Pobudka bardzo wczesnie, bo o 8mej rano. Na szczescie dzis juz Lucyny kolej na zywienie kierowcy;) Ruszamy kilka minut przed 10ta w kierunku Erdenet. Naszym celem sa dzis dwa wygasle wulkany polozone w okolicach Bulgan. Wczesniej jednak czeka nas 40 kilometrowy, iscie offroadowy powrot spod klasztoru do asfaltowki. Dzis juz nikt (=zadna) nie piszczy - chyba ze z zachwytu.
Okolo 13tej docieramy do Erdenet - drugiego co do wielkosci mongolskiego miasta (oszalamiajace 80 tysiecy mieszkancow). Jednakze miasto to moze pochwalic sie czyms naprawde sporym. To kopalnia miedzi - jedna z dziesieciu najwiekszych na swiecie. Erdenet to takze dobre miejsce, aby zrobic zakupy - kupujemy miedzy innymi butelke wodeczki, ktorej goraca oredowniczka po wczorajszym pierwszym swym wieczorze na trzezwo byla Ciotka Danuta Majk from Dzoldzins.
Okolo 13tej docieramy do Erdenet - drugiego co do wielkosci mongolskiego miasta (oszalamiajace 80 tysiecy mieszkancow). Jednakze miasto to moze pochwalic sie czyms naprawde sporym. To kopalnia miedzi - jedna z dziesieciu najwiekszych na swiecie. Erdenet to takze dobre miejsce, aby zrobic zakupy - kupujemy miedzy innymi butelke wodeczki, ktorej goraca oredowniczka po wczorajszym pierwszym swym wieczorze na trzezwo byla Ciotka Danuta Majk from Dzoldzins.
Tuz za Bulgan (kolejne "duze" mongolskie miasto) zjezdzamy z drogi asfaltowej i zaczynaja sie nasze ulubione wertepy (nonstop pod gore, ale i w dol) Oczywiscie z kazdej strony otaczaja nas piekne gorskie szczyty, ktore prawdopodobnie siegaja sporo ponad 2000m npm, skoro srednia wysokosc terenu w tym kraju to 1500m npm. Co jakis czas oczom naszym ukazuja sie jurty - mongolskie
chaty, w ktorych mieszka wiekszosc ludnosci spoza Ulan Bator. Ten z pozoru prosty domek (drewniany szkielet obity plotnem) bynajmniej nie pozostal w tyle za postepem cywilizacyjnym. W srodku nierzadko znalezc mozna klimatyzacje (na upalne lato) czy podgrzewana podloge (na mrozna zime). Przed jurta obowiazkowo: panel sloneczny, antena paraboliczna oraz terenowe auto. Tak, tak - XXI wiek dotarl i do Mongolii (choc na pierwszy rzut oka tego nie widac).
Przy jednej z takich jurt zatrzymujemy sie by pokuszac. Na naszych oczach gospodyni przyrzadza czujwan - makaron z miesem (czytaj: baranem) i warzywami. My w tym czasie raczymy sie ajragiem (czyli inaczej kumysem - napojem alkoholowym, ktory nie tak dawno temu zasmakowal Wielmoznie Nam Panujacemu Fanowi Artura Borubara). Tradycyjnie - najwiecej wypija Danuta. Czujwan wszystkim bardzo smakuje, wiec w okamgnieniu znika z naszych miseczek. Po obiedzie pora na "sutee czaj" czyli slona herbate z dodatkiem mleka. Za to wszystko zaplacilismy 22 tys. tugrikow (45zl za porcje dla 12 osob). Da sie przezyc w tym kraju.
Niedlugo po wizycie w jurciè - jadlodajni zatrzymujemy sie w poblizu wygaslego wulkanu Togoo, ktory jest glownym celem dnia dzisiejszego. Oczywiscie jak na klub gorski przystalo - postanawiamy sie na niego wdrapac. Oczywiscie jak na klub gorski nie przystalo - w sandalach. Z pozoru proste zbocze pelne jest kawalkow lawy, kamieni i robactwa (podobno jest to szarancza). Podchodzenie trwa w nieskonczonosc. To znaczy dla niektórych, bo taki Andriejewicz Wolski difoltowo czeka juz na szczycie i robi zdjecia kolejnym zziajanym piechurom. Krater jest sporych rozmiarow, ale juz caly porosniety trawa i drzewami (wulkan wygasly = nie dziala). W drodze powrotnej do samochodu Marian cudem uchodzi z zyciem po ataku olbrzymiego jadowitego (bo wejscie do nory mial okragle) weza. Jak sie jeszcze okaze - to nie ostatnie zwiazane z Marcinem stwory w dniu dzisiejszym.
Miejsce na nocleg jest bardzo wietrzne. Jednak nasi kierowcy to bardzo fajne chlopaki. Sami z siebie przestawiaja samochody tak by nam mniej wialo. Danuta - bo ktozby inny - pierwsza rwie sie do picia wodki. Gotowa jest nawet zrezygnowac z kolacji. Rozpalamy ognisko i rozpoczyna sie gitarowanie. Każdy wybiera jedna piosenke. Dla Mariana oczywiście "Ona jest pedalem". Skoro jestesmy już przy koledze Marianie - zainspirowany "swiatlem w oddali" (znany wyjazdowy motyw) zaczyna snuc opowiesci o ladowaniu ufo oraz o "elczupakabrze" (zwanym elczupaczupsem) - potworze z Meksyku, ktory w gorach zjadal ludzi. Do cna przerazeni kladziemy sie spac...a noc przerazliwie zimna...idealna na atak gorskiego stwora.
chaty, w ktorych mieszka wiekszosc ludnosci spoza Ulan Bator. Ten z pozoru prosty domek (drewniany szkielet obity plotnem) bynajmniej nie pozostal w tyle za postepem cywilizacyjnym. W srodku nierzadko znalezc mozna klimatyzacje (na upalne lato) czy podgrzewana podloge (na mrozna zime). Przed jurta obowiazkowo: panel sloneczny, antena paraboliczna oraz terenowe auto. Tak, tak - XXI wiek dotarl i do Mongolii (choc na pierwszy rzut oka tego nie widac).
Przy jednej z takich jurt zatrzymujemy sie by pokuszac. Na naszych oczach gospodyni przyrzadza czujwan - makaron z miesem (czytaj: baranem) i warzywami. My w tym czasie raczymy sie ajragiem (czyli inaczej kumysem - napojem alkoholowym, ktory nie tak dawno temu zasmakowal Wielmoznie Nam Panujacemu Fanowi Artura Borubara). Tradycyjnie - najwiecej wypija Danuta. Czujwan wszystkim bardzo smakuje, wiec w okamgnieniu znika z naszych miseczek. Po obiedzie pora na "sutee czaj" czyli slona herbate z dodatkiem mleka. Za to wszystko zaplacilismy 22 tys. tugrikow (45zl za porcje dla 12 osob). Da sie przezyc w tym kraju.
Niedlugo po wizycie w jurciè - jadlodajni zatrzymujemy sie w poblizu wygaslego wulkanu Togoo, ktory jest glownym celem dnia dzisiejszego. Oczywiscie jak na klub gorski przystalo - postanawiamy sie na niego wdrapac. Oczywiscie jak na klub gorski nie przystalo - w sandalach. Z pozoru proste zbocze pelne jest kawalkow lawy, kamieni i robactwa (podobno jest to szarancza). Podchodzenie trwa w nieskonczonosc. To znaczy dla niektórych, bo taki Andriejewicz Wolski difoltowo czeka juz na szczycie i robi zdjecia kolejnym zziajanym piechurom. Krater jest sporych rozmiarow, ale juz caly porosniety trawa i drzewami (wulkan wygasly = nie dziala). W drodze powrotnej do samochodu Marian cudem uchodzi z zyciem po ataku olbrzymiego jadowitego (bo wejscie do nory mial okragle) weza. Jak sie jeszcze okaze - to nie ostatnie zwiazane z Marcinem stwory w dniu dzisiejszym.
Miejsce na nocleg jest bardzo wietrzne. Jednak nasi kierowcy to bardzo fajne chlopaki. Sami z siebie przestawiaja samochody tak by nam mniej wialo. Danuta - bo ktozby inny - pierwsza rwie sie do picia wodki. Gotowa jest nawet zrezygnowac z kolacji. Rozpalamy ognisko i rozpoczyna sie gitarowanie. Każdy wybiera jedna piosenke. Dla Mariana oczywiście "Ona jest pedalem". Skoro jestesmy już przy koledze Marianie - zainspirowany "swiatlem w oddali" (znany wyjazdowy motyw) zaczyna snuc opowiesci o ladowaniu ufo oraz o "elczupakabrze" (zwanym elczupaczupsem) - potworze z Meksyku, ktory w gorach zjadal ludzi. Do cna przerazeni kladziemy sie spac...a noc przerazliwie zimna...idealna na atak gorskiego stwora.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz