Co niektorzy (w tym oczywiscie ja) byli tak wspanialomyslni, ze wstali o 7.30 i jeszcze przed wyjazdem na mur (no wlasnie - nie wspomnialem, ze dzis jedziemy na Great Wall) polezli na dworzec kupic bilety do Pingyao. Kolejka jeszcze dluzsza niz wczoraj. Zewszad probuja sie wepchnac chinskie cwaniaczki. Wreszcie udaje sie - zarówno dostac do kasy jak i zakupic upragnione kwitki na przejazd.
Nie wspomnialem równiez o jeszcze jednej waznej kwestii. Przedwczoraj wieczorem nasz hostel nawiedzila pani Lily z TF1 (taka najwieksza francuska stacja telewizyjna, odpowiednik naszego TVP1), ktora jest korespondentem w Pekinie. Pragnie ona nakrecic krotki reportaz o ludziach, którzy nocuja na Murze Chinskim i szczesliwie (dla niej) natknela sie na nas. A wiec po sniadaniu i spakowaniu czekamy w holu na Lily i kamerzyste, którzy jada z nami do Jinshanlingu (tam wdrapujemy sie na te chinska dume narodowa)
Autobus nr 980 odjezdza z dworca Dongzhimen. Bilet do Miyun (60 km od Pekinu, 60 km od Jinshanlingu) kosztuje 15 yuanow. Czysciutki, klimatyzowany pojazd bardzo sprawnie pokonuje te trase. Wysiadamy w Miyun i sie zaczyna...Trzy kobiety naciagaja nas na busa za 80 yuanow/czlowiek. Chyba sie z Ksiezyca urwaly. Negocjacje trwaja. W ich trakcie przeszlismy chyba z 1.5 km, a kobiety krok w krok za nami obnizajac (niestety, nie co kazdy krok) swoja absurdalna cene. Po dlugiej wojnie, wysluchawszy po stokroc: "mister, look! Minibus good, price cheap" umawiamy sie na 27 RMB za osobe. Super wynik to moze nie jest, ale zwazywszy na pozna pore nie moglismy dalej prowadzic tej cenowej potyczki. Jedziemy na Mur!
Przy dojezdzamy do bram wejsciowych okolo 14.30. Francuscy dziennikarze juz na nas czekaja (no tak - znow nie wspomnialem - "jada z nami" oznacza: my bydlecym busem, oni wynajetym samochodem, a spotykamy sie na miejscu). Bilety kosztuja 50 RMB. Zadnych ISIC'ow zadna z kasjerek widziec nie chce. Zaczynamy marsz w gore (i znow: my pieszo gorska sciezka, oni kolejka linowa. "Lazy French journalists" jak sami siebie okreslili). Musieli sie nieco zdziwic, kiedy juz na murze okazalo sie, ze to my czekamy na nich, nie oni na nas. Mnie natomiast nie dziwi, ze material zechcieli nakrecic wlasnie w tej lokalizacji. Mur Chinski to zdecydowanie jedno z najbardziej malowniczych i "fotogenicznych" miejsc, jakie moje oczeta dotychczas widzialy. Potezne fortyfikacje ciagnace sie dlugie kilometry, a dookola gorskie szczyty. Bajka. Z drugiej strony dostajemy niezle w kosc. Kamienna budowla nierzadko wiedzie pod gore pod niewyobrazalnym wrecz nachyleniem. Z 20-30 kilogramowymi plecakami takie podejscie to prawdziwy "challenge".
Nasi zurnalisci kreca co chwile jakies ujecia: a to calej maszerujacej gromady, od przodu, od tylu, a to tylko Kube i mnie wspinajacych sie po schodkach. Generalnie rzecz ujmujac - jest smiesznie i ciekawie. Gdyby nie ta "przygoda z kamera" pewnie jeszcze dzis dotarlibysmy do Simatai. Kilkukrotnie przeprowadzaja takze mini-wywiad zadajac ukierunkowane pytania typu: "czy bedziecie nocowac na murze, mimo iz jest to niedozwolone?" Ewidentnie widac, ze reportaz ma byc nieco sensacyjny, a z nas Lily zrobic chce prawdziwych poszukiwaczy przygod, takich, którzy jesli trzeba zerwa zakazany owoc.
Przed 19ta rozbijamy sie w jednej baszcie. Do Simatai jest juz na tyle blisko, ze musielismy wybrac wlasnie te wieze. Biezacej wody niestety w niej nie ma, ale "jeden dzien bez prysznica jakos wytrzymamy" (cytat z MarkowPolow. Ciekawe ilukrotnie pobili ten 1-dniowy rekord w czasie objazdowki po Mongolii?). Francuzi filmuja nas w czasie gotowania oraz przy "zakladaniu obozu". Marian, dla zyskania slawy, gotow jest nawet rozbic swój namiot na pochylej drodze do straznicy, co zreszta czyni.
Po zmroku obowiazkowo gitara. Miec ja i nie zagrac w tak wyjatkowym miejscu? To bylby grzech i to ciezki. Kolejnym punktem programu, bez którego wieczor nie moglby zostac uznany za udany, jest obserwacja swiatel w oddali i wysnuwanie roznych absurdalnych wnioskow. Wiekszosc alarmow "ktos tu idzie" byla oczywiscie falszywa. A to samochod przejechal w oddali, a to swietlik pojawil sie w tym czy innym miejscu (pierwszy raz widzialem te niecodziennie insekty). Raz jednak naprawde zauwazylismy swiatlo latarki. Dwie wieze od nas. Zblizalo sie w nasza strone, ale bardzo powoli. W koncu zniknelo, wiec uznalismy, ze pewnie ktos jeszcze nocuje w tym rejonie Wielkiego Muru. Jeszcze przez chwile lub dwie posnulismy mroczne historie (krolowala glownie tematyka: medycyna sadowa i zabojstwa) i chwile po 22 poszlismy spac. To bedzie wyjatkowa noc, bo i miejsce do takich nalezy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz