Przed nami kilka dni w UB, miescie, w ktorym wszystko co do sfotografowania juz sfotografowalismy. Wobec tego, aby Drodzy Czytelnicy nie czuli pustki, braki zdjeciowe zrekompensuje wieksza iloscia tekstu (cieszycie sie? :) No to jedziemy:
Ku mongolskiej stolicy wyruszamy naprawde rano raniutko. Krotko po 9tej jestesmy już na stacji benzynowej by dotankowac nasze fury, a pozniej w droge! Wszak w UB czeka już nasz ulubiony rycerz Sloma ze swa Joanna oraz swoimi "neverending" problemami.
Do Gana Guesthouse przyjezdzamy przed poludniem. Miejsc na lozkach pietrowych tym razem nie ma - i cale szczescie, bo kwaterujemy sie w jurtach - drozszych o cale 2zl (7000 tugrikow miast 6000). W jednej znajdujemy nawet rodzimy "trop" - najpoczytniejszy polski periodyk "Brac lowiecka". O ile smrod w jurcie delikatnie wskazywal, ze moze to być Mateusz, ktory pomylil mongolski domek z brama, o tyle ta "lektura obowiazkowa" rozwiala wszelkie watpliwosci. W naszej jurcie grasowal brokecinski lowca Slomiak. Po chwili zauwazylismy kolejne dowody jego obecnosci. Były to skory dzika porozrzucane na podlodze. Co ciekawe - nie tylko w naszej jurcie, ale i wszystkich okolicznych. Oj, sporo sie musial nadzwigac nasz "Mr. Problem".
Zostawiamy Mateuszowi przesympatyczna wiadomosc na kartce i ruszamy na podboj naszego ulubionego grodu. Szukamy z Lucyna jakiejs niemongolskiej knajpy, bo po 10 dniach intensywnego romansowania z baranina mamy ochote na danie spoza baraniego rejonu swiata. Trafiamy w koncu do pizzerii, a tam siedza już wszyscy nasi. No co za zbieg okolicznosci. Pizza, choc nie najlepsza na swiecie, dzis smakuje wysmienicie.
No i pora na temat już oklepany - opilstwo. Jak sugerowali niektorzy rodzice - afiszowanie sie spozywaniem sporych ilosci alkoholu jest nie na miejscu, skoro naszym sponsorem jest Skiba, a nie posel Palikot. Absolutnie zgadzam sie z tym stwierdzeniem, aczkolwiek akurat ten wieczor był wyjatkowy i na ujecie w relacji zasluguje.
Niemalze każdy z naszej wyprawowej parszywej (od dzis juz) dwunastki postanowil kupic zacna mongolska flaszeczke, "bo jest okazja". Jedni pili za spotkanie z Asia i Mateuszem, drudzy za zdany egzamin, jeszcze inni pili, bo pija codziennie (wiadomo kto). Jurta swietnie nadaje sie na imprezy przy gitarze i krazacym kubku (bo jak wiadomo najlatwiej krazyc po okregu) to tez tam wlasnie umiejscowilismy nasze "harce hulanki swawole". Bardzo szybko dolaczyla do nas nasza sasiadka Amerykanka, ktora od 7 lat mieszka w Japonii (zagadka - w jakim zawodzie pracuje zazwyczaj obywatel USA poza granicami swej ojczyzny?). Niedlugo potem goscilismy juz także i dwie Francuzki, których starcie z polskimi piosenkami wypadlo calkiem okazale. Warto wspomniec ze nasz celebryta raczyl zagrac z jedna czy dwie piosenki, ale i tym razem nie obylo sie bez fochow i ciaglego narzekania rozkapryszonej gwiazdy. Na szczescie potrafilismy go okielznac i lekcja dobrego wychowania sie odbyla - wszak pora nadrabiac spore zaleglosci.
Spiewy trwaly i trwaly, na tyle dlugo ze do cna wyczerpaly co niektórych imprezowiczow. Adam Andriejewicz oraz Nasza Lekarska Parka ledwie trzymali sie na nogach z tego zmeczenia. W zwiazku z tym (swiadomie, bądź tez nie) polozyli sie spac nieco wczesniej niż reszta. A balowanie zakonczylo sie dopiero po 2giej...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz