piątek, 21 sierpnia 2009

15 SIERPNIA - SOBOTA










Po pobudce i sniadanku na bazie chinskich slodkich bulek pora na wizyte na dworcu. Szukamy taniego wieczornego pociagu do Pekinu. Udaje sie znalezc pojezd za 31 yuanow. Godzina odprawienia malo atrakcyjna - 2.10, ale czego sie nie robi z oszczednosci...

Kolejna sprawa to zorganizowanie wycieczek do Wiszacego Klasztoru oraz Grot Yungang. O ile te ostatnie polozone sa kilkanascie kilometrow od miasta i dojazd nie stanowi problemu, o tyle klasztor to 150 km w dwie strony. Z tego wzgledu decydujemy sie na super promocyjna cene z biura CITS - 80 yuanow za wycieczke w jedno i drugie miejsce. Anglojezyczny przewodnik gratis.

Skoro wszystko robimy jutro za jednym zamachem, dzis pora na zwiedzanie samego Datongu (czyli spacer po centrum) Zaczynamy od wizyty na targu, na którym przerazliwie smierdzi. Sprzedaja tam wszystko - poczawszy od super tanich grzybow mung na zywych kurczakach skonczywszy. Kawalek dalej napotykamy pania, ktora sprzedaje chrupiace panierowane krewetki. Cala siatka za 10 yuanow. Zyc nie umierac. Kosztujemy i znow sie zastanawiamy - czy Marki Pole stolowaly sie na Ksiezycu?! Krewetki sa pyszne - porcja znika w okamgnieniu. Jako, ze dworzec kolejowy (kolo którego usytuowany jest nasz hotel) polozony jest spory kawalek od centrum, nasz spacer trwa i trwa. Dzieki temu jednak rejestrujemy wiele ciekawych sytuacji, takich jak chlopiec sikajacy na chodnik czy 4-osobowa rodzinka na skuterze. Mijamy tez kilka okazalych klasztorow, ktore fotografujemy z lewa jak i z prawa. Znajdujemy tez kolejna niepozorna uliczke z boskim zarciem. Pelna miska warzyw z makaronem za 3 yuany. Dwa duze szaszlyki, genialnie przyprawione, za 5 yuanow. Z(r)yc nie umierac.

Po obiadku postanowilismy zrobic uzytek z gitary, ktora nosi Wojtek. Siadamy na jednej z uliczek w centrum i rozpoczynamy spiew przy akompaniamencie strun. Do otwartego futeralu wrzucam jednego yuana - dla przykladu. Oby bardzo liczne chinskie spoleczenstwo zechcialo sie na mnie wzorowac. Poczatkowo nic na to nie wskazuje. Ludzie patrza wielce zadziwieni i trzymaja sie na dystans. Dopiero po chwili podchodzi do mnie grupka chinskich nastolatkow i pyta przejetym glosem: "Can we have a photo with you?". "Why not" - mysle sobie i juz minute pozniej jestem na kazdej z dziesieciu kart pamieci w telefonach tych mlodych Chinczykow. Danuta z kolei bierze czapke i w nia postanawia zbierac kase od przechodniow. Dobry pomysl w polaczeniu z Danucinym niewinnym obliczem gwarantuje sukces. I rzeczywiscie - widownia rosnie z kazda piosenka. Gora pieniedzy równiez. Lucyna na zmiane z Wojtkiem i Sloma graja dobrze znane (niekoniecznie Chinczykom) kawalki. Pozostali spiewaja jak umieja. Wychodzi nam to calkiem niezle, bo z ciekawosci zatrzymuja sie nawet auta (powodujac tym samym drogowy zator). Co 5-10 minut "udzielam wywiadu" odpowiadajac kolejnym Chinczykom na pytania typu: "Where are you from?" "Do you play political songs?" lub "Why do you sing?". Ponadto pozuje do zdjec z kilkunastoma tubylcami. Dzis to ja jestem celebrity.

Niemalze 2-godzinne granie przynosi nam 208 yuanow. Calkiem przyzwoita suma. W glorii chwaly wracamy do Mariana (ktory nadal sie kuruje) i jestesmy gotowi przeznaczyc cala zarobiona sume na jego leczenie. Na szczescie nasz milosnik "elczupakabry" juz tego nie wymaga - ma sie zdecydowanie lepiej.

Zgodnie z zasada, ze w Chinach je sie na okraglo (te niedobre tluste potrawy) wybieramy sie na wieczorne male co nieco. Trafiamy na jedna z malutkich zaniedbanych uliczek, na ktorej miesci sie typowa tania jadlodajnia. Co wiecej - spotykamy Chinczyka mowiacego po angielsku. Dzieki temu dania zamawiamy w pelni swiadomie. Wieprzowina w sosie sezamowym - niebo w gebie! Kurczak z orzeszkami - palce lizac! Smazone baklazany - rozkosz dla podniebienia. I te ceny...1 yuan za 2 nasze ulubione szaszlyczki (swietna przekaska do piwa), pozostale potrawy od 6 do 12 yuanow. Godnie skonczylismy ten sierpniowy dzien.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz