Dzis czeka nas intensywne zwiedzanie. Chwile po 10tej wsiadamy do metra i dojezdzamy do stacji Tian'anmen East. Mijamy mauzoleum Mao (przy którym zdjecie miec musi kazdy szanujacy sie Chinczyk) i wchodzimy za tlumem na jeden z najbardziej znanych placow swiata (szkoda, ze to zla slawa) Skupisko ludzi przeolbrzymie. Zewszad dopadaja nas Chinczycy: "Mister, wanna tour guide?" Odrzucamy oferte i ustawiamy sie wreszcie w kolejce do "Forbidden city ticket office". Mila niespodzianka (choc tylko dla tych dobrze "wyposazonych") brzmi nastepujaco: z ISIC'iem bilet kosztuje 20, a nie 60 yuanow. Jeszcze wieksza satysfakcje ma Lucyna, ktorej udaje sie wejsc na dawno juz przeterminowana legitymacje. Ach ta polska "zaradnosc".
Sam kompleks palacowy nie na wyrost nazwano miastem. Jego rozmiary naprawde porazaja. Idzie sie i sie idzie, mija sie a to domek letni zony cesarza, a to pokoj gosciny nr 351 - i tak bez konca. Architektura godna pozazdroszczenia. Swiatynie pieczolowicie ozdobione w tradycyjny chinski sposób. Naprawde milo sie to wszystko ogladalo. Ech, ten cesarz to mial klawe zycie, choc to swinia i krwiopijca.
Aha - a propos mijania roznych "rzeczy" - bylbym zapomnial o dziesiatkach tysiecy turystow.
Po "Zakazanym Miescie", wraz z Lucyna i Kuba, udalismy sie na polozone nieopodal Wzgorze Weglowe, z którego rozciaga sie ladny widok na wielki kompleks palacowy. Niestety - nie dzisiaj. Nad miastem wisza wielkie chmury (smog to chyba), ktore sprawiaja, ze panorama nie byla "breathtaking" (ze tak z warszawska to okresle)
Schodzimy ze wzgorza i spacerkiem kierujemy sie do metra - stacja "Zhinhanguangluokaido", czy cos w ten desen. W kazdym badz razie jedziemy do Swiatyni Nieba - ponoc najwazniejszej z tych zgromadzonych w Pekinie. Raz w roku pielgrzymowal do niej sam cesarz (i to pieszka!) by prosic o dobre zbiory oraz o pomyslnosc dla kraju. Wstep do parku i swiatyni to koszt 35 yuanow. Niestety - zadnych kart typu ISIC nie akceptuja. Sama swiatynia przypadla nam do gustu - bogato zdobiona, strzelista - prawie do samego nieba. W poblizu znajduje sie równiez "srodek swiata"(chore chinskie fantazje), na którym mieszkancy Panstwa Srodka tlocza sie niemilosiernie, by tylko zrobic sobie fotke.
Opuszczamy "niebianski kompleks" chwile po 18tej. Pora cos zjesc. Udajemy sie do jednego z pobliskich hutongow i wchodzimy do knajpki wydajacej sie byc "na nasza kieszen". Kelnerka od razu podaje nam angielskie menu, a w nim ceny zdecydowanie nie na nasze sakiewki. Pora przystapic do akcji. Niestety (dla nich) - nasi chinscy restauratorzy nie popisali sie i obok nazw angielskich widnieja ich chinskie odpowiedniki. A zatem: bierzemy menu chinskie, szukamy odpowiadajacych sobie potraw i pokazujemy panu kierownikowi, ze trafil na lepszych cwaniakow i oszukac sie nie damy. Koles daje za wygrana - jemy po chinskich cenach. Polska - Kitaj 1:0.
Wyraznie usatysfakcjonowani (zarcie bylo dobre i, dzieki naszej dociekliwosci, w "normalnej" cenie) wracamy metrem do hostelu. Wszak na 19ta jestesmy umowieni na targu z przedziwnym jedzeniem. Coz to za specjaly? Czytajcie, a znajdziecie.
Na jednym z pierwszych stoisk znajdujemy weze. Wraz z Lucyna i Kuba blyskawicznie decydujemy sie na sprobowanie. Namowienie siostr G. trwalo nieco dluzej, ale w koncu i one sie skusily. Targujemy sie i waz jest nasz za 10 RMB. Smaczny. Miesko mieciutkie, dobrze przyprawione. Idziemy dalej. Kolejny wybor to osmiornica. Targujemy sie i mamy ja za 8 RMB. Niespecjalna. Gumowata i twarda. Moze koles zlosliwie (za bezwzgledne zbijanie ceny) zle nam ja przyrzadzil? Idziemy dalej. Pora na larwy (6 sztuk za 5 yuanow). Brzydza mnie nieco, ale wreszcie probuje. Sa lepsze niz sie spodziewalem, ale bez rewelacji. Taka lekko chrupiaca przekaska. Idziemy dalej. Wreszcie sa i oslawione skorpiony. Trzy malutkie za 15 RMB. Facet ma wylacznosc, wiec o jakimkolwiek targowaniu nie ma mowy. Wkladanie kolca jadowego do ust moze nieco brzydzic, ale skorpion, jako calosc, smakuje wysmienicie. Chrupiacy, delikatny - swietna zagryzka. Mija nas wiele zachodnich nacji, ale nikt poza nami nie decyduje sie skosztowac tych niecodziennych przekasek. Wlosi, Amerykanie czy Brytyjczycy nabywaja co najwyzej szaszlyki z owocow. Idziemy dalej. Kupuje kokosa ze slomka (nie mylic ze Sloma - naszym chodzacym problemem). Fajny napitek i calkiem spory jak za 7zl. Przy nastepnym stoisku probujemy rozgwiazdy. Mnie nie powalila (smakiem rzecz jasna), ale byli fani tego prymitywnego organizmu. Dochodzimy do konca targu. Na ostatnim stoisku kupujemy szaszlyka z rekina. Bardzo dobre, swietnie doprawione, kruche miesko. Rekin - pychota.
Wolnym krokiem wracamy w kierunku hostelu zadowoleni z naszej kulinarnej wyprawy do innego swiata. Po drodze wstepujemy jeszcze na piwko (jedno) i szaszlyki (wiecej niz jeden) do knajpki nieopodal naszej ubytowni. To byl meczacy, ale jednoczesnie bardzo satysfakcjonujacy dzien.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz