piątek, 21 sierpnia 2009

16 SIERPNIA - NIEDZIELA






O 9 zbieramy sie w hotelowym holu, by chwile pozniej wyruszyc do Wiszacego Klasztoru. Wyjazd z ponad milionowego miasta to istna makabra. Mnostwo aut, jeszcze wiecej rowerzystow, którzy ludzkie zycie zdaja sie miec za nic (przyklad: tatus wiozacy 3-letnia coreczke w siodelku i manewrujacy miedzy pedzacymi samochodami). Ciekawie sie to wszystko obserwuje zza szyby duzego mikrobusu. Jeszcze wiecej atrakcji dostarcza nam pani przewodnik, ktora mowi po angielsku z chinskim akcentem. Niepowtarzalne przezycie, godne polecenia kazdemu.

Ostatnie 20 kilometrow trasa wiedzie kreta gorska droga. Co chwile mijamy glebokie kaniony, ktore otoczone sa wielkimi rowninami. Raz mijamy takze tira wbitego w skale. Chwile po 11tej dojezdzamy do celu. Wstep na teren klasztoru to koszt az 60 yuanow. Znizki studenckie owszem sa, ale dla tutejszych zakow. Kompleks jest rzeczywiscie bajkowo zawieszony wsrod skal i to jest chyba jego jedyny plus. Poza tym miejsce jest zatloczone do kwadratu (albo i szescianu), a klasztor "obchodzi" sie tempem nawet nie slimaczym. Malownicze miejsce, ale jak dla mnie nieco przereklamowane. Warto wspomniec, ze pogoda w dniu dzisiejszym równiez nas nie rozpieszcza.

Wczesnym popoludniem wracamy w kierunku Datongu by zobaczyc polozone nieopodal miasta groty Yungang (znizka dla studentow nacji wszelakich - 30RMB). Nasza fantastyczna pani przewodnik opowiada dlugie historie odnosnie kazdej z ogladanych grot. Calkiem fajne te jaskinie, choc pewnie krecilyby nas jeszcze bardziej, gdybysmy byli wyznawcami buddyzmu. Okazuje sie takze, iz w kazdej z grot bylo jeszcze wiecej posazkow, rzezb itp. ale czesc w niewyjasnionych okolicznosciach skradziono.

Po powrocie do stolicy prowincji Shanxi (czyli Datongu) obowiazkowo wizyta w naszej ulubionej knajpce. Rozpoczyna sie wielkie zarcie, na ktore kazdy z nas wydal srednio 6-7zl. Czego to nasze stoly nie goscily...

Pociag do stolicy odjezdza o 2.10, wiec czeka nas kilka godzin przed dworcem. Cale szczescie, ze wieczor jest cieply i bez deszczu. Mimo dosc poznej pory na wielkim placu przed glownym wejsciem zycie wre. Wielu Chinczykow gra w cos a'la "zoska", tyle ze ciezka lotka do badmintona. Wraz z Marianem, Wojtkiem i Sloma dolaczamy sie do jednej z grupek. Poczatkowo idzie nam beznadziejnie, ale z czasem sie rozkrecamy. Fakt, ze aby osiagnac poziom prezentowany przez autochtonicznych uczestnikow zabawy (w tym jedna dziewczyne) powinnismy byli nieustannie trenowac zamiast 5 lat chodzic na zajecia, ale jak na pierwszy raz wypadlismy calkiem przyzwoicie.

Wybila polnoc. Do "zapokladowania" jeszcze 2h...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz