niedziela, 30 sierpnia 2009

25 SIERPNIA - WTOREK




Dzis opuszczamy sympatyczne Pingyao, miasteczko ktore dalo nam nieco wytchnienia po kilku dniach w wielomilionowym Pekinie. Wyjechac stad jest duzo trudniej niz dostac sie. Zakup miejscowki na "hard seat'a" (w ktorymkolwiek z dwoch pojezdow) do stolicy niemalze graniczy z cudem. Dlatego tez dwa dni temu, od razu po przyjezdzie kupilismy 4 bezposrednie bilety dla wracajacych samolotem (co za wspanialomyslnosc & solidarnosc), a pozostala osemka (meczennicy) jedzie do Taiyuan (150km od Pingyao) i tam szuka szczescia (=biletow na dalsza trase)

Podroz rozpoczynamy od ponad godzinnej wizyty na dworcu, gdyz nasz pociag jest solidnie spozniony. Do Taiyuan docieramy po 15-tej zamiast przed 14-ta. Przeciskamy sie przez ultra zatloczony hol i biegiem do kas. Mily pan z obslugi dworca wypisuje na kartce godziny odjazdow. Gdy decydujemy sie na konkretny pociag (taki o 21 z Taiyuan) mily pan staje sie panem przemilym. Bierze kartke, idzie do kasy i kupuje nam pozadane bilety. Co za serwis. Tak powinno byc na kazdym dworcu.

No i najlepsze na koniec. W Beijingu bedziemy o 8 rano. Ponad dwie godziny przed "lotniczym kwartetem", kwartetem ktory na nasze "do zobaczenia w Pekinie" odpowiedzial "o ile dojedziecie". Ten sie smieje, kto sie smieje ostatni...Przez chwile ze Sloma mamy nawet pomysl, aby o tej 10-tej udac sie na dworzec i powitac ich "transparentem" "Magdalena". Ujrzec wyraz ich twarzy...bezcenne.

Taiyuan, wbrew temu co mowila Chinka z pociagu, nie jest wcale "bjutiful siti". Krotki spacer konczymy w podrzednej knajpce (na te "nadrzedne" mamy zbyt skape sakiewki), w ktorej obsluga jest dosc specyficzna (czytaj: wyjatkowo tepa). Podawszy trzy z pieciu zamowionych dan, pani kelnerka podchodzi do nas i lamana angielszczyzba pyta: "Hello, what do you want to eat?". Kazdy zdebialby uslyszawszy takie pytanie w srodku posilku. Na nic zdaja sie tlumaczenia, pokazywanie w menu, liczenie na palcach itepe. Wiadomo czego tysiac mnie trafia (glodny Polak to zly Polak. Zawsze.) Lucyna podejmuje sie trudnego zadania uzmyslowienia chinskiej tepocie, ze to co zapisala na kartce naprawde chcemy skonsumowac. Niestety - pani jest wyjatkowo oporna na tlumaczenie. Placimy za to co w istocie goscilo na naszym stole i wychodzimy.

W poczekalni lupiemy w Dominiona, co jak zwykle gromadzi tlum ciekawskich Chinczykow. 45 minut przed odjazdem formuje sie kolejka do bramek. Jak zawsze ma piec nielegalnych odnog, z których do kolejki doplywaja chinscy kombinatorzy. Na szczescie zajmujemy calkiem niezla lokate w "wielkim wyscigu", ktory rozpoczal sie pol godziny przed odjazdem. To nam pozwala wrzucic plecaki na gore zanim Chinczycy wladuja tam swoje "worki z piaskiem". Siadamy na naszych wygodnych fotelach (ktore mamy wykupione, w odroznieniu od "Wolskich" i "Grobelnych") i standardowo pykamy w tysiaca oraz kierki. Pod nieobecnosc Andriejewicza zgarniam cala pule...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz