21.07 WTOREK
Granica rosyjsko - mongolska bez wiekszych problemow. Jedynie blizniaczki sa proszone o ustawienie sie obok siebie, a potem porownywane - zarówno ze swoja druga polowina jak i ze swoim paszportowym zdjeciem sprzed 10lat. Panie celniczki sa wyraznie rozbawione. My po wczorajszym wieczorze rowniez w nienajgorszych nastrojach, ktore nie mogly ulec pogorszeniu skoro już o 10 rano znalezlismy sie w Mongolii. Kurs dolara na granicy tez niezly. Za jednego amerykanskiego dzienga dostac można az 1450 mongolskich. Jest zbyt idealnie, bo wraca mi wiara w ludzi i w to ze sa oni z natury dobrzy. Cos sie musi spieprzyc. To tylko kwestia czasu.
Mój niezawodny instynkt malkontenta niezawodnym pozostal. Jak mawia nasz ex-premier Kaczka - "cudow nie ma - wszystko sciema". A zatem nasz kierowca glupi mongol-oszust "podumal" i za 400rubli do Ulan Bator jechac już nie chce. No co za gnojek. Wczoraj jeszcze było OK, ale widocznie w nocy przysnila mu sie gora zlota i postanowil zrobic wszystko by sen sie ziscil. Lucyna walczyla z nim 1.5h, do upadlego. Umowilismy sie w koncu na 170 dolarow za wszystkich. Taniej sie nie dalo. U konkurencji również nie.
Po 5h jazdy dotarlismy do mongolskiej stolicy. Pierwsze wrazenie - bardzo przygnebiajace. Mozliwe ze przez wielka ulewe i grad wielkosci pileczek pingpongowych. Ulice doslownie plynely, a woda wlewala sie autom na maske. Na szczescie woziciel podwiozl nas prawie pod sam hostel. Gana Guesthouse za 6tys. tugrikow (4 dolary) Nocleg w 12osobowym pokoju, cieply prysznic, darmowy internet - czegoz chciec wiecej?
Ano można by cos zjesc. Wymieniamy kase w kantorze, w którym pani mowi "Dzien dobry" oraz "dziekuje", a nastepnie udajemy sie do prawdziwego mongolskiego guandzu (najtansza jadlodajnia - taki mongolski "bar mleczny"). Menu - kompletny odjazd. Żadna nazwa nie jest podobna do czegokolwiek, co znamy. Czuje to samo, co w lutym, gdy wraz z kolega mym Pawlem odwiedzilismy jadlodajnie w Budapeszcie. Oczywiście okazuje sie iż niezaleznie od tego czy zamowisz "holimog hyyrga" czy "szarsan" czy jeszcze cos innego - dostajesz barana. Baran z warzywami, baran z ryzem, baran w zupie albo parowka z barana. Masakra. Tak czy inaczej - zapisujemy co było dobre by na przyszlosc nie mieć problemow z zamowieniem czegos co da sie przelknac.
Wieczorny spacer w okolicach placu Suche Batora konczy sie odwiedzinami w kafejce internetowej - pierwsze od 10 dni okno na swiat. A jutro rano wizyta w Ambasadzie Chinskiej. Zobaczymy jak bardzo Chinczykom zalezy na naszej u nich obecnosci.
22.07 SRODA
Ambasada "Panstwa Srodka" pracuje od 9.30, jednak już godzine wczesniej zjawiaja sie tam nasi wyslannicy - Halina z Marianem. My przychodzimy na gotowe. Wchodze z Marianem do srodka zaraz po Czechu, ktory stoi w kolejce pierwszy. Po chwili do naszych uszu dociera fantastyczna fraza. Pan Chinczyk na pytanie "What is the cost for polish citizens?" odpowiada "It's for free". Oplacalo sie olac Ambasade Chinska w Warszawce i zaoszczedzic 220zl...Uczestnicy wyprawy antropologicznej "Depczac po sladach Marka Pola" pewnie pekaja z zazdrosci...:)
W takim razie pora wypelnic pozostale formalnosci wizowe - kupic falszywa rezerwacje na samolot w biurze AirMarket (koszt 1$ za osobe) oraz zarezerwowac hostel w Pekinie (10% kosztu noclegu). Wsio w pariadkie (poza tym ze Wojtka w Kitaju najwyrazniej nie chca, bo nijak nie może zrobic rezerwacji)
Dzisiejszy obiad w Guandzu już duzo bardziej swiadomy - każdy zamowil to co mu smakuje (czytaj:barana w odpowiadajacej mu formie)
Popoludnie to szukanie biura Chinzoriga Chuluunbataara - znajomego Ani Grebieniow od którego chcemy wynajac busa. Po godzinie bezowocnych poszukiwan wracamy do hostelu i korzystamy z telefonu. Chinzo jest w terenie, ale przysle do nas swojego przedstawiciela o imieniu "hyylyymbyuuaahnuuuhrhhrrgg" Kolo przyjezdza Land Cruiserem i zabiera nas na ogladanie fur którymi dysponuja. Nasza uwage od razu przykuwa stary ruski Gaz, ktory w zeszlym roku uczestniczyl w wyprawie Gobi 2008. Gdy otwieramy "pake" na rowne nogi zrywa sie spiacy wewnatrz starszy Mongol. Jak sie okazuje - to oslawiony Bajra, ktory "odpoczywa" po 3 dniach picia wodki. Od razu potwierdza sie to ze to strasznie sympatyczny koles. Bardzo chcemy wybrac sie z nim (jego szalonym autem, nawet mimo tego iż pali 40 litrow na stowke) na objazdowke po kraju. Niestety to niemozliwe - 8 dni to za malo by zrobic 2000 km. Na poczatku sierpnia oryginalna ruska ciezarowke na 3 tygodnie pozyczaja jacys Makaroniarze. Dlugo analizujemy rozne scenariusze i w koncu umawiamy sie ze najpierw zrobimy Gobi (ku wielkiej rozpaczy Slomiaka, ktory znow ma problem) najwiekszym z pojazdow. Konkrety mam dogadac jutro rano.
A wieczorem odwiedzilismy rosyjska knajpke "Matrioszka", w ktorej co niektorzy mieli tak "obfite" porcje, ze nawet nie zauwazyli kiedy je skonsumowali. Monika z kolei miala pierogi "nie z baranina tylko z mielonym";) Po "sutej" kolacji pora na kropelke czegos mocniejszego - by spalo sie lepiej. Wszystkim. Wraz z Marcinem i Wojciechem delektuje sie wodka "Chan Kubilaj" - 5000 tugrikow za polowke. Pozostali kosztuja wina. Niezaleznie od rodzaju spozywanych napitkow - porobili sie wszyscy. Liderem zas był Adam Andriejewicz, którego przerosla standardowa pijacka "jaskoleczka". No to pora spac. Rano wizyta u Ambasadora, ktory jest kolega ze studiow Mamy Mariana.
23.07 CZWARTEK
Chwile po 10tej zjawiamy sie w istniejacej jeszcze przez tydzien Ambasadzie Polskiej w Ulan Bator. Wszedzie mnostwo kartonow, sciany puste - wyraznie czuc wyprowadzke. Pan Zbigniew Kulak to były senator (trzech kadencji), doktor nauk medycznych, lekarz chirurg. Od ponad 3 lat pelni funkcje Ambasadora Polski w Mongolii. W czasie ponad godzinnej rozmowy opowiada nam o realiach zycia w tym azjatyckim kraju, o jego wielkim potencjale gospodarczym (glownie dzieki zlozom naturalnym), o produkcji kaszmiru czy wreszcie o tym jak skonczyc medycyne i wyjechac na placowke dyplomatyczna do Mongolii. Wszyscy patrzymy na niego z podziwem, wiekszosc nigdy nie miala "na wyciagniecie reki" osoby na tak wysokim stanowisku.
W Ambasadzie poznajemy także Undracha - Mongola, ktory 7 lat studiowal w Krakowie, a obecnie w Ulan Bator jest przedstawicielem jednej z polskich firm. Z jego pomoca udaje nam sie zalatwic dwa Mitsubishi Delica za 40 dolarow dziennie za jedno auto. Dobra cena. Nieco nam zal, ze nie przejedziemy sie z Bajra jego ruskim czolgiem, ale wzgledy finansowe jak zwykle wziely gore.
Po godzinnych negocjacjach z kierowcami, w których Undrach był oczywiście naszym tlumaczem, ustalamy trase i dogadujemy koszty. Nasz mongolski tlumacz bardzo dobrze wlada jezykiem polskim, mimo ze już od 4 lat nie mieszka w Polsce. Widac, ze w ciagu studiow nie proznowal i przyswoil sobie calkiem sporo naszych sformulowan. Na przyklad przy ustalaniu formy platnosci za paliwo proponuje nam: "placicie z gory za 16litrow na 100km i chuj!" Nie moglismy nie skorzystac z takiej rady. Placimy za tyle litrow, a jeśli spali wiecej to nas nie interesuje.
Skoro jutro wyjezdzamy to pora na zakupy. Supermarket pelen jest polskich produktow, ale strasznie drogo! Ogorki Urbanka za 6zl! My oczywiście wybieramy towary z "nizszej polki".
Po zakupach pora na odwiedzenie klasztoru Gandan, ktory jest centrum mongolskiego lamaizmu. Bilet wstepu do tego kompleksu swiatyn kosztuje 3500 tugrikow. Fotografowanie wewnatrz obiektow to dodatkowe 5 dolarow. Wszedzie pelno mlynkow modlitewnych. Wrazenie robi chyba z 20-metrowy pozlacany(a może i zloty) posag buddy w glownej swiatyni.
Obiadokolacja jak zawsze w guandzu. Baran jeszcze do przelkniecia. Po konsumpcji odwiedzamy poczte celem nabycia pocztowek. Mamy do wyboru: kartke z koniem, kartke z jakiem, kartke z koza albo kartke z jurta. Bierzemy wszystko.
Po zmroku siadamy sobie na placu Suche Batora i saczymy mongolskie piwko...napisze ze jedno by nie bulwersowac rodzicow 25-letnich dzieci.
24.07 PIĄTEK
Wstajemy skoro swit by ponownie odwiedzic Chinska Ambasade. Jestesmy 40 minut przed otwarciem. W kolejce przed nami kilkanascie osob. Na szczescie wnioski zlozylismy bez wiekszych problemow. No i po raz kolejny pan urzedas poinformowal ze “no visa fee”.
W poludnie ruszamy na 10dniowa objazdowke (polnocno-zachodnia Mongolia). Mozliwe, ze do uslyszenia dopiero za 10 dni.
Granica rosyjsko - mongolska bez wiekszych problemow. Jedynie blizniaczki sa proszone o ustawienie sie obok siebie, a potem porownywane - zarówno ze swoja druga polowina jak i ze swoim paszportowym zdjeciem sprzed 10lat. Panie celniczki sa wyraznie rozbawione. My po wczorajszym wieczorze rowniez w nienajgorszych nastrojach, ktore nie mogly ulec pogorszeniu skoro już o 10 rano znalezlismy sie w Mongolii. Kurs dolara na granicy tez niezly. Za jednego amerykanskiego dzienga dostac można az 1450 mongolskich. Jest zbyt idealnie, bo wraca mi wiara w ludzi i w to ze sa oni z natury dobrzy. Cos sie musi spieprzyc. To tylko kwestia czasu.
Mój niezawodny instynkt malkontenta niezawodnym pozostal. Jak mawia nasz ex-premier Kaczka - "cudow nie ma - wszystko sciema". A zatem nasz kierowca glupi mongol-oszust "podumal" i za 400rubli do Ulan Bator jechac już nie chce. No co za gnojek. Wczoraj jeszcze było OK, ale widocznie w nocy przysnila mu sie gora zlota i postanowil zrobic wszystko by sen sie ziscil. Lucyna walczyla z nim 1.5h, do upadlego. Umowilismy sie w koncu na 170 dolarow za wszystkich. Taniej sie nie dalo. U konkurencji również nie.
Po 5h jazdy dotarlismy do mongolskiej stolicy. Pierwsze wrazenie - bardzo przygnebiajace. Mozliwe ze przez wielka ulewe i grad wielkosci pileczek pingpongowych. Ulice doslownie plynely, a woda wlewala sie autom na maske. Na szczescie woziciel podwiozl nas prawie pod sam hostel. Gana Guesthouse za 6tys. tugrikow (4 dolary) Nocleg w 12osobowym pokoju, cieply prysznic, darmowy internet - czegoz chciec wiecej?
Ano można by cos zjesc. Wymieniamy kase w kantorze, w którym pani mowi "Dzien dobry" oraz "dziekuje", a nastepnie udajemy sie do prawdziwego mongolskiego guandzu (najtansza jadlodajnia - taki mongolski "bar mleczny"). Menu - kompletny odjazd. Żadna nazwa nie jest podobna do czegokolwiek, co znamy. Czuje to samo, co w lutym, gdy wraz z kolega mym Pawlem odwiedzilismy jadlodajnie w Budapeszcie. Oczywiście okazuje sie iż niezaleznie od tego czy zamowisz "holimog hyyrga" czy "szarsan" czy jeszcze cos innego - dostajesz barana. Baran z warzywami, baran z ryzem, baran w zupie albo parowka z barana. Masakra. Tak czy inaczej - zapisujemy co było dobre by na przyszlosc nie mieć problemow z zamowieniem czegos co da sie przelknac.
Wieczorny spacer w okolicach placu Suche Batora konczy sie odwiedzinami w kafejce internetowej - pierwsze od 10 dni okno na swiat. A jutro rano wizyta w Ambasadzie Chinskiej. Zobaczymy jak bardzo Chinczykom zalezy na naszej u nich obecnosci.
22.07 SRODA
Ambasada "Panstwa Srodka" pracuje od 9.30, jednak już godzine wczesniej zjawiaja sie tam nasi wyslannicy - Halina z Marianem. My przychodzimy na gotowe. Wchodze z Marianem do srodka zaraz po Czechu, ktory stoi w kolejce pierwszy. Po chwili do naszych uszu dociera fantastyczna fraza. Pan Chinczyk na pytanie "What is the cost for polish citizens?" odpowiada "It's for free". Oplacalo sie olac Ambasade Chinska w Warszawce i zaoszczedzic 220zl...Uczestnicy wyprawy antropologicznej "Depczac po sladach Marka Pola" pewnie pekaja z zazdrosci...:)
W takim razie pora wypelnic pozostale formalnosci wizowe - kupic falszywa rezerwacje na samolot w biurze AirMarket (koszt 1$ za osobe) oraz zarezerwowac hostel w Pekinie (10% kosztu noclegu). Wsio w pariadkie (poza tym ze Wojtka w Kitaju najwyrazniej nie chca, bo nijak nie może zrobic rezerwacji)
Dzisiejszy obiad w Guandzu już duzo bardziej swiadomy - każdy zamowil to co mu smakuje (czytaj:barana w odpowiadajacej mu formie)
Popoludnie to szukanie biura Chinzoriga Chuluunbataara - znajomego Ani Grebieniow od którego chcemy wynajac busa. Po godzinie bezowocnych poszukiwan wracamy do hostelu i korzystamy z telefonu. Chinzo jest w terenie, ale przysle do nas swojego przedstawiciela o imieniu "hyylyymbyuuaahnuuuhrhhrrgg" Kolo przyjezdza Land Cruiserem i zabiera nas na ogladanie fur którymi dysponuja. Nasza uwage od razu przykuwa stary ruski Gaz, ktory w zeszlym roku uczestniczyl w wyprawie Gobi 2008. Gdy otwieramy "pake" na rowne nogi zrywa sie spiacy wewnatrz starszy Mongol. Jak sie okazuje - to oslawiony Bajra, ktory "odpoczywa" po 3 dniach picia wodki. Od razu potwierdza sie to ze to strasznie sympatyczny koles. Bardzo chcemy wybrac sie z nim (jego szalonym autem, nawet mimo tego iż pali 40 litrow na stowke) na objazdowke po kraju. Niestety to niemozliwe - 8 dni to za malo by zrobic 2000 km. Na poczatku sierpnia oryginalna ruska ciezarowke na 3 tygodnie pozyczaja jacys Makaroniarze. Dlugo analizujemy rozne scenariusze i w koncu umawiamy sie ze najpierw zrobimy Gobi (ku wielkiej rozpaczy Slomiaka, ktory znow ma problem) najwiekszym z pojazdow. Konkrety mam dogadac jutro rano.
A wieczorem odwiedzilismy rosyjska knajpke "Matrioszka", w ktorej co niektorzy mieli tak "obfite" porcje, ze nawet nie zauwazyli kiedy je skonsumowali. Monika z kolei miala pierogi "nie z baranina tylko z mielonym";) Po "sutej" kolacji pora na kropelke czegos mocniejszego - by spalo sie lepiej. Wszystkim. Wraz z Marcinem i Wojciechem delektuje sie wodka "Chan Kubilaj" - 5000 tugrikow za polowke. Pozostali kosztuja wina. Niezaleznie od rodzaju spozywanych napitkow - porobili sie wszyscy. Liderem zas był Adam Andriejewicz, którego przerosla standardowa pijacka "jaskoleczka". No to pora spac. Rano wizyta u Ambasadora, ktory jest kolega ze studiow Mamy Mariana.
23.07 CZWARTEK
Chwile po 10tej zjawiamy sie w istniejacej jeszcze przez tydzien Ambasadzie Polskiej w Ulan Bator. Wszedzie mnostwo kartonow, sciany puste - wyraznie czuc wyprowadzke. Pan Zbigniew Kulak to były senator (trzech kadencji), doktor nauk medycznych, lekarz chirurg. Od ponad 3 lat pelni funkcje Ambasadora Polski w Mongolii. W czasie ponad godzinnej rozmowy opowiada nam o realiach zycia w tym azjatyckim kraju, o jego wielkim potencjale gospodarczym (glownie dzieki zlozom naturalnym), o produkcji kaszmiru czy wreszcie o tym jak skonczyc medycyne i wyjechac na placowke dyplomatyczna do Mongolii. Wszyscy patrzymy na niego z podziwem, wiekszosc nigdy nie miala "na wyciagniecie reki" osoby na tak wysokim stanowisku.
W Ambasadzie poznajemy także Undracha - Mongola, ktory 7 lat studiowal w Krakowie, a obecnie w Ulan Bator jest przedstawicielem jednej z polskich firm. Z jego pomoca udaje nam sie zalatwic dwa Mitsubishi Delica za 40 dolarow dziennie za jedno auto. Dobra cena. Nieco nam zal, ze nie przejedziemy sie z Bajra jego ruskim czolgiem, ale wzgledy finansowe jak zwykle wziely gore.
Po godzinnych negocjacjach z kierowcami, w których Undrach był oczywiście naszym tlumaczem, ustalamy trase i dogadujemy koszty. Nasz mongolski tlumacz bardzo dobrze wlada jezykiem polskim, mimo ze już od 4 lat nie mieszka w Polsce. Widac, ze w ciagu studiow nie proznowal i przyswoil sobie calkiem sporo naszych sformulowan. Na przyklad przy ustalaniu formy platnosci za paliwo proponuje nam: "placicie z gory za 16litrow na 100km i chuj!" Nie moglismy nie skorzystac z takiej rady. Placimy za tyle litrow, a jeśli spali wiecej to nas nie interesuje.
Skoro jutro wyjezdzamy to pora na zakupy. Supermarket pelen jest polskich produktow, ale strasznie drogo! Ogorki Urbanka za 6zl! My oczywiście wybieramy towary z "nizszej polki".
Po zakupach pora na odwiedzenie klasztoru Gandan, ktory jest centrum mongolskiego lamaizmu. Bilet wstepu do tego kompleksu swiatyn kosztuje 3500 tugrikow. Fotografowanie wewnatrz obiektow to dodatkowe 5 dolarow. Wszedzie pelno mlynkow modlitewnych. Wrazenie robi chyba z 20-metrowy pozlacany(a może i zloty) posag buddy w glownej swiatyni.
Obiadokolacja jak zawsze w guandzu. Baran jeszcze do przelkniecia. Po konsumpcji odwiedzamy poczte celem nabycia pocztowek. Mamy do wyboru: kartke z koniem, kartke z jakiem, kartke z koza albo kartke z jurta. Bierzemy wszystko.
Po zmroku siadamy sobie na placu Suche Batora i saczymy mongolskie piwko...napisze ze jedno by nie bulwersowac rodzicow 25-letnich dzieci.
24.07 PIĄTEK
Wstajemy skoro swit by ponownie odwiedzic Chinska Ambasade. Jestesmy 40 minut przed otwarciem. W kolejce przed nami kilkanascie osob. Na szczescie wnioski zlozylismy bez wiekszych problemow. No i po raz kolejny pan urzedas poinformowal ze “no visa fee”.
W poludnie ruszamy na 10dniowa objazdowke (polnocno-zachodnia Mongolia). Mozliwe, ze do uslyszenia dopiero za 10 dni.