piątek, 21 sierpnia 2009

14 SIERPNIA - PIATEK


O siodmej zbiorka i na dworzec marsz. Okolo 7.30 powinni otworzyc magiczne bramki i rozpocznie sie bieg po miejsca (wg tego, co glosi przewodnik science-fiction). Wchodzimy do budynku. Przy wejsciu obowiazkowo bagaz do przeswietlenia. Wszystko jednak w sympatycznej atmosferze, konduktorzy usmiechaja sie do nas, wskazuja wlasciwy wagon. A w samym wagonie mila niespodzianka. Nasze miejsca czekaja w dziewiczym, nienaruszonym stanie. Co wiecej - kanapy sa miekkie i wygodne. Co prawda na plecaki miejsca nad naszymi siedzeniami juz nie ma (polki sa niemalze calkowicie pokryte wielkimi chinskimi worami), ale i z tym problemem sobie radzimy. Podsumowujac - warunki, których moglby nam pozazdroscic niejeden klient "Pospiesznego Katowania Pasazerow".

Pociag rusza punktualnie. Nie musze chyba mowic, ze od momentu pojawienia sie w wagonie wzbudzamy wielkie zainteresowanie u naszych chinskich wspolpasazerow. Dokladnie i bez jakiegokolwiek skrepowania obserwuja wszelkie nasze poczynania. Zagladaja ci w ksiazke, by sprawdzic co czytasz, uwaznie sledza kazde slowo, ktore ulozysz w Scrabble, wreszcie zastanawiaja sie czemu gre w tysiaca zaczynasz od asa. Poczatkowo meczy ta nachalnosc, ale predko idzie sie przyzwyczaic, a przede wszystkim dostrzec, iz nie robia tego z premedytacja, czy w zlej wierze. Oni po prostu tacy sa. A na kazdym stoliku obowiazkowo - bidon z herbata oraz chinska zupka chinska.

Jedziemy dosc wolno, bo okolo 50 km/h. Marian, ktory z niewiadomych przyczyn (lecz z wiadomym skutkiem) zaniemogl, polozyl sie pod siedzeniami i wyglada jak rasowy zul. Nie tylko dla Chinczykow stanowi nie lada atrakcje.

Poczatkowo krajobraz za oknem nie tak bardzo odbiega od mongolskiego - sporo jurt, pustkowie, piasek. Dopiero z czasem pojawia nieco wiecej zieleni. Stacyjek po drodze mnostwo, a na kazdej dyzurny ruchu. Ciekawe ilu pracownikow ma chinska kolej...

Do Jiningu docieramy po 15tej. Wiekszosc naszego wagonu wysiada. My spokojnie siedzimy na naszych miejscach - wszak do Datongu jeszcze 150 km. Po chwili pojawiaja sie ludzie, którzy twierdza, iz maja bilety na nasze siedziska. Niemozliwie, przeciez mamy bilety do samego Datongu. Oczywiscie robi sie wielkie zbiegowisko (a raczej "schodzisko"). Pokazujemy nasze "przejazdowe kwitki" kolejnym Chinczykom, a kazdy z nich szczebiocze cos w tutejszym jezyku - myslac pewnie, ze pojmiemy. Niestety - nie pojmujemy. W koncu znajduje sie ktos, kto jest w stanie wykrzyczec: "Datong! No!" Konkludujemy - ten pociag jednak nie jedzie tam dokad chcemy. Wysiadanie w ultrapospiechu przypomina akcje sprzed roku z Wolowca - chwytamy co popadnie i biegiem do wyjscia.

Na peronie dalsza czesc chinskiego "czeskiego filmu". Jakis pan stojacy 2 metry od nas krzyczy przez megafon. Mysli pewnie, ze jesli krzyknie wystarczajaco glosno to zrozumiemy o co mu chodzi. Niestety - rozczarowujemy go. Porownujemy bilety z pozostalymi pasazerami, którym polecono czekac w tym miejscu. Okazuje sie, ze maja wpisany zupelnie inny numer pociagu. Jakis koles prowadzi nas do kasy, gdzie wymieniaja nam dotychczasowe bilety na nowe: Jining-Datong. Nadrukowana cena - 0 yuanow. W miedzyczasie przez nasz peron przemaszerowalo kilkuset zolnierzy spiewajac jakas wojskowa piesn. Wszystko to dzieje sie w odstepie kilku, maksymalnie kilkunastu minut. Nie dziwcie sie zatem, ze relacja z kazdego dnia ma tak porazajaca dlugosc. Ten kraj wykonczy mnie natlokiem zdarzen, których nie mozna nie opisac.

Kilka minut przed 19ta dojezdzamy do Datongu. Przejazd finansowo oszczedny (13zl za 500 km w calkiem przyzwoitych warunkach), ale czasowo juz niezbyt (10h w podrozy). Na dworcu odnajdujemy biuro CITS, ktore jest jednoczesnie informacja turystyczna. Pan Chinczyk biegle mowi po angielsku i juz po chwili zalatwia nam "the cheapest rooms" za 30 yuanow/osoba. Przypadkowo w hotelu ze znaczkiem "CITS".

Przed snem jeszcze warto byloby udac sie na spotkanie z kuchnia Panstwa Srodka (tak - z ta "niedobra", "tlusta", "niedoprawiona" i "z koscia"). Wybieramy lokal ze zdjeciami potraw w menu. Ceny - umiarkowane - do 10 yuanow. Fakt, ze standard knajpki pozostawia wiele do zyczenia, ale co tam. Dania sa smaczne, choc niektorzy dostaja je z makaronem, ktory nastrecza sporych trudnosci przy jedzeniu paleczkami. Mnie doprowadza do szalu. Na szczescie dobre i tanie piwo YinYang (3 yuany za 600-mililitrowa butelke) koi me zszargane nerwy. Gwoli jasnosci (=ku uspokojeniu rodzicow) - jedno piwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz