepisko, bo asfalt ma za duzo dziur. Co za motyw:)

Wyczerpani wielogodzinna jazda w kurzu, w upale (a przede wszystkim w samochodzie) pragniemy pokuszac. Znajdujemy guandz i zaczyna sie. Czeski film. Nikt nie wie o co chodzi - czy nasi drajwerzy już zamowili cos dla wszystkich? A może dopiero my mamy to zrobic? Po kilkunastu odpowiedziach "okej" niezaleznie od tresci pytania na szczescie zagadka sie rozwiklala. Na stolach laduja talerze z "Holimogiem huuurgaa" czyli baranem w formie (jeszcze) nam odpowiadajacej.

Po obiadokolacji i zakupach (najwiecej flaszek - tym razem z browarem - zgodnie z przewidywaniami nabyla Danuta) szukamy miejsca na nocleg. Po calym dniu wdychania pylu wszyscy marza o lokalizacji w wode zasobnej. Nic z tego - w koncu zatrzymujemy sie kilkanascie km za Moron. Wody nie ma, ale jest fajny row. W sam raz, żeby sie schowac, wyproznic, a potem przykryc pozostalosci pilka do rugby. Takie oto techniki zna nasz Andriejewicz Wolski.

Przed snem jeszcze mala imprezka - Ania ma imieniny. Od zalogi lepszego samochodu (Danka, Lucyna, Wojtek, Kuba i ja) dostaje pyszny truskawkowy kompot Urbanka, po ktory w okamgnieniu skoczylismy do Polszy (taka ta Anna dla nas wazna). Dosc wczesnie, bo o 23, kladziemy sie spac. A na dworze 1 stopien powyzej zera...to będzie doslownie mrozna noc.

1 komentarz: