piątek, 21 sierpnia 2009

13 SIERPNIA - CZWARTEK




Do Zamyn Uud  przyjezdzamy punktualnie o 7.10. Blyskawicznie dopada nas grono chetnych do przewiezienia duzej grupy przez granice. Cena - 50 juanow. Oczywiscie targujemy sie i schodzimy do 6 dolcow za osobe (ponizej 40 juanow. "Pimpusie" - podziwiajcie i zazdrosccie). Wczesniej jednak postanawiamy kupic bilety powrotne na 3 wrzesnia. Oczywiscie obszczij za 9600 tugrikow (6 dolcow."Pimpusie" - podziwiajcie i zazdrosccie)

Kolejka do granicy jest meeega dluga. Co ciekawe - stoja w niej same stare rozklekotane UAZy. Upal daje sie we znaki. Dla zabicia czasu gramy w tysiaca i probujemy porozumiec sie z naszymi mongolskimi kierowcami. Kolejna ciekawostka - UAZy podjezdzaja doslownie zderzak w zderzak - tak by w razie zagapienia sie przez jednego z kierowcow inny nie wjechal przed niego. Niestety - mimo to wrzynanie na calego trwa w najlepsze. Po 4h oczekiwania przechodzimy kontrole mongolska. Najlepsze jeszcze przed nami. Aby "innostraniec" mogl wjechac do Panstwa Srodka, musi wypelnic ankiete a propos swojego stanu zdrowia, a ponadto przejsc "badania". Na szczescie ograniczaja sie one do zmierzenia temperatury (spokojnie - nie "per rectum"). Do tej bardzo niebezpiecznej dla zdrowia procedury medycznej "pani badajaca" zalozyla maseczke i trzymala sie od nas na dystans.  Nastepnie "szczesliwcow" czekala kontrola osobista. Obylo sie jednak bez rozbierania "do rosolu" - otwarcie plecaka wystarczylo.

W Erlianie wyladowalismy dosyc pozno, bo po 13tej (na granicy stalismy juz od 8mej), wiec szans na dojazd do Datongu dzis juz raczej nie ma. Transport oferuja jedynie uliczni kombinatorzy. Cena za osobe - bagatela - 200 juanow. Troche duzo jak za 500 km w Chinach.  Z (Mic)Halina, Marianem oraz Kuba wyruszamy na "dworzec expedition 2009". Idziemy i idziemy, a slonce pali nasze glowy i nie tylko glowy. W koncu jest. I od razu mila niespodzianka - pani kasjerka w miare mowi po angielsku. Dowiadujemy sie, ze autobus do Datongu odjezdza dopiero jutro rano. Koszt biletu - 100 yuanow. Z kolei do Jiningu (okolo 320km z Erlian) zaplacic musimy 70 yuanow. Sek w tym, ze odjazd za 30 minut. Pora zatem sprawdzic co oferuje przewoznik szynowy.

Przed "wakzalem" pusto. W srodku przy kasie pusto...gdzie te tlumy, o których opowiadaly Marki Pole? Faktem jest, ze Erlian jest nieco mniejsze od Pekinu, ale "zero czlowieka" na dworcu?? Zapytana o pociag do Datongu pani kasjerka pokazuje nam date. Ta data to 20 sierpnia. Jak mniemamy - na wczesniejsze nie ma miejsc. Swietnie. Do Jiningu za to jest pojezd jutro o 8 rano. Hard seat za 21 yuanow. To jest cena, ktora nam odpowiada. Wracamy do reszty ekipy, by zapytac ich o zdanie. Po drodze znajdujemy jeszcze hotel, w którym w razie czego mozemy spedzic noc. Zaspany recepcjonista lamana angielszczyzna informuje, ze 2-osobowy pokoj udostepni nam za 60 yuanow. Cena do zaakceptowania.

Pozostali uczestnicy wyjazdu przystaja na lansowana przez nas opcje. Zostajemy na noc w Erlian, a rano tanim pociagiem do Jiningu. Idziemy zatem do hoteliku (nazwy powtorzyc sie nie da). Tam okazuje sie, ze pokoje sa wypas, a co wiecej - lozka tak duze, ze spokojnie mozemy wziac jedynie trzy pokoje miast 6-ciu. Cena za pokoj sie nie zmienia, stad na osobe wychodzi po 7zl. Poki co fajnie w tych Chinach.

Po bilety do Jiningu udajemy sie wraz z Lucyna, Danuta oraz celebryta Promateuszem. Podchodze do kasy i standardowo pytam "Do you speak english?". Pani sie na to usmiecha, wyjmuje telefon i wybiera numer. Po kilkunastu sekundach rozmowy podaje mi aparat. Przykladam do ucha, a tam rozlega sie: "Hello, where do you want to go?". Zaradne sa kasjerki w tym kraju, nieprawdaz? Niedawno sam bylem swiadkiem, iz nasze - nawet z Centralnego w Warszawie - powinny sie uczyc od swoich chinskich odpowiedniczek. A zatem mowie tajemniczej rozmowczyni, ze do Jiningu bysmy pragneli, i ze jutro i ze 12 osob. Gdy kasjerka prawie ze wydrukowala nam te bilety, spostrzeglismy, ze ten sam pociag jedzie do samego Datongu. Warto zapytac czy moze tym razem i w tej kasie sa bilety. Po 5 minutach wychodzimy z dworca trzymajac w rece 12 biletow do Datongu. 27 yuanow za osobe ("Pimpusie" - sami wiecie co...).

W glorii chwaly wracamy do hotelu, ale oczywiscie informujemy naszych, ze dzis nic nie kupilismy, a sprawa ma sie podobnie jak w Ulan Bator. Blizniaczki zglaszaja, ze moga wstac o 4tej i ustawic sie w kolejce pod dworcem. Przez kolejnych kilkadziesiat minut mamy w czworke niezly ubaw. Prawde wyjawiamy dopiero w trakcie obiadu - prawdziwego chinskiego, ktory byl przeprzepyszny. Obok hotelu byla elegancko wygladajaca knajpa. Zamowienie ustalalismy przy pomocy Google-translatora. Recepcjonista pisal po chinsku, tlumaczyl na angielski, a my z Marianem odpowiadalismy. Wreszcie wynegocjowalismy, ze przyrzadza nam kilka dan za okolo 200 yuanow lacznie. Nie przypuszczalismy jednak, ze bedzie to taka obfita uczta z tak kapitalnym jedzeniem. Po prostu "La grande bouffe". Pikantna kapusta, zupa z wolowina i pomidorami, kurczak w sosie sezamowym, zeberka, tofu, itepe, itede, itepe. Do tego na deser arbuz, a do picia oczywiscie chinska herbatka. Gwoli wyjasnienia: nic nie bylo "ohydne", ani "bez przypraw" (cytat zaczerpniety ze slownej relacji Markow Polow. Moze oni jednak byli w jakims innym kraju?).

Po obiado-wieczerzy przy suto zastawionym stole pora na przechadzke po miescie. Na kazdym kroku wzbudzamy sensacje. Ludzie szepcza cos miedzy soba (ich miny wskazuja, ze musi to byc tekst w stylu "patrz mamo - kosmici u nas wyladowali") caly czas bacznie przygladajac sie kazdemu naszemu ruchowi. Nie inaczej jest w czasie wizyty w wesolym miasteczku, gdzie gromadzi sie prawdziwy tlum, gdy cala czworka (Lucyna, Kuba, Marian i ja) daje sie przypiac do obreczy krecacych sie wokol wszelkich mozliwych osi. Sporo frajdy dostarczaja takze odbijajace sie od siebie samochodziki.

Po dniu obfitujacym we wrazenia pora do hotelowych lozeczek. Choc na piata do kolejki wstac nie trzeba, to jednak pobudka mimo wszystko musi byc wczesna. Biletow za 27 yuanow zmarnowac nie mozna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz