Poranek rozpoczynamy od sniadania (oryginalnie, nieprawdaz?) Kupujemy wieeelkie omlety pokrojone na kawaleczki i posmarowane ostrym paprykowym sosem. Poranny spacer po starozytnym miescie dostarcza nie tylko kulinarnych wrazen. Dziewczeta buszuja w sklepie z odzieza wszelaka. Halina ow rekonesans konczy nabyciem sukni na bal absolutoryjny. Przypuszczalnie jak prawie kazda bedzie miala wdzianko "made in china", przypuszczalnie jak prawie zadna nabyla swa wieczorowa kreacje w panstwie producenta.
Okolo poludnia wszyscy spotykamy sie w hostelu i podejmujemy decyzje, iz reszte zabytkowego grodu zwiedzamy przy uzyciu jednosladow. Oczywiscie tych napedzanych sila miesni. Zeby urozmaicic te przejazdzke wypozyczamy piec tandemow, a tylko Monika z Kuba biora "jedynki". Pedalowanie rowerem "dla dwojga" posrod waskich i zatloczonych uliczek Pingyao stanowi nie lada wyzwanie. Duzo trudniej utrzymac rownowage na takim "rylocacym" sie bicyklu, zwlaszcza jesli dookola ciebie prawdziwa chinska uliczna cizba.
Wyjezdzamy poza mury okalajace najstarsza czesc miasteczka i kierujemy sie do swiatyni Shogyun (czy jakos tak). Dystans, jaki mamy do pokonania, to nieco ponad 7 kilometrow. Na rowerach to pestka. Zwawo mijamy kolejne skrzyzowania. W Pingyao ruch jest zdecydowanie mniejszy niz w Pekinie, wiec i pedalowanie duzo bezpieczniejsze. W wiekszosci chinskich miast rowery maja wytyczony (a nawet odgrodzony niskim plotem) specjalny pas, po którym teoretycznie powinny sie swobodnie poruszac. Niestety w rzeczywistosci jest troche gorzej. Na pasie czesto mozna spotkac samochody - badz to zaparkowane, badz to poruszajace sie. Jeszcze bardziej daja sie we znaki rozpedzeni jezdzcy dosiadajacy skuterow oraz rowerow elektrycznych, którzy nadjezdzaja ze wszystkich stron i trabia w nieboglosy. Do swiatyni dojezdzamy gesto zadrzewiona alejka. Wstep za 25 yuanow. Nie wchodzimy. Szkoda nam kasy (mimo, ze niewielkiej) na zwiedzanie kolejnej swiatyni, jakich widzielismy juz sporo. Dosiadamy naszych dwukolowcow i w droge. Czas na obiad. Pedalujemy do centrum i stolujemy sie w tej samej knajpie co wczoraj (dobrze i tanio).
Rowery mamy na caly dzien w cenie 15 yuanow za "maszyne", po 3.5 zlotego na osobe. Cena, ktora bylaby atrakcyjna nawet jesli dotyczylaby wynajmu na godzine. Tak czy inaczej - jezdze do oporu, bo po wielu dniach bezruchu ruchu lakne. Duzo frajdy sprawia jazda tandemem bez tej drugiej osoby (rower jest lzejszy, duzo bardziej zwrotny). Wraz z Halina (przez mame nieslusznie zwana "Michalina"), Marianem i Lucyna udajemy sie na przejazdzke wzdluz murow obronnych. Jest bardzo kameralnie i pusto, bo malo ktory mieszkaniec miasteczka szlaja sie tymi waskimi, zabloconymi traktami.
Po zmroku na uliczkach wiekowego Pingyao tlok jeszcze wiekszy. Manewrowanie bicyklem staje sie spora sztuka. Podjezdzamy nasza fura do jednej z knajpek serwujacej tradycyjny makaron z Pingyao. Za 10 yuanow dostajemy caly talerz kluchy i miseczke mega ostrego sosu, w którym maczamy ow maczny wyrob. Bez rewelacji - makaron jak makaron. "Pastani" z Biedronki jest smaczniejszy. Wracamy do hostelu odstawiajac po drodze rower. Dolaczamy do pozostalych, którzy oczywiscie tluka juz w bilarda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz