Budzimy sie chwile po 8mej i od razu niemila niespodzianka. Za oknem leje. Raz ze z naszych wczoraj wypranych ciuszkow mozna wykrecac. Dwa, ze nici ze zwiedzania Palacu Letniego. Plan zastepczy brzmi nastepujaco: Silk Market, a pozniej wioska olimpijska.
A zatem najpierw jedziemy na oslawiony targ, ktory de facto zajmuje 6 kondygnacji w budynku przy stacji metra. A w srodku...czego dusza (choc z racji tego, iz sprzedaja glownie ciuchy to moze jednak "cialo"?) zapragnie. Co pol metra stoisko, z którego ekspedientka krzyczy: "hey mister, wanna buy jeans/suit/t-shirt? You are very handsome, this is great for you". I ktoz nie skusilby sie na takie komplementy? No na przyklad ja, bo nic z tych rzeczy nie kupilem. Nabylem jedynie komplet (4 sztuki) pieknie zdobionych chinskich paleczek. Z podstawkami i w eleganckim opakowaniu. Ile kosztowaly? Tego nie zdradze, bo jeden z czytelnikow bloga dostanie je w prezencie. Powiem tylko, iz cena wyjsciowa bylo 240 RMB.
Zjezdzamy pod ziemie i udajemy sie do miasteczka olimpijskiego. Podziwiamy awangardowa konstrukcje "ptasiego gniazda" czyli stadionu, na którym miedzy innymi rozgrywano zawody lekkoatletyczne. Po drugiej stronie deptaka "kostka wodna" czyli arena zmagan plywakow (to wlasnie tu Phelps trzasnal 8 zlotych medali). Warto takze zwrocic uwage na wystawe kapitalnych sportowych zdjec, na których widac wzloty i upadki, jakie przezywali olimpijczycy z calego swieta. Mnostwo oczywiscie amerykanskiego herosa plywania, ale sa i polskie akcenty.
Pora na chinski obiadek. Jedziemy w okolice Klasztoru Lamajskiego i tam szukamy taniej jadlodajni. Standardowy numer z menu i tym razem obsluga knajpy poddaje sie znacznie szybciej. "Niezouwerczardzuja" nas. Po smacznej strawie warto by odwiedzic pobliska swiatynie tybetanskiego buddyzmu. Wstep za 25 tugrikow. Kompleks jest jednym z niewielu tego typu miejsc w Chinach, ktore przetrwaly "religijna czystke" za czasow Mao. Najwieksze wrazenie robi 18-metrowy posag buddy, ktory ponoc wykonano z jednego kawalka drewna, ktory z kolei transportowano 3 lata z samego Tybetu. Niewiarygodne.
Wieczorem, zamiast relaksu, wyprawa na dworce: autobusowy (to akurat pikus) oraz kolejowy (istny horror). Na autobusowym dowiadujemy sie jedynie ktora linia odjezdza w kierunku Miyun (miasto na trasie do Wielkiego Muru). Na kolejowym dramat. Mariany ze Slomami dowiedzialy sie, ze biletow do Pingyao nie ma az do 24 sierpnia. Co wiecej - najtanszy przejazd kosztuje 81 RMB. Kasa miedzynarodowa to pani, ktora mowi tylko po chinsku, a przy okienko stoi tlumaczka. No tak - miliard Chinczykow musi przeciez gdzies znalezc zatrudnienie. Tyle, ze jedynie do 20.30. Pozniej sam sobie jestes sterem i okretem w tej nielatwej zegludze po niezrozumialych chinskich wodach. A zatem plyniemy - od kasy do kasy, w poszukiwaniu biletow. Odsylaja nas wreszcie do okienka nr 85 (gdziekolwiek ono sie znajduje) W koncu sie znajduje. Z napisem "West station tickets". I bilety tez sa - na 22.08 - tak jak chcemy. Tylko cena wciaz tak samo wysoka 81 za hard seat'a, ale z miejscowka. Wracamy do hostelu zapytac pozostalych czy sa gotowi na taki wydatek. Po drodze jednak obowiazkowo nasze ulubione szaszlyczki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz