Wyjatkowo mocne slonce sprawia, ze sierpień zaczynamy od iscie porannej pobudki (=chwile przed 9ta;) Ruszamy w droge wczesniej niż wczoraj (czy to oznacza, ze postepujaca "oblesnosc" guandzow również zostanie zahamowana?)
Około poludnia docieramy do Charchorin - pradawnej stolicy Mongolow. To tu w XIII wieku syn Czyngis-chana ("tak, tak - kojarze") ustanowil centrum swego imperium (stworzonego w duzej mierze przez ojca). Niestety - niewiele ocalalo z czasow swietnosci. Klasztor "Erdene-dzu", niegdys perla mongolskiego buddyzmu (prawie 100 swiatyn na terenie kompleksu) dzis udostepnia zwiedzajacym ledwie kilka obiektow. I ta oplata za fotografowanie...rzecz jasna nie zaplacilismy, a zdjecia robilismy. Spore wrazenie robia na nas mnisi odmawiajacy lamajska modlitwe. Istna kakofonia - kilkanascie osob niemalze jednoczesnie wypowiada swoje wersy. Czuc orientalny klimat.
Z kolei kamienny zolw strzegacy ongis bram do miasta to jakas mega kupa. Nie zmienia to faktu, iż bransoletki i wisiorki z symbolem miasta (czyli wspomnianym gadem) nabylismy i to po cenie kilkakrotnie nizszej niż Halinka nad Chubsgulem.
A jednak sie sprawdza! Wczesniejsza pobudka zaowocowala wizyta w guandzu – restauracji, w ktorym nawet menu bylo po angielsku. Niestety – zapowiadalo sie zbyt idealnie (a jak wiadomo “cudow nie ma, wszystko sciema”), a wiec zeby zgasic nasz entuzjazm “dish of beef with peppers” okazalo sie byc “dish of mutton with a trace of peppers”. Wyjatkowo smaczny byl to baranek, ale nie zmienia to faktu, iz byl to wciaz baranek.
Wyjezdzajac z miasta zahaczamy o jeszcze jedno “atrakcyjne” miejsce. To kamienny penis oparty o brzeg jakiejs “dziurki”. Nasi kierowcy sa wyraznie rozbawieni tym, ze nas tu przywiezli. My zdajemy sie nie podzielac ich entuzjazmu. Zastanawiamy sie tylko czy banknoty lezace w “w dziurce” pozostawione zostaly przez mezczyzn majacych problemy z erekcja…
Kilkadziesiat kilometrow za Karakorum znajduja sie wydmy Mongol Els (“els” to zapewne wydmy w tym slicznym jezyku). Cieply piasek grzeje stopy, ktore jednak nieustannie narazone sa na skaleczenia (piasek mieni sie na zielono od porozbijanych butelek). Krotki spacer, odpedzanie kolesi “mister uona rajd e kamel?”, kilka zdjec na “Nasza klase” i mozna wracac do auta.
Rozbijamy sie nieco ponad sto kilometrow od Ulan Bator. Spokojnie moglismy jeszcze dzis dojechac do stolicy, ale nasi kierowcy z 40 dolcow za dodatkowy dzien jazdy (a de facto 2 godziny jazdy) nie chcieli zrezygnowac. Polgodzinne negocjacje zakonczyly sie nasza porazka. A przed snem jak zwykle “nocne Polakow w Mongolii rozmowy”.
Około poludnia docieramy do Charchorin - pradawnej stolicy Mongolow. To tu w XIII wieku syn Czyngis-chana ("tak, tak - kojarze") ustanowil centrum swego imperium (stworzonego w duzej mierze przez ojca). Niestety - niewiele ocalalo z czasow swietnosci. Klasztor "Erdene-dzu", niegdys perla mongolskiego buddyzmu (prawie 100 swiatyn na terenie kompleksu) dzis udostepnia zwiedzajacym ledwie kilka obiektow. I ta oplata za fotografowanie...rzecz jasna nie zaplacilismy, a zdjecia robilismy. Spore wrazenie robia na nas mnisi odmawiajacy lamajska modlitwe. Istna kakofonia - kilkanascie osob niemalze jednoczesnie wypowiada swoje wersy. Czuc orientalny klimat.
Z kolei kamienny zolw strzegacy ongis bram do miasta to jakas mega kupa. Nie zmienia to faktu, iż bransoletki i wisiorki z symbolem miasta (czyli wspomnianym gadem) nabylismy i to po cenie kilkakrotnie nizszej niż Halinka nad Chubsgulem.
A jednak sie sprawdza! Wczesniejsza pobudka zaowocowala wizyta w guandzu – restauracji, w ktorym nawet menu bylo po angielsku. Niestety – zapowiadalo sie zbyt idealnie (a jak wiadomo “cudow nie ma, wszystko sciema”), a wiec zeby zgasic nasz entuzjazm “dish of beef with peppers” okazalo sie byc “dish of mutton with a trace of peppers”. Wyjatkowo smaczny byl to baranek, ale nie zmienia to faktu, iz byl to wciaz baranek.
Wyjezdzajac z miasta zahaczamy o jeszcze jedno “atrakcyjne” miejsce. To kamienny penis oparty o brzeg jakiejs “dziurki”. Nasi kierowcy sa wyraznie rozbawieni tym, ze nas tu przywiezli. My zdajemy sie nie podzielac ich entuzjazmu. Zastanawiamy sie tylko czy banknoty lezace w “w dziurce” pozostawione zostaly przez mezczyzn majacych problemy z erekcja…
Kilkadziesiat kilometrow za Karakorum znajduja sie wydmy Mongol Els (“els” to zapewne wydmy w tym slicznym jezyku). Cieply piasek grzeje stopy, ktore jednak nieustannie narazone sa na skaleczenia (piasek mieni sie na zielono od porozbijanych butelek). Krotki spacer, odpedzanie kolesi “mister uona rajd e kamel?”, kilka zdjec na “Nasza klase” i mozna wracac do auta.
Rozbijamy sie nieco ponad sto kilometrow od Ulan Bator. Spokojnie moglismy jeszcze dzis dojechac do stolicy, ale nasi kierowcy z 40 dolcow za dodatkowy dzien jazdy (a de facto 2 godziny jazdy) nie chcieli zrezygnowac. Polgodzinne negocjacje zakonczyly sie nasza porazka. A przed snem jak zwykle “nocne Polakow w Mongolii rozmowy”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz