
No to rozpoczynamy ostatni dzien objazdowki. Do przebycia mamy około 400 km, z czego ponad 300 po asfalcie. Powinno pojsc gladko. Na poczatek nasze ulubione wertepy - gora, dol, dol gora - az do znudzenia. Chwile po 12stej wjezdzamy na asfalt. Droga Charchorin-Ulan Bator - jedna z lepszych w kraju. W pewnej chwili slysze, ze wyprzedza nas motocykl. Patrze w lusterko - nie ma go. Zniknal? Przeslyszalo mi sie? Raczej nie, bo dzwiek sie nasila. Gana zatrzymuje auto i glowi sie co jest grane. Po chwili już wiemy - poszla skrzynia biegow. Slowa piosenki "A mialo być tak pieknie..." same az cisna sie na usta. Szczesciem w tym calym nieszczesciu jest to, iż awaria przytrafila sie dopiero ostatniego dnia. Tak czy inaczej - o popoludniu w UB możemy zapomniec. 250 kilometrow na holu po mongolskiej drodze - brzmi jak wyzwanie, prawda? I tymze w istocie było. Nie jestesmy w stanie zliczyc ile razy zrywala sie linka, ile razy nasi kierowcy przekraczali 90km/h (jadac na dwumetrowej lince), nie mowiac już o liczbie wyprzedzonych aut. Emocje sa nie tylko w Canal+.
Krotko po 19tej (zamiast krotko po 14tej) dotarlismy wreszcie do mongolskiej stolicy. Pora na porzadny "szurszur"(po ichniemu prysznic), ale wczesniej przeciez warto by pokuszac (wszak trzeba mieć jakies priorytety, prawda?). Wieprzowy szaszlyk "podlany" piwkiem (tak, znowu pijemy) wprawia wszystkich w blogostan...
Na powyzszym zdjeciu brama wjazdowa do UB. Przed kazdym wiekszym mongolskim miastem (a zbyt wielu takich nie ma) stoi cos takiego (tyle, ze bez napisu "Ulaanbaatar") i za wjazd do grodu pobieraja kosmiczna oplate...500 tugrikow (okolo 1zl) od auta. Zastanawiam sie czy z tego "haraczu" sa w stanie chociaz sfinansowac uposazenie pana zbierajacego...
0 komentarze:
Prześlij komentarz