czwartek, 23 lipca 2009

21 - 24 lipca. Milej lekturki!















21.07 WTOREK
Granica rosyjsko - mongolska bez wiekszych problemow. Jedynie blizniaczki sa proszone o ustawienie sie obok siebie, a potem porownywane - zarówno ze swoja druga polowina jak i ze swoim paszportowym zdjeciem sprzed 10lat. Panie celniczki sa wyraznie rozbawione. My po wczorajszym wieczorze rowniez w nienajgorszych nastrojach, ktore nie mogly ulec pogorszeniu skoro już o 10 rano znalezlismy sie w Mongolii. Kurs dolara na granicy tez niezly. Za jednego amerykanskiego dzienga dostac można az 1450 mongolskich. Jest zbyt idealnie, bo wraca mi wiara w ludzi i w to ze sa oni z natury dobrzy. Cos sie musi spieprzyc. To tylko kwestia czasu.

Mój niezawodny instynkt malkontenta niezawodnym pozostal. Jak mawia nasz ex-premier Kaczka - "cudow nie ma - wszystko sciema". A zatem nasz kierowca glupi mongol-oszust "podumal" i za 400rubli do Ulan Bator jechac już nie chce. No co za gnojek. Wczoraj jeszcze było OK, ale widocznie w nocy przysnila mu sie gora zlota i postanowil zrobic wszystko by sen sie ziscil. Lucyna walczyla z nim 1.5h, do upadlego. Umowilismy sie w koncu na 170 dolarow za wszystkich. Taniej sie nie dalo. U konkurencji również nie.

Po 5h jazdy dotarlismy do mongolskiej stolicy. Pierwsze wrazenie - bardzo przygnebiajace. Mozliwe ze przez wielka ulewe i grad wielkosci pileczek pingpongowych. Ulice doslownie plynely, a woda wlewala sie autom na maske. Na szczescie woziciel podwiozl nas prawie pod sam hostel. Gana Guesthouse za 6tys. tugrikow (4 dolary) Nocleg w 12osobowym pokoju, cieply prysznic, darmowy internet - czegoz chciec wiecej?

Ano można by cos zjesc. Wymieniamy kase w kantorze, w którym pani mowi "Dzien dobry" oraz "dziekuje", a nastepnie udajemy sie do prawdziwego mongolskiego guandzu (najtansza jadlodajnia - taki mongolski "bar mleczny"). Menu - kompletny odjazd. Żadna nazwa nie jest podobna do czegokolwiek, co znamy. Czuje to samo, co w lutym, gdy wraz z kolega mym Pawlem odwiedzilismy jadlodajnie w Budapeszcie. Oczywiście okazuje sie iż niezaleznie od tego czy zamowisz "holimog hyyrga" czy "szarsan" czy jeszcze cos innego - dostajesz barana. Baran z warzywami, baran z ryzem, baran w zupie albo parowka z barana. Masakra. Tak czy inaczej - zapisujemy co było dobre by na przyszlosc nie mieć problemow z zamowieniem czegos co da sie przelknac.

Wieczorny spacer w okolicach placu Suche Batora konczy sie odwiedzinami w kafejce internetowej - pierwsze od 10 dni okno na swiat. A jutro rano wizyta w Ambasadzie Chinskiej. Zobaczymy jak bardzo Chinczykom zalezy na naszej u nich obecnosci.

22.07 SRODA
Ambasada "Panstwa Srodka" pracuje od 9.30, jednak już godzine wczesniej zjawiaja sie tam nasi wyslannicy - Halina z Marianem. My przychodzimy na gotowe. Wchodze z Marianem do srodka zaraz po Czechu, ktory stoi w kolejce pierwszy. Po chwili do naszych uszu dociera fantastyczna fraza. Pan Chinczyk na pytanie "What is the cost for polish citizens?" odpowiada "It's for free". Oplacalo sie olac Ambasade Chinska w Warszawce i zaoszczedzic 220zl...Uczestnicy wyprawy antropologicznej "Depczac po sladach Marka Pola" pewnie pekaja z zazdrosci...:)

W takim razie pora wypelnic pozostale formalnosci wizowe - kupic falszywa rezerwacje na samolot w biurze AirMarket (koszt 1$ za osobe) oraz zarezerwowac hostel w Pekinie (10% kosztu noclegu). Wsio w pariadkie (poza tym ze Wojtka w Kitaju najwyrazniej nie chca, bo nijak nie może zrobic rezerwacji)

Dzisiejszy obiad w Guandzu już duzo bardziej swiadomy - każdy zamowil to co mu smakuje (czytaj:barana w odpowiadajacej mu formie)

Popoludnie to szukanie biura Chinzoriga Chuluunbataara - znajomego Ani Grebieniow od którego chcemy wynajac busa. Po godzinie bezowocnych poszukiwan wracamy do hostelu i korzystamy z telefonu. Chinzo jest w terenie, ale przysle do nas swojego przedstawiciela o imieniu "hyylyymbyuuaahnuuuhrhhrrgg" Kolo przyjezdza Land Cruiserem i zabiera nas na ogladanie fur którymi dysponuja. Nasza uwage od razu przykuwa stary ruski Gaz, ktory w zeszlym roku uczestniczyl w wyprawie Gobi 2008. Gdy otwieramy "pake" na rowne nogi zrywa sie spiacy wewnatrz starszy Mongol. Jak sie okazuje - to oslawiony Bajra, ktory "odpoczywa" po 3 dniach picia wodki. Od razu potwierdza sie to ze to strasznie sympatyczny koles. Bardzo chcemy wybrac sie z nim (jego szalonym autem, nawet mimo tego iż pali 40 litrow na stowke) na objazdowke po kraju. Niestety to niemozliwe - 8 dni to za malo by zrobic 2000 km. Na poczatku sierpnia oryginalna ruska ciezarowke na 3 tygodnie pozyczaja jacys Makaroniarze. Dlugo analizujemy rozne scenariusze i w koncu umawiamy sie ze najpierw zrobimy Gobi (ku wielkiej rozpaczy Slomiaka, ktory znow ma problem) najwiekszym z pojazdow. Konkrety mam dogadac jutro rano.

A wieczorem odwiedzilismy rosyjska knajpke "Matrioszka", w ktorej co niektorzy mieli tak "obfite" porcje, ze nawet nie zauwazyli kiedy je skonsumowali. Monika z kolei miala pierogi "nie z baranina tylko z mielonym";) Po "sutej" kolacji pora na kropelke czegos mocniejszego - by spalo sie lepiej. Wszystkim. Wraz z Marcinem i Wojciechem delektuje sie wodka "Chan Kubilaj" - 5000 tugrikow za polowke. Pozostali kosztuja wina. Niezaleznie od rodzaju spozywanych napitkow - porobili sie wszyscy. Liderem zas był Adam Andriejewicz, którego przerosla standardowa pijacka "jaskoleczka". No to pora spac. Rano wizyta u Ambasadora, ktory jest kolega ze studiow Mamy Mariana.

23.07 CZWARTEK
Chwile po 10tej zjawiamy sie w istniejacej jeszcze przez tydzien Ambasadzie Polskiej w Ulan Bator. Wszedzie mnostwo kartonow, sciany puste - wyraznie czuc wyprowadzke. Pan Zbigniew Kulak to były senator (trzech kadencji), doktor nauk medycznych, lekarz chirurg. Od ponad 3 lat pelni funkcje Ambasadora Polski w Mongolii. W czasie ponad godzinnej rozmowy opowiada nam o realiach zycia w tym azjatyckim kraju, o jego wielkim potencjale gospodarczym (glownie dzieki zlozom naturalnym), o produkcji kaszmiru czy wreszcie o tym jak skonczyc medycyne i wyjechac na placowke dyplomatyczna do Mongolii. Wszyscy patrzymy na niego z podziwem, wiekszosc nigdy nie miala "na wyciagniecie reki" osoby na tak wysokim stanowisku.

W Ambasadzie poznajemy także Undracha - Mongola, ktory 7 lat studiowal w Krakowie, a obecnie w Ulan Bator jest przedstawicielem jednej z polskich firm. Z jego pomoca udaje nam sie zalatwic dwa Mitsubishi Delica za 40 dolarow dziennie za jedno auto. Dobra cena. Nieco nam zal, ze nie przejedziemy sie z Bajra jego ruskim czolgiem, ale wzgledy finansowe jak zwykle wziely gore.

Po godzinnych negocjacjach z kierowcami, w których Undrach był oczywiście naszym tlumaczem, ustalamy trase i dogadujemy koszty. Nasz mongolski tlumacz bardzo dobrze wlada jezykiem polskim, mimo ze już od 4 lat nie mieszka w Polsce. Widac, ze w ciagu studiow nie proznowal i przyswoil sobie calkiem sporo naszych sformulowan. Na przyklad przy ustalaniu formy platnosci za paliwo proponuje nam: "placicie z gory za 16litrow na 100km i chuj!" Nie moglismy nie skorzystac z takiej rady. Placimy za tyle litrow, a jeśli spali wiecej to nas nie interesuje.

Skoro jutro wyjezdzamy to pora na zakupy. Supermarket pelen jest polskich produktow, ale strasznie drogo! Ogorki Urbanka za 6zl! My oczywiście wybieramy towary z "nizszej polki".

Po zakupach pora na odwiedzenie klasztoru Gandan, ktory jest centrum mongolskiego lamaizmu. Bilet wstepu do tego kompleksu swiatyn kosztuje 3500 tugrikow. Fotografowanie wewnatrz obiektow to dodatkowe 5 dolarow. Wszedzie pelno mlynkow modlitewnych. Wrazenie robi chyba z 20-metrowy pozlacany(a może i zloty) posag buddy w glownej swiatyni.

Obiadokolacja jak zawsze w guandzu. Baran jeszcze do przelkniecia. Po konsumpcji odwiedzamy poczte celem nabycia pocztowek. Mamy do wyboru: kartke z koniem, kartke z jakiem, kartke z koza albo kartke z jurta. Bierzemy wszystko.

Po zmroku siadamy sobie na placu Suche Batora i saczymy mongolskie piwko...napisze ze jedno by nie bulwersowac rodzicow 25-letnich dzieci.

24.07 PIĄTEK
Wstajemy skoro swit by ponownie odwiedzic Chinska Ambasade. Jestesmy 40 minut przed otwarciem. W kolejce przed nami kilkanascie osob. Na szczescie wnioski zlozylismy bez wiekszych problemow. No i po raz kolejny pan urzedas poinformowal ze “no visa fee”.

W poludnie ruszamy na 10dniowa objazdowke (polnocno-zachodnia Mongolia). Mozliwe, ze do uslyszenia dopiero za 10 dni.

środa, 22 lipca 2009

wtorek, 21 lipca 2009

Nadrabianie zaleglosci nr 2






















Zapomnialem bylem o fantastycznej niedzieli w Minsku;)












NIEDZIELA 12.07
Okolopoludniowe zwiedzanie Minska nie wypadlo okazale - szczególnie dla Lucyny i dla mnie. W moim aparacie zepsul sie był Autofocus(rzecz jasna sam),wiec lazilismy po miescie calym w poszukiwaniu odpowiedniego punktu foto lub chocby miejsca w którym nabyc można mala otwiortke(po naszemu srubokret) by rozkrecic nieszczesne soczewkowe pudlo. Niestety w Woskrestjenie (po naszemu: "w niedziele") nie jest to latwe zadanie. Skonczylo sie na rozkreceniu obiektywu przy uzyciu pincety i wniosku:albo robie na manualu (bardzo trudno jest idealnie ustawic ostrosc),albo czekam na przyjazd Mateusza z nowym sprzetem. Cale szczescie, ze mam paczkujaca "lokate bialoruska",ktora z pewnoscia lada dzien obrodzi i pozwoli mi na zakup dowolnego sprzetu za dowolnie kosmiczne pieniadze.

Ci,którym dane było slobodne spacerowanie po Minsku twierdza,ze duzo nie stracilismy. Pare ladnych placow,pomnik Lenina,odstrzelone, tlenione bialoruskie blondynki. I drogo. Glodomory,ktore chca pozwolic sobie na obiad (mieso a`la kebab,frytki,surowka) musza pozegnac sie z 16.000 bialoruskich rubli(okolo 20zl) Na szczescie piwo w sklepie w przystepnych cenach i duzych butelkach (litrowa "Baltika 3" to wydatek rzedu 3.5-4zl)

A w pociagu czekaja na nas niespodzianki. Mila i niemila. Wagon po remoncie w 2008 roku. Klimatyzacja. Czysto - i na korytarzach i w lazience. To ta dobra wiadomosc. Zla jest taka, ze w czasie remontu zabudowali tez wierchnie lozka (od strony korytarza - gdyby ktos miał watpliwosci) Wojtek i ja jestesmy wniebowzieci. Nawet Kuba Wolski z trudem sie miesci. No to czekaja nas 4 dni ze zgietymi nogami.Fantastycznie. Aby zlagodzic te nieprzyjemne doznania postanowilismy sie napic. Dzis tylko piwko,bo wiekszosc jest smiertelnie zmeczona. Niektorzy do tego stopnia, iż przespali granice z Rosja i wjazd do Smolenska (okolo 21.30 czasu moskiewskiego). Mogli sobie na to pozwolic, jako ze kontrola bialoruska tozsama jest z ta ruska ("my sojuuz!" - przypomnienie od redakcji)

Tradycyjny plackartny prysznic tradycyjnie zajal nam sporo czasu (mnie, co trudne do wyobrazenia, jeszcze wiecej niż zwykle) Na dlugo przed polnoca wpadlismy w objecia Morfeusza.






























No i dalej:
























17.07 PIĄTEK
No i oka nie zmruzylem, czego pod koniec dnia bardzo zalowalem. Dzien uplynal na zwiedzaniu Irkucka oraz przede wszystkim na zalatwianiu rejestracji dla innostrancow...co za masakra...kolejna z niepotrzebnych formalnosci,ktora sprawia,ze wielu turystow omija Rosije szerokim lukiem. Z poczty, na ktorej stawilismy sie punkt 8 rano, odeslano nas do luksusowego hotelu Angara. Tam kazano nam czekac do 9tej. O 9.30 zjawila sie pani,ktora oswiadczyla, ze hotel zarejestrowac nas nie może i odeslala na ulice Gorkiego 36 do "biura federalnego". Pod biurem tlum. Okazuje sie ze obowiazek rejestracji stworzyl kolejny zawod w tym przedsiebiorczym kraju. Pani posredniczka zaproponowala 300rubli od osoby w zamian za zarejestrowanie nas u siebie. Podumalismy, ponegocjowalismy i zeszlismy do 200rubli za czlowieka. Dobra cena jeśli wziac pod uwage,ze sama oplata urzedowa wynosi 110 rubli,każdy hotel wzialby od nas grubo ponad 20dolcow,a kobieta jeszcze pol godziny wypelniala papiery i godzine stala w kolejce. Zobaczymy tylko czy rzeczywiscie z magiczna podstemplowana karteczka wypuszcza nas z sowieckiej krainy bez 70-dolarowego "sztrafa".

Przewodnik Bezdrozy jest niekiedy g... wart. Knajpy o których pisza: albo nie istnieja,albo numeracja jest niewlasciwa, albo wcale nie sa (juz) tanie. Podobnie z "Internet klubami" - te z mapki musza być ukryte gdzies pod ziemia, albo dla niepoznaki figurowac pod falszywymi szyldami. Problem ze znalezieniem "okna na swiat" sprawil, ze tak pozno publikujemy relacje. Na szczescie pracownia kartograficzna była tam gdzie być powinna. Zakupilismy wraz z Jakubem Adamem Andriejewiczem Wolskim (ktory otrzymal taka wlasnie przepustke) mape Chamar Daban, skala 1:200000, cena:20rubli.

Autobus do Listwianki 101 rubli. Wyjazd o 14.30, zbiorka na dworcu miala być o 14 (nie znalismy wowczas jeszcze godziny odprawienia) Siostry Grobelne x 3 postanowily przedluzyc sobie spacerek po miescie i przybyly na dworzec minute przed odjazdem. Oj będą punkciki. O 16 dotarlismy nad Bajkal. Ogromny akwen robi wrazenie. Podobnie jak jego lodowata woda, ktora predko wybija nam z glowy kapiel. Rozbijamy sie w bardzo malowniczym miejscu - na nieco pochylej polance tuz nad brzegiem. Troche tu wieje, ale mimo to warto zostac w tym klimatycznym miejscu. Przed pojsciem spac jeszcze dwa istotne wydarzenia: skosztowanie miejscowego wedzonego omula - ryby, ktora wg naszego mylacego sie przewodnika wystepuje tylko w Bajkale,a drugie to oczywiście wspolne spiewy przy gitarze i piwku.

18.07 SOBOTA
Pobudka jak zwykle niezbyt wczesnie - kolo 11. Jedziemy do Sludianki i dalej w gory. Z Listwianki da sie dostac bezposrednio do Sludianki,ale trzeba przeprawic sie przez Angare, a pozniej wsiasc do pociagu (nie bylejakiego, a jadacego trasa Krugobajkalska). Sek w tym ze kursuje on raz w tygodniu...we wtorki. Może i "mamy czas na zmarnowanie", ale nie az trzy dni. Z braku innej opcji jedziemy z przesiadka w Irkucku.

Pan marszrutkarz jest skonczonym idiota. Nie chce nas wziac za 100rubli za czlowieka (zada 150). W koncu odjezdza z 3 osobami w 14-osobowym busie. Dodam, ze na trasie Listwianka - Irkuck nie ma gdzie dobrac sobie pasazerow. Kretyn do szescianu. Niestety - pozostali byli solidarni i w koncu by zdazyc na pojezd do Sludianki pojechalismy z jakims ultrachamem za 150rubli. Darl sie na nas, wyprzedzal na ciaglej pod gorke. Szczesliwi ci, którzy siedzieli tylem do kierunku jazdy.

Przesiadka w Irkucku. W czasie podrozy z dworca autobusowego na kolejowy zepsul sie tramwaj. No trudno - zdarza sie. 20 minut "pieszkom" to nic strasznego, chociaz czara "kurwowtysionc" sie przepelnia. Kawiarenka internetowa kolo dworca - nie dziala. Ta 200 metrow dalej zamknieta. Oddalony o 10 minut piechota "Internet Klub Haker" nie istnieje, lub standardowo ukryty jest pod ziemia/dziala w innej czasoprzestrzeni. Totalnie wkurzony postanawiam wyslac kartke, a wiec ide na poczte. Tam okazuje sie, ze znaczek na pocztowke do Europy pani poczciarka odnajduje po 15minutach. Kipie ze zlosci. Wracam na dworzec, tlum ludzi, elektriczka ktora rusza ze stacji Irkuck Sort. Spozniona 15minut. Czy czeka mnie jeszcze dzis cokolwiek pozytywnego?

Do Sludianki 135km, po nieco ponad 100 naszym oczom ukazuje sie brzeg Bajkalu (nie mylic z piwem "Bereg Bajkala"). No krasiwyj to on jest. W Sludiance jestesmy krotko przed 21. Jutro rano wyruszamy w gory Chamar Daban. Ostatni moment by zrobic zakupy spozywcze i wyruszyc piechota (przeciez nie damy po 50 rubli za marszrutke) ku schronisku przy Muzeum Mineraologicznym. Sludianka nie jest wielkim miastem (ok. 30tys. mieszkancow) ale punkt do którego zdazamy znajduje sie dokladnie na drugim koncu grodu. Gdy w koncu docieramy do miejsca przeznaczenia spotykamy pana, ktory na tej samej ulicy (Sludianaja) prowadzi turbaze "Edelweiss" (bardzo oryginalna nazwa w bylym ZSRR). Poczatkowo oferta brzmi 100 rubli za czlowieka,ale ostatecznie schodzimy do 100 rubli za namiot. Ponadto - pan dysponuje ruska bania, ktora udostepnia nam za 100rubli/osobe/godzine. Oj było blogo. Niemilosiernie goraco, ale warto było. Po godzinie w tak wysokiej temperaturze wyjscie na zewnatrz budynku było fantastycznym doznaniem. Tygodniowe kielbaski od Skiby zjedzone zaraz potem (czyli około 1.30 w nocy) smakowaly rownie wybornie. Chwile po 2giej udalismy sie do swych palatek. Pora spac, bo "skoro swit" ruszamy w gory!

19.07 NIEDZIELA
Nastawianie budzika okazalo sie być niepotrzebne. Krotko po szostej rano obudzilo nas pianie koguta. Wielokrotnie powtarzajace sie pianie. Nie wiem czy ktokolwiek zdolal jeszcze zmruzyc oko do tej osmej, kiedy leniwie zaczelismy wynurzac sie z naszych namiotow.

Potezne chmury na niebie nie wroza niczego dobrego. Oj zdecydowanie zbiera sie na burze. Czesc osob zaczyna glosno wyrazac swe obawy zwiazane z wyjsciem w gory. Rzeczywiscie - chwile po zwinieciu namiotow zaczyna kropic. Moment pozniej już leje. Na szczescie mamy gdzie sie schronic. Gramy w Dominion (gre od jednego ze sponsorow - firmy Bard). Niestety - szans na poprawe pogody nie widac. Nasz gospodarz potwierdza - zapowiadali dwa dni deszczu. Nasza azjatycka wyprawa z zalozenia wybitnie gorska nie jest, wiec zapada decyzja o wycofaniu.

Popoludnie spedzamy nad Bajkalem zajadajac sie omulem za 25rubli (potwierdzilo sie ze w Listwiance strasznie zdzieraja na turystach. Tam placilismy 50rubli), gramy w Dominion, wreszcie robimy pranie. Mamy na to wszystko sporo czasu, jako ze czeka nas noc na dworcu. Do Ulan Ude udajemy sie o 6 rano elektriczka. 320 kilometrow za 140rubli. Dobra cena.

20.07 PONIEDZIALEK
Podroz elektriczka była calkiem przyjemna. Lawki co prawda drewniane, ale na tyle dlugie ze bylo można sie polozyc i odrobic zaleglosci w spaniu. Krotko po 12stej docieramy do stolicy Buriacji Ulan Ude. Jest niemilosierny upal. Rozochoceni tanim przejazdem Sludianka - Ulan Ude szukamy elektriczki do Nauszek. Po 100 wizytach w roznych okienkach, niemilych odpowiedziach o wartosci informacyjnej=0 dowiadujemy sie ze takie zjawisko jak tani pojezd do Nauszek nie istnieje. Dojechac możemy obszczijem za 300rubli. Tylko co dalej? Przez granice Nauszki-Suche Bator przejezdzaja 4 pociagi...tygodniowo. Brzmi jak zart, zartem nie jest. Druga kwestia jest fakt iż na żaden z wyzej wspomnianych pociagow nie ma miejsc (bardzo drogich zreszta, bo w gre wchodzi tylko wagon kupe w pociagu Moskwa-Ulan Bator lub Moskwa-Pekin). A może granice przekroczymy samochodem w Kiachcie? Od 2002 roku jest ono otwarte również dla innostrancow.

Jedziemy z Lucyna na awtowakzal i pol godziny pozniej wracamy busem po reszte ekipy. Do Kiachty 250 rubli za osobe. Poczatkowo nic nie wskazuje ze pan kierowca to zidiocialy szaleniec nieswiadomy tego, iż przewozi ludzi, a nie worki z piaskiem. Zlapana przy predkosci 100km/h guma również nie przemawia mu do rozumu (chyba, ze go nie ma - wowczas wiadomo czemu nie przemawia). Cale szczescie, ze nasz woziciel-kretyn zdolal opanowac auto i nie wpadlismy do pobliskiego rowu. Jak powiedziala nam pozniej najstarsza z klanu Grobelnych, ktora podrozowala z przodu w pasach: "Gdy uslyszalam huk pekajacej opony pomyslalam sobie: "ojej, przeciez oni nie przezyja"". Jak sie okazalo - nie chodzilo o troske o nasze zdrowie., a o to co biedna Anna pocznie sama 7000kilometrow od domu.












A zatem nasz woziciel prowadzi jak szalony. Wszyscy pasazerowie (lacznie z tubylcami) bladzi jak niezadrukowana kartka. Na nic zdaja sie pokrzykiwania jednej z kobiet - żeby jechac wolniej, ze kierowca glupi, bo poza tym ze glupi to i gluchy najwyrazniej. Cala zaloga co chwile pyta ile jeszcze do Kiachty i modli sie by było jak najmniej. Ale niestety - sporo jeszcze dlugich zjazdow, z które pokonujemy "na luzie", sporo dlugich, pelnych wybojow prostych, na których pan postanawia sprawdzic "ile dala fabryka", wreszcie niemalo zakretow, ktore pokonujemy lewym pasem - przeciez tak latwiej. Wsrod naszych dominuje czarny humor i gdybanie kto ma jakie szanse na przezycie i co po smierci. Rozrywka iscie fantastyczna. Wreszcie jestesmy. Cali, zdrowi, a przede wszystkim szczesliwi, ze ta dramatyczna podroz już za nami. Z roznymi glabami jezdzilem - i w Polsce i na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, ale czegos takiego jeszcze nie doswiadczylem (sformulowanie "nie przezylem" byloby lekko nie na miejscu)

Kiachta to dziura zabita dechami. Kiedys była glownym miastem na szlaku herbacianym, ale wraz z budowa transsybiru stracila na znaczeniu. Po kilkunastominutowej rozmowie z miejscowymi zulami postanawiamy oddalic sie od centrum. Zbyt wiele osob wie już o naszym istnieniu. Za 180 rubli bierzemy busa do granicy (4km). Niestety - jest już 21, wiec granice przekroczymy jutro rano. Na razie pozostaje znalezc miejsce na palatki.

Kazimierz S. vel Kazik spiewal swego czasu, iż "los sie musi odmienic". Nie inaczej było i tym razem. Po calym dniu udreki na koniec czekala nas nagroda. Administrator (jak sam sie nazwal) pobliskiej gospody - Bimba (co za poznanskie imie) Dash powiedzial, ze możemy spac u niego pod daszkiem przed knajpa. Kilka razy pytalismy czy naprawde nie chce za to zadnych dziengow. Nie chcial. Nieprawdopodobne, bo wciaz byliśmy w Rosji - kraju, ktory zdzieral z nas kase kazdego dnia, od switu az do zmierzchu. Ale Bimba nie był Rosjaninem, to Buriata o rysach prawie ze mongolskich. Postanowilismy "pasmatric" co serwuje jego gosciniec. Rzeczywistosc przerosla nasze oczekiwania (oczekiwania mocno stlumione po odwiedzeniu wielu ruskich jadlodajni) Jedzenie było smaczne i tanie. Do dnia dzisiejszego kombinacja niemozliwa w tym kraju. Barszczu lepszego nie jadlem w zyciu. Rownie taniego (25 rubli) chyba tez nie. Piwko lalo sie i lalo (glownie Baltika 3 oraz Zigulewskoje), bo postanowilismy wypic za ten dzien pelen wrazen. Dzien, ktory na szczescie tak dobrze sie konczy.

Po uczcie przyszla pora na muzyke. Reakcja na nasze gitarowanie była blyskawiczna. Dzieki temu mielismy okazje posluchac prawdziwych buriackich piesni w wykonaniu rdzennych Buriatow. Oj było dobrze. Wszystkim goraco polecamy wizyte w karczmie na granicy rosyjsko-mongolskiej w Kiachcie. Swietny wybor jeśli przed wyjazdem chcesz zatrzec zle wrazenie, jakie wywarly na Tobie inne miejsca w tym najwiekszym z krajow.

No nic - pora spac. Wszak o 8.30 mamy sie stawic u dogadanego busiarza (do UB za 400 rubli/osobe).

Nadrabiamy zaleglosci. Pozdro z Ulan Bator

13.07 PONIEDZIALEK
Wielu z nas pobilo rekord w dlugosci snu. Wyniki w granicach 12-13h nie były niczym nadzwyczajnym. Po sniadaniu (ktore skonsumowalismy kolo poludnia) - "czas wolny". Monika,Kuba,Marian i ja godzinami gramy w karty.Pozostali pielegnuja swój ojczysty jezyk dzieki grze w Scrabble. Niezaleznie od rodzaju zajecia same wierchnie prycze daja sie we znaki. Ponadto by dluzej nie meczyc naszych wspolpasazerow swoja obecnoscia postanawiamy przeniesc sie do "rosyjskiego warsu". Najtanszy browar w menu kosztuje-o zgrozo-69rubli (7zl) No trudno - jeden na dwie osoby i jakos to będzie. Nic z tego - jak na przyjaznych Rosjan przystalo okazuje sie ze najtanszy dostepny kosztuje 100rubli.Na to sie nie godzimy i już po chwili zaczynamy godzinne saczenie 10 czajow. Czynnosc te przerywa dopiero ogromna rzeka Wolga,ktora ukazuje sie naszym oczom tuz przed Kazaniem.

Pociag ma pol godziny spoznienia,wiec 40minutowy postoj w miescie siatkarskiego klubu Rubin zamienia sie w ledwie kwadrans. Na szczescie wystarcza to by kupic pierozki z kapusta (10rubli/sztuka) oraz pyszna zapitke do wodki. Jak zwykle mamy problem z miejscowka,ktore mogloby pomiescic 10 osob odurzajacych sie alkoholem. Wybor pada na waskie przejscie miedzy wagonami,w którym panuje temperatura rodem z sauny. Obecnosc naszej parszywej dziesiatki wcale tej sytuacji nie poprawia. Cytrynowa Finlandia znika rownie blyskawicznie co wszelkie nasze troski. Nie rusza nas już to iż co chwile ktos przechodzi miedzy wagonami,co zmusza nas do zbicia sie w jeszcze bardziej zwarta "kupe". Po chwili slyszymy jak nasza prowadnica mowi innej "Eto moi" z wyrazna duma wskazujac na nas wlasnie. Nie ma to jak zdobyc uznanie w oczach najwazniejszej osoby na pokladzie. Szefowa wagonu nr 2 poznala sie na nas i wie,ze rowne z nas chlopy (i baby). Niestety,po jakims czasie prosi nas zebysmy jednak wrocili do czesci mieszkalnej (pasazerowie skarza sie na zatarasowane przejscie). Jako ze poziom kreatywnosci nam sie znacznie podwyzszyl,a poziom leku obnizyl przenosimy sie na gorne lozka w boxie Danuty i Wojtka. 7 osob na wierchnim - oby rosyjscy konstruktorzy przewidzieli takie ryzykowne scenariusze. W ruch ida dwie nalewki - pigwowka i malinowka. Siergiej siedzacy na niznej pryczy twierdzi, ze to woda. Czestuje swoja wodka,ktora wbrew jego zapewnieniom nie jest wcale mocniejsza,a za to ohydnie niesmaczna. Po jakims czasie jednak smak przestaje mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie. Siergiej kupuje u prowadnicy kolejna butelke. Jest już grubo po polnocy.Zdecydowana wiekszosc wagonu smacznie spi,a pani z boxu obok co chwile nas ucisza straszac "miliczija". Jednakze Siergiej nic sobie nie robi z jej uwag polewajac kolejne "ciut ciut". Trudno zliczyc ile tych "ciutow" już było. Filigranowa Danuta walczy do konca. Jej gach nie pozostaje w tyle,co skutkuje tym, iż oboje doprowadzaja sie stanu upojenia (a może i PRZEpojenia) alkoholowego. W okolicach 2.30 wreszcie pass.Postanawiamy isc do lozek. Oj to będzie ciezki poranek (mimo, ze zapewne wypadnie w okolicach poludnia...)

14.07 WTOREK
No i był ciezki,szczególnie dla tej czworki,ktora do samego konca zostala na polu bitwy. Wkrotce (bo o 11.30 czasu moskiewskiego) po pobudce czeka nas najdluzszy w calej podrozy przystanek - 68minut w Swierdlowsku (Jekatierinburgu) Mysle sobie - idealne okolicznosci by wziac prysznic na dworcu. Po intensywnym wieczorze potrzebuje odswiezenia,a ponadto czasu na tyle duzo,ze i ja powinienem sie wyrobic z myciem. Nic z tego - sjemdziesiatpiac rubli za prysznic to zdecydowanie niestudencka cena. Rezygnuje i zamiast czystosci wybieram wizyte w magazinie. Piwo o duzo mowiacej nazwie "Klinskoje" smakuje wybornie. Delektujac sie nim podziwiam budynek swierdlowskiego dworca - pelen przepychu jak na radziecki dworzec przystalo. Ktos bardzo trafnie przyrownal go do Lichenia.

Popoludnie już tradycyjnie spedzamy na grze w karty i lekturze przewodnika.Chwile po 17tej czasu moskiewskiego (czyli po 19tej aktualnego lokalnego) dojezdzamy do Tiumienia. Pojezd oczywiście spozniony,wiec zamiast pol godziny jedynie 10minut przerwy. Jak sie okazuje - dla niektórych zbyt malo by kupic piwko na wieczor. Ci bardziej przezorni (w tym oczywiscie ja) stosowne zakupy poczynili już w Jekatierinburgu. Na zakupy za krotko,na poznanie Polki z Warszawy wystarczajaco duzo.Jak sie okazuje - dwoje naszych rodakow podrozuje w sasiednim wagonie nieco z koniecznosci. Do naszego pociagu wsiedli niedawno,gdyz ich macierzysty odjechal im był na jednym z postojow. Wypadki (albo glupota) chodza po ludziach.

Impreza oczywiście w przejsciu miedzy wagonami. Gdy rozpoczynalismy około 21szej nikt chyba nie przypuszczal iż "wyspiewamy" prawie caly spiewnik i skonczymy po polnocy.Zmeczeni, ze zdartymi gardlami,ale w dobrych "humorach" wrocilismy na nasze luksusowe wierchnie prycze.

15.07 SRODA
Poranek (kolo 11tej czasu moskiewskiego czyli 14tej czasu lokalnego) to wizyta w Nowosybirsku-najwiekszym miescie Syberii (prawie 1.5mln mieszkancow) Niestety - to także miasto, w którym wysiadali nasi towarzysze z niznych lozek. Wielka szkoda,bo milszych wspolpasazerow ciezko sobie wyobrazic. Pani Ludmila zostawila nam nawet swój "elektroniczny adres" pod ktory oczywiście przyslemy kilka zdjec z naszej wyprawy.

Pol godziny w Nowosybirsku rzecz jasna wykorzystalismy w pozyteczny sposób. Odwiedzilismy najblizszy piwny magazin,a także wykonalismy kilka fotek najwiekszego dworca kolejowego na trasie transsybiru (swego czasu był to także najwiekszy wakzal w ZSRR.)

Popoludnie standardowo spedzamy na grze w gry wszelakie. Kuba jak zwykle ogrywa w karty siostry Grobelne i mnie, wiec dostaje od nas zakaz uczestnictwa w tego typu "rozrywkach". Jeszcze w trakcie gry dochodzi do nieprzyjemnego spiecia. Wspoltowarzysze Moniki i Ani nie zycza sobie zwisajacych nog,bo oni "budom kuszac". Jednakze po schowaniu nog nadal okazuje sie ze panstwo widza problem. Pan kaze nam wracac na swoje miejsca.Odpowiadam mu,ze na jego lozku nie siedze wiec nie ma prawa mi rozkazywac. Jeśli ktos może mnie wygonic to tylko prowadnik. Kobieta nie wytrzymuje i idzie po wagonowego szefa. Ten,mimo ze mlody i pod sporym naciskiem starego rosyjskiego grubasa nie lamie sie i trzyma nasza strone. Polska-Rosja 1:0.

Tuz po 17tej zatrzymujemy sie w Minusinsku,gdzie babuszki poza difoltowymi pierozkami,warienikami i innymi czeburiekami maja także raki. Wraz z Lucyna szukamy sprzedawczyni najbardziej sklonnej do cenowych negocjacji i już po chwili udaje nam sie nabyc raczka (=malego raka) za jedyne 10rubli. Lucyna jest wyraznie podekscytowana faktem,iż sprobuje dotad nieznanego. Jako, ze jest rowniez absolwentka medycyny to jej powierzam rozkrojenie naszego przysmaku. Ja wybieram swoja ulubiona role - nadzorujacego obserwatora. Po kilku minutach, dzieki mojemu bacznemu czuwaniu rak jest już podzielony na czesci. Miesa w nim nie za duzo. Smak? Podobny do paluszkow krabowych. No może nieco delikatniejszy, slony - idealny do browara.

A skoro o chmielu mowa, to wieczorem, by moc legalnie grac w karty, kupujemy w wagonie restauracyjnym piwko...za 81 rubli...masakra. Nawet w Poznaniu tyle nie place. No ale chociaz dobre jest (Newskoje). Po zamknieciu restaurana kontynuujemy alkoholizacje dzieki piwkom nabytym od naszego 18-letniego prowadnika. W zamian za zakup piwa pozwala nam naladowac u siebie telefony. Taka to transakcja wiazana. Po piwie oczywiście wodeczka. Debowa z Polski. Miala być dla polskiego konsula w Ulan Bator,ale od poczatku malo kto wierzyl ze dojedzie. Nawet Wicia (prowadnik) przylaczyl sie do konsumpcji (uwaznie wypatrujac czy nie nadciaga kierownik pojezda). Nie musze chyba dodawac, ze jak na prawdziwego czlowieka wschodu przystalo 40% polski napitek nazwal woda. Również jak na Bialorusina z krwi i kosci przystalo Wicia nie lubi USA,a wierzy w sojuz z Rosja. Sympatyczny jest ten chlopiec,ale dzieki takiej postawie i to ludzi w tak mlodym wieku Lukaszenko będzie rzadzil do konca swiata. I o jeden dzien dluzej.

O 23.30 czasu moskiewskiego zawitalismy do Krasnojarska. Wspolne zdjecie na peronie (tym razem bez zarzutu sekcja Grobelnych, zawiodla sekcja Skorzewski). Chwile po ruszeniu z dworca kilometrowy most na Jeniseju - poteznej syberyjskiej rzece. Pora spac. Przeciez tutaj już "4 nad ranem...może sen przyjdzie..."

16.07. CZWARTEK
Wlasnie Danuta mi przypomniala - w czasie podrozy raczymy sie pysznymi wyrobami miesnymi podarowanymi nam przez Zaklady Miesne Skiba z Dzoldzins. Za sponsoring serdecznie dziekujemy.

Dzis wysiadamy. 4-dniowa podroz transsybirem dobiega konca. Jestesmy już 5 stref czasowych od Moskwy i 7 od Polszy. Jakies 6000 kilometrow od polskiej granicy. Po sniadanku gramy w karty (co za niespodzianka) My czyli siostry Grobelne,Marian i ja. Kube spotkal ostracyzm (od redakcji: takie spoleczne wykluczenie) za ciagle wygrywanie. Niestety - niektorzy nie potrafia uczyc sie na bledach. Popoludniu Magda i Monika zapraszaja Kube do gry i oczywiście dostaja od niego srogie karciane lanie.

I wreszcie jest! 17.37 czasu moskiewskiego. 97,5h w podrozy. Trasa Minsk- Irkuck przebyta! Wysiadamy w Irkucku i noc postanawiamy spedzic na dworcu. To najtansza i najpewniejsza opcja, zwlasza, ze tutaj jest już prawie godzina 23. Poza tym w poczekalni regularnie pojawiaja sie panowie milicjanci, którzy legitymuja wszystkich i sprawdzaja czy maja wazny bilet (co bardziej niepokornych bija palka po glowie). My waznego biletu już nie mamy,a le od nas (turystow z bogatego zachodu) panowie nic nie chca. Mowia jedynie bysmy "see your luggage". No to ogladamy.

Dzielimy sie na dwie ekipy - jedna zostaje na dworcu, druga udaje sie na male zwiedzanie stolicy wschodniej Syberii. Sporo szersza od Wisly rzeka Angara nie robi już na nas wrazenia. W ciagu 4 dni przywyklismy, ze w Rosiji wsio balszoje. Docieramy do portu rzecznego i tam postanawiamy,ze powiemy Danutom i Marianom, iż rejs do Zatoki Piaszczystej kosztuje 1500rubli w jedna strone i mimo tego my chcemy sie tam wybrac, bo pewnie nigdy wiecej w te okolice nie wrocimy. Oj biedna Danuta z Wojtkiem, oj biedna Michalina z Marcinem. Sporo sie naglowili skad tu wziac pieniadze, jak nas przekonac bysmy zmienili plany, a może zrobic dwie ekipy? Radosci nie było konca gdy dowiedzieli sie iż tylko zartowalismy. Jestesmy wlasnie na etapie przekonywania ich,iż dzieki nam zaoszczedzili po 3000rubli na glowe,wiec chociaz po piwku powinni postawic...

...a skoro o piwku. W nocy zamiast spac na niewygodnych dworcowych siedzeniach postanowilismy delektowac sie chmielowym napojem. Wyprobowalismy: "Jarpiwo" -może być, "Kuler"- dobre, "Baltika 7"- bardzo dobre.

Z ciekawostek dodam jeszcze iż: dworzec w Irkucku - przepiekny. Wszelkie Lwowy i inne takie mogą sie schowac. A po drugie - mnostwo tu samochodow z kierownica po prawej stronie. A ruch nadal prawostronny. No to dobrej nocy (choc ja oka nie zmruze)

niedziela, 12 lipca 2009

SOBOTA 11.07

Rowniez i w tym roku Kuba zjawil sie na dworcu bez paszportu. Na szczescie tym razem to my bylismy w posiadaniu tegoz dokumentu, a zatem moglismy ruszac w droge. Od samego poczatku kazdy uczestnik wyjazdu mogl liczyc na olbrzymia "zyczliwosc" ze strony swoich wspoltowarzyszy. Szczegolnymi wzgledami cieszyli sie nasi nowicjusze - Kancel i Marianek, ktorzy juz na starcie zarobili sporo punktow w corocznym plebiscycie na "glupka wyjazdu". Przyczynilo sie do tego glownie spektakularne pozostawienie aparatu na polce w przedziale gdy wysiadalismy w Warszawie. W samej stolicy zjedlismy obfity i tani obiad w jednej z azjatyckich knajp, a takze spotkalismy sie z Ania, Marta, Kamila oraz Przemkiem - znajomymi z Poznania, ktorzy akurat rezydowali w miescie "hajlajfu" i slawy. Pociag Warszawa - Terespol bez rewelacji.

Po 3h, punkt 20.30 znalezlismy sie w przygnebiajacym i odrazajacym Terespolu. W takim miejscu czlowieka ogarnia jedno pragnienie - jak najszybciej stad wyjechac. Niektorzy z nas (czytaj Lucyna) byli ciagle zleknieni ewntualna koniecznoscia posiadania bialoruskiego ubezpieczenia (ktorego rzecz jasna nie posiadalismy) Szczesliwym trafem okazalo sie ze zaden tego typu swistek wymagany nie jest. Pan celnik wbil pieczatke na wizie bialoruskiej, a nastepnie i na rosyjskiej. Zdziwilo mnie to, wiec krzyknalem "ale to jest wiza rosyjska!!" Na co pan celnik z usmiechem: "Ja znaju, my sojuz";) Z kolei pan celnik, ktory sprawdzal bagaze spytal mnie czy wioze narkotyki. Po mojej przeczacej odpowiedzi spytal zdziwiony "ale pa czemu niet?':) Kubie za to udalo sie przemycic katapulte, z ktora ma zamiar wracac samolotem. A wszystko dzieki jednemu zdaniu, ktorym oczarowal pania celnik, a ktorego nauczyl sie z rozmowek. " Niech Pani zgadnie ile mam lat" - tak zagail rozmowe nasz niezawodny Katorznik.

Noc na dworcu w Brzesciu uplynela pod znakiem Baltiki 3 oraz 7, a takze gry w kalambury. O 4 nad ranem, pociagiem Brzesc - Moskwa odjechalismy w strone bialoruskiej stolicy. Od wczesnych godzin rannych trwa zwiedzanie miasta. Punkt 16ta wyruszamy w 100-godzinna podroz nad Bajkal.

Do uslyszenia:)

czwartek, 9 lipca 2009

3-2-1-0 START!

Dziś rusza nasz wyprawowy blog. W ciągu najbliższych 2 miesięcy zapraszamy do śledzenia losów naszej podróżniczej 12-stki.