Panowie kierowcy czekaja na nas pod klasztorem Gandan. Pakujemy bagaze, placimy zaliczke i juz wiemy - to beda z pewnoscia ciekawe dni, chcociazby dlatego ze panowie ani slowa po rusku czy angielsku, a my nic po mongolsku. No chyba ze "dziekuje", "dzien dobry" oraz "do widzenia" wystarcza...
Ruszamy krotko po dwunastej dobrze nam znana droga w kierunku Darchanu. Na dworze niemilosierny skwar. W srodku niewiele lepiej. Za to glowy naszych kierowcow chlodne i opanowane - nie wyprzedzaja na trzeciego, tam gdzie trzeba zwalniaja.**
**Bylo to zdanie na zamowienie w celu uspokojenia co niektorych zatroskanych rodzicow.
35 kilometrow przed klasztorem Amarbajasgalant konczy sie asfalt i zjezdzamy na typowa mongolska droge utwardzona (gdzieniegdzie nawet rozmiekczona do postaci malego jeziorka). Dopiero teraz czujemy jakie znaczenie ma wysokie zawieszenie i naped 4x4. Nasz kierowca wyraznie jest w swoim zywiole. Pokonuje nierownosci terenu z zawrotna predkoscia (60-80km/h). Meskiej czesci zalogi oczka sie swieca. Zenskie oczeta pelne sa niepokoju, czego objawem sa regularne popiskiwania. Na szczescie widac ze woziciel wie co robi, wiec po pewnym czasie 100% pasazerow ekscytuje sie mongolskim "off-road'em" (to po angielsku. Cos jak "kristmasy" lub "kouczi").
Kilkanascie minut przed 19ta docieramy do klasztoru, ktory jednoczesnie jest meta naszego dzisiejszego etapu. Wstep, wbrew temu co glosi przewodnik science-fiction, za darmo. Miejsce bardzo urokliwe, slicznie polozone na odludziu, wsrod gorskich szczytow. W pamiec zapadaja wielkie kolorowe figury jakichs buddyjskich bostw, ktore depcza mniejsze postaci. Lekko przerazajace.
Namioty rozbijamy nad rzeczka w poblizu klasztoru. Dzis ja funduje kolacje naszemu prowadnikowi. Przyrzadzam mu pyszna koreanska "zupke chinska", a takze kanapke z mongolskim pasztetem. Trudno sie nam porozumiec slowami, ale dobra wola z obu stron z pewnoscia istnieje. Moze w ciagu 10 dni uda nam sie dogadac.
A w tle romantyczny zachod slonca...Po zmroku gitara. Po gitarze czas wolny w namiotach.
Ruszamy krotko po dwunastej dobrze nam znana droga w kierunku Darchanu. Na dworze niemilosierny skwar. W srodku niewiele lepiej. Za to glowy naszych kierowcow chlodne i opanowane - nie wyprzedzaja na trzeciego, tam gdzie trzeba zwalniaja.**
**Bylo to zdanie na zamowienie w celu uspokojenia co niektorych zatroskanych rodzicow.
35 kilometrow przed klasztorem Amarbajasgalant konczy sie asfalt i zjezdzamy na typowa mongolska droge utwardzona (gdzieniegdzie nawet rozmiekczona do postaci malego jeziorka). Dopiero teraz czujemy jakie znaczenie ma wysokie zawieszenie i naped 4x4. Nasz kierowca wyraznie jest w swoim zywiole. Pokonuje nierownosci terenu z zawrotna predkoscia (60-80km/h). Meskiej czesci zalogi oczka sie swieca. Zenskie oczeta pelne sa niepokoju, czego objawem sa regularne popiskiwania. Na szczescie widac ze woziciel wie co robi, wiec po pewnym czasie 100% pasazerow ekscytuje sie mongolskim "off-road'em" (to po angielsku. Cos jak "kristmasy" lub "kouczi").
Kilkanascie minut przed 19ta docieramy do klasztoru, ktory jednoczesnie jest meta naszego dzisiejszego etapu. Wstep, wbrew temu co glosi przewodnik science-fiction, za darmo. Miejsce bardzo urokliwe, slicznie polozone na odludziu, wsrod gorskich szczytow. W pamiec zapadaja wielkie kolorowe figury jakichs buddyjskich bostw, ktore depcza mniejsze postaci. Lekko przerazajace.
Namioty rozbijamy nad rzeczka w poblizu klasztoru. Dzis ja funduje kolacje naszemu prowadnikowi. Przyrzadzam mu pyszna koreanska "zupke chinska", a takze kanapke z mongolskim pasztetem. Trudno sie nam porozumiec slowami, ale dobra wola z obu stron z pewnoscia istnieje. Moze w ciagu 10 dni uda nam sie dogadac.
A w tle romantyczny zachod slonca...Po zmroku gitara. Po gitarze czas wolny w namiotach.
Uspokoiłeś nas Jędrzej. Może tak bezpieczna podróż nie była, ale chcemy w to wierzyć.
OdpowiedzUsuń