wtorek, 21 lipca 2009

Nadrabianie zaleglosci nr 2






















Zapomnialem bylem o fantastycznej niedzieli w Minsku;)












NIEDZIELA 12.07
Okolopoludniowe zwiedzanie Minska nie wypadlo okazale - szczególnie dla Lucyny i dla mnie. W moim aparacie zepsul sie był Autofocus(rzecz jasna sam),wiec lazilismy po miescie calym w poszukiwaniu odpowiedniego punktu foto lub chocby miejsca w którym nabyc można mala otwiortke(po naszemu srubokret) by rozkrecic nieszczesne soczewkowe pudlo. Niestety w Woskrestjenie (po naszemu: "w niedziele") nie jest to latwe zadanie. Skonczylo sie na rozkreceniu obiektywu przy uzyciu pincety i wniosku:albo robie na manualu (bardzo trudno jest idealnie ustawic ostrosc),albo czekam na przyjazd Mateusza z nowym sprzetem. Cale szczescie, ze mam paczkujaca "lokate bialoruska",ktora z pewnoscia lada dzien obrodzi i pozwoli mi na zakup dowolnego sprzetu za dowolnie kosmiczne pieniadze.

Ci,którym dane było slobodne spacerowanie po Minsku twierdza,ze duzo nie stracilismy. Pare ladnych placow,pomnik Lenina,odstrzelone, tlenione bialoruskie blondynki. I drogo. Glodomory,ktore chca pozwolic sobie na obiad (mieso a`la kebab,frytki,surowka) musza pozegnac sie z 16.000 bialoruskich rubli(okolo 20zl) Na szczescie piwo w sklepie w przystepnych cenach i duzych butelkach (litrowa "Baltika 3" to wydatek rzedu 3.5-4zl)

A w pociagu czekaja na nas niespodzianki. Mila i niemila. Wagon po remoncie w 2008 roku. Klimatyzacja. Czysto - i na korytarzach i w lazience. To ta dobra wiadomosc. Zla jest taka, ze w czasie remontu zabudowali tez wierchnie lozka (od strony korytarza - gdyby ktos miał watpliwosci) Wojtek i ja jestesmy wniebowzieci. Nawet Kuba Wolski z trudem sie miesci. No to czekaja nas 4 dni ze zgietymi nogami.Fantastycznie. Aby zlagodzic te nieprzyjemne doznania postanowilismy sie napic. Dzis tylko piwko,bo wiekszosc jest smiertelnie zmeczona. Niektorzy do tego stopnia, iż przespali granice z Rosja i wjazd do Smolenska (okolo 21.30 czasu moskiewskiego). Mogli sobie na to pozwolic, jako ze kontrola bialoruska tozsama jest z ta ruska ("my sojuuz!" - przypomnienie od redakcji)

Tradycyjny plackartny prysznic tradycyjnie zajal nam sporo czasu (mnie, co trudne do wyobrazenia, jeszcze wiecej niż zwykle) Na dlugo przed polnoca wpadlismy w objecia Morfeusza.






























No i dalej:
























17.07 PIĄTEK
No i oka nie zmruzylem, czego pod koniec dnia bardzo zalowalem. Dzien uplynal na zwiedzaniu Irkucka oraz przede wszystkim na zalatwianiu rejestracji dla innostrancow...co za masakra...kolejna z niepotrzebnych formalnosci,ktora sprawia,ze wielu turystow omija Rosije szerokim lukiem. Z poczty, na ktorej stawilismy sie punkt 8 rano, odeslano nas do luksusowego hotelu Angara. Tam kazano nam czekac do 9tej. O 9.30 zjawila sie pani,ktora oswiadczyla, ze hotel zarejestrowac nas nie może i odeslala na ulice Gorkiego 36 do "biura federalnego". Pod biurem tlum. Okazuje sie ze obowiazek rejestracji stworzyl kolejny zawod w tym przedsiebiorczym kraju. Pani posredniczka zaproponowala 300rubli od osoby w zamian za zarejestrowanie nas u siebie. Podumalismy, ponegocjowalismy i zeszlismy do 200rubli za czlowieka. Dobra cena jeśli wziac pod uwage,ze sama oplata urzedowa wynosi 110 rubli,każdy hotel wzialby od nas grubo ponad 20dolcow,a kobieta jeszcze pol godziny wypelniala papiery i godzine stala w kolejce. Zobaczymy tylko czy rzeczywiscie z magiczna podstemplowana karteczka wypuszcza nas z sowieckiej krainy bez 70-dolarowego "sztrafa".

Przewodnik Bezdrozy jest niekiedy g... wart. Knajpy o których pisza: albo nie istnieja,albo numeracja jest niewlasciwa, albo wcale nie sa (juz) tanie. Podobnie z "Internet klubami" - te z mapki musza być ukryte gdzies pod ziemia, albo dla niepoznaki figurowac pod falszywymi szyldami. Problem ze znalezieniem "okna na swiat" sprawil, ze tak pozno publikujemy relacje. Na szczescie pracownia kartograficzna była tam gdzie być powinna. Zakupilismy wraz z Jakubem Adamem Andriejewiczem Wolskim (ktory otrzymal taka wlasnie przepustke) mape Chamar Daban, skala 1:200000, cena:20rubli.

Autobus do Listwianki 101 rubli. Wyjazd o 14.30, zbiorka na dworcu miala być o 14 (nie znalismy wowczas jeszcze godziny odprawienia) Siostry Grobelne x 3 postanowily przedluzyc sobie spacerek po miescie i przybyly na dworzec minute przed odjazdem. Oj będą punkciki. O 16 dotarlismy nad Bajkal. Ogromny akwen robi wrazenie. Podobnie jak jego lodowata woda, ktora predko wybija nam z glowy kapiel. Rozbijamy sie w bardzo malowniczym miejscu - na nieco pochylej polance tuz nad brzegiem. Troche tu wieje, ale mimo to warto zostac w tym klimatycznym miejscu. Przed pojsciem spac jeszcze dwa istotne wydarzenia: skosztowanie miejscowego wedzonego omula - ryby, ktora wg naszego mylacego sie przewodnika wystepuje tylko w Bajkale,a drugie to oczywiście wspolne spiewy przy gitarze i piwku.

18.07 SOBOTA
Pobudka jak zwykle niezbyt wczesnie - kolo 11. Jedziemy do Sludianki i dalej w gory. Z Listwianki da sie dostac bezposrednio do Sludianki,ale trzeba przeprawic sie przez Angare, a pozniej wsiasc do pociagu (nie bylejakiego, a jadacego trasa Krugobajkalska). Sek w tym ze kursuje on raz w tygodniu...we wtorki. Może i "mamy czas na zmarnowanie", ale nie az trzy dni. Z braku innej opcji jedziemy z przesiadka w Irkucku.

Pan marszrutkarz jest skonczonym idiota. Nie chce nas wziac za 100rubli za czlowieka (zada 150). W koncu odjezdza z 3 osobami w 14-osobowym busie. Dodam, ze na trasie Listwianka - Irkuck nie ma gdzie dobrac sobie pasazerow. Kretyn do szescianu. Niestety - pozostali byli solidarni i w koncu by zdazyc na pojezd do Sludianki pojechalismy z jakims ultrachamem za 150rubli. Darl sie na nas, wyprzedzal na ciaglej pod gorke. Szczesliwi ci, którzy siedzieli tylem do kierunku jazdy.

Przesiadka w Irkucku. W czasie podrozy z dworca autobusowego na kolejowy zepsul sie tramwaj. No trudno - zdarza sie. 20 minut "pieszkom" to nic strasznego, chociaz czara "kurwowtysionc" sie przepelnia. Kawiarenka internetowa kolo dworca - nie dziala. Ta 200 metrow dalej zamknieta. Oddalony o 10 minut piechota "Internet Klub Haker" nie istnieje, lub standardowo ukryty jest pod ziemia/dziala w innej czasoprzestrzeni. Totalnie wkurzony postanawiam wyslac kartke, a wiec ide na poczte. Tam okazuje sie, ze znaczek na pocztowke do Europy pani poczciarka odnajduje po 15minutach. Kipie ze zlosci. Wracam na dworzec, tlum ludzi, elektriczka ktora rusza ze stacji Irkuck Sort. Spozniona 15minut. Czy czeka mnie jeszcze dzis cokolwiek pozytywnego?

Do Sludianki 135km, po nieco ponad 100 naszym oczom ukazuje sie brzeg Bajkalu (nie mylic z piwem "Bereg Bajkala"). No krasiwyj to on jest. W Sludiance jestesmy krotko przed 21. Jutro rano wyruszamy w gory Chamar Daban. Ostatni moment by zrobic zakupy spozywcze i wyruszyc piechota (przeciez nie damy po 50 rubli za marszrutke) ku schronisku przy Muzeum Mineraologicznym. Sludianka nie jest wielkim miastem (ok. 30tys. mieszkancow) ale punkt do którego zdazamy znajduje sie dokladnie na drugim koncu grodu. Gdy w koncu docieramy do miejsca przeznaczenia spotykamy pana, ktory na tej samej ulicy (Sludianaja) prowadzi turbaze "Edelweiss" (bardzo oryginalna nazwa w bylym ZSRR). Poczatkowo oferta brzmi 100 rubli za czlowieka,ale ostatecznie schodzimy do 100 rubli za namiot. Ponadto - pan dysponuje ruska bania, ktora udostepnia nam za 100rubli/osobe/godzine. Oj było blogo. Niemilosiernie goraco, ale warto było. Po godzinie w tak wysokiej temperaturze wyjscie na zewnatrz budynku było fantastycznym doznaniem. Tygodniowe kielbaski od Skiby zjedzone zaraz potem (czyli około 1.30 w nocy) smakowaly rownie wybornie. Chwile po 2giej udalismy sie do swych palatek. Pora spac, bo "skoro swit" ruszamy w gory!

19.07 NIEDZIELA
Nastawianie budzika okazalo sie być niepotrzebne. Krotko po szostej rano obudzilo nas pianie koguta. Wielokrotnie powtarzajace sie pianie. Nie wiem czy ktokolwiek zdolal jeszcze zmruzyc oko do tej osmej, kiedy leniwie zaczelismy wynurzac sie z naszych namiotow.

Potezne chmury na niebie nie wroza niczego dobrego. Oj zdecydowanie zbiera sie na burze. Czesc osob zaczyna glosno wyrazac swe obawy zwiazane z wyjsciem w gory. Rzeczywiscie - chwile po zwinieciu namiotow zaczyna kropic. Moment pozniej już leje. Na szczescie mamy gdzie sie schronic. Gramy w Dominion (gre od jednego ze sponsorow - firmy Bard). Niestety - szans na poprawe pogody nie widac. Nasz gospodarz potwierdza - zapowiadali dwa dni deszczu. Nasza azjatycka wyprawa z zalozenia wybitnie gorska nie jest, wiec zapada decyzja o wycofaniu.

Popoludnie spedzamy nad Bajkalem zajadajac sie omulem za 25rubli (potwierdzilo sie ze w Listwiance strasznie zdzieraja na turystach. Tam placilismy 50rubli), gramy w Dominion, wreszcie robimy pranie. Mamy na to wszystko sporo czasu, jako ze czeka nas noc na dworcu. Do Ulan Ude udajemy sie o 6 rano elektriczka. 320 kilometrow za 140rubli. Dobra cena.

20.07 PONIEDZIALEK
Podroz elektriczka była calkiem przyjemna. Lawki co prawda drewniane, ale na tyle dlugie ze bylo można sie polozyc i odrobic zaleglosci w spaniu. Krotko po 12stej docieramy do stolicy Buriacji Ulan Ude. Jest niemilosierny upal. Rozochoceni tanim przejazdem Sludianka - Ulan Ude szukamy elektriczki do Nauszek. Po 100 wizytach w roznych okienkach, niemilych odpowiedziach o wartosci informacyjnej=0 dowiadujemy sie ze takie zjawisko jak tani pojezd do Nauszek nie istnieje. Dojechac możemy obszczijem za 300rubli. Tylko co dalej? Przez granice Nauszki-Suche Bator przejezdzaja 4 pociagi...tygodniowo. Brzmi jak zart, zartem nie jest. Druga kwestia jest fakt iż na żaden z wyzej wspomnianych pociagow nie ma miejsc (bardzo drogich zreszta, bo w gre wchodzi tylko wagon kupe w pociagu Moskwa-Ulan Bator lub Moskwa-Pekin). A może granice przekroczymy samochodem w Kiachcie? Od 2002 roku jest ono otwarte również dla innostrancow.

Jedziemy z Lucyna na awtowakzal i pol godziny pozniej wracamy busem po reszte ekipy. Do Kiachty 250 rubli za osobe. Poczatkowo nic nie wskazuje ze pan kierowca to zidiocialy szaleniec nieswiadomy tego, iż przewozi ludzi, a nie worki z piaskiem. Zlapana przy predkosci 100km/h guma również nie przemawia mu do rozumu (chyba, ze go nie ma - wowczas wiadomo czemu nie przemawia). Cale szczescie, ze nasz woziciel-kretyn zdolal opanowac auto i nie wpadlismy do pobliskiego rowu. Jak powiedziala nam pozniej najstarsza z klanu Grobelnych, ktora podrozowala z przodu w pasach: "Gdy uslyszalam huk pekajacej opony pomyslalam sobie: "ojej, przeciez oni nie przezyja"". Jak sie okazalo - nie chodzilo o troske o nasze zdrowie., a o to co biedna Anna pocznie sama 7000kilometrow od domu.












A zatem nasz woziciel prowadzi jak szalony. Wszyscy pasazerowie (lacznie z tubylcami) bladzi jak niezadrukowana kartka. Na nic zdaja sie pokrzykiwania jednej z kobiet - żeby jechac wolniej, ze kierowca glupi, bo poza tym ze glupi to i gluchy najwyrazniej. Cala zaloga co chwile pyta ile jeszcze do Kiachty i modli sie by było jak najmniej. Ale niestety - sporo jeszcze dlugich zjazdow, z które pokonujemy "na luzie", sporo dlugich, pelnych wybojow prostych, na których pan postanawia sprawdzic "ile dala fabryka", wreszcie niemalo zakretow, ktore pokonujemy lewym pasem - przeciez tak latwiej. Wsrod naszych dominuje czarny humor i gdybanie kto ma jakie szanse na przezycie i co po smierci. Rozrywka iscie fantastyczna. Wreszcie jestesmy. Cali, zdrowi, a przede wszystkim szczesliwi, ze ta dramatyczna podroz już za nami. Z roznymi glabami jezdzilem - i w Polsce i na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, ale czegos takiego jeszcze nie doswiadczylem (sformulowanie "nie przezylem" byloby lekko nie na miejscu)

Kiachta to dziura zabita dechami. Kiedys była glownym miastem na szlaku herbacianym, ale wraz z budowa transsybiru stracila na znaczeniu. Po kilkunastominutowej rozmowie z miejscowymi zulami postanawiamy oddalic sie od centrum. Zbyt wiele osob wie już o naszym istnieniu. Za 180 rubli bierzemy busa do granicy (4km). Niestety - jest już 21, wiec granice przekroczymy jutro rano. Na razie pozostaje znalezc miejsce na palatki.

Kazimierz S. vel Kazik spiewal swego czasu, iż "los sie musi odmienic". Nie inaczej było i tym razem. Po calym dniu udreki na koniec czekala nas nagroda. Administrator (jak sam sie nazwal) pobliskiej gospody - Bimba (co za poznanskie imie) Dash powiedzial, ze możemy spac u niego pod daszkiem przed knajpa. Kilka razy pytalismy czy naprawde nie chce za to zadnych dziengow. Nie chcial. Nieprawdopodobne, bo wciaz byliśmy w Rosji - kraju, ktory zdzieral z nas kase kazdego dnia, od switu az do zmierzchu. Ale Bimba nie był Rosjaninem, to Buriata o rysach prawie ze mongolskich. Postanowilismy "pasmatric" co serwuje jego gosciniec. Rzeczywistosc przerosla nasze oczekiwania (oczekiwania mocno stlumione po odwiedzeniu wielu ruskich jadlodajni) Jedzenie było smaczne i tanie. Do dnia dzisiejszego kombinacja niemozliwa w tym kraju. Barszczu lepszego nie jadlem w zyciu. Rownie taniego (25 rubli) chyba tez nie. Piwko lalo sie i lalo (glownie Baltika 3 oraz Zigulewskoje), bo postanowilismy wypic za ten dzien pelen wrazen. Dzien, ktory na szczescie tak dobrze sie konczy.

Po uczcie przyszla pora na muzyke. Reakcja na nasze gitarowanie była blyskawiczna. Dzieki temu mielismy okazje posluchac prawdziwych buriackich piesni w wykonaniu rdzennych Buriatow. Oj było dobrze. Wszystkim goraco polecamy wizyte w karczmie na granicy rosyjsko-mongolskiej w Kiachcie. Swietny wybor jeśli przed wyjazdem chcesz zatrzec zle wrazenie, jakie wywarly na Tobie inne miejsca w tym najwiekszym z krajow.

No nic - pora spac. Wszak o 8.30 mamy sie stawic u dogadanego busiarza (do UB za 400 rubli/osobe).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz