Reszta czasu pod dworcem uplynela pod znakiem dysputy a propos "czyje liceum jest lepsze i dlaczego". Poza wszelka watpliwoscia byl fakt, iz plebiscyt wygrywa "Jedrzejowa Przemyslowa", a liceum Ani to jakas makabra (chocby z racji tego, iz na studniowce byli w mundurkach, ale juz po polonezie pozwolono im odpiac kolnierzyki)
Tuz przed odjazdem goscimy przez moment w poczekalni. Wieeelka, zatloczona, duzo ladniejsza niz nasze polskie, a do tego na scianie napis "no spitting". To sie nazywa dbanie o porzadek.
W samym pociagu lepiej niz sie spodziewalismy. Co prawda Chinole leza rozwaleni na dwoch, trzech miejscach, ale bez wiekszych problemow (nawet Mateuszowi sie udalo) znajdujemy kilka wolnych siedzen. Ekstra wygodnie moze nie bedzie, ale za 30 yuanow cudow sie nie spodziewalismy.
Do Pekinu zawitalismy krotko przed 9ta. Gdy wjezdzalismy na Dworzec Zachodni, z wagonowych glosnikow poplynela chinska pioseneczka, ktorej refren brzmial mniej wiecej tak: "Beijing, Beijing, lalalalala". Co za mily akcent na poczatek zwiedzania stolicy.
Pekinski dworzec jest olbrzymi. Ol-brzy-mi. Cos jak lotnisko w wielkim miescie. Wsiadamy do autobusu 52 i jedziemy w kierunku Tiananmen. W tych okolicach bedziemy szukali noclegu. Mamy juz swoje typy (zaczerpniete rzecz jasna z "science fiction") Po bardzo dlugim spacerze (okazuje sie, ze Pekin to jednak rozlegle miasto) dochodzimy do Saga Youth Hostel, a tam najtanszy nocleg za 65 yuanow...a mialo byc tak pieknie...Stargowalismy do 50 za osobe, ale to wciaz duzo. Szukamy w necie tanszych kwater (rychlo w czas). W koncu ekipa poszukiwaczy wyrusza na "hosteling" (odpowiednik "clubbingu", wykonywany za dnia). Po godzinie przysylaja smsa, ze w tamtych noclegowniach najtanszych (za 30-35 RMB) miejsc brak. Spimy jednak w Sadze. Swietne posuniecie - 3h na krawezniku przed hostelem, zamiast zwiedzania stolicy Panstwa Srodka.
Na szczescie sam hostel jest ekstra fajny. Czysto, w pokoju klima, pod prysznicem mydelko i szampon. Chwilke korzystamy z tych dobrodziejstw , po czym ruszamy w miasto. Ceny - niestety wyzsze niz w Datongu. W kazdej knajpie angielskie menu i angielskie kwoty za dania. Bierzemy wersje chinska. Po 10 minutach porownywania nazw ze slowniczkiem w przewodniku zamawiam jakiegos kurczaka. Po kolejnych 10 minutach strzela mnie "kurwowtysiac", gdyz dostaje oblesne kawalki kury. Nie wiem co to jest - zoladki czy inne paskudztwo? Wyjadam ryz, zagryzam czosnkiem i place rachunek. To najgorzej wydane 16 yuanow. Na szczescie w hostelu okazuje sie, ze wiekszosc dokonala dzis rownie fantastycznych kulinarnych wyborow (nic tak nie cieszy jak krzywda blizniego, szczegolnie jesli skrzywdzono i ciebie.). Ponadto po zmroku na powierzchnie ziemii wyszli panowie "szaszlyczkarze" (nawet w Beijingu za 1RMB) i zdolali zaspokoic mój domagajacy sie pozywienia organizm.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz