niedziela, 20 września 2009
14 WRZEŚNIA - PONIEDZIAŁEK
No i dotarliśmy. No i skończyła się nasza piękna dwumiesięczna przygoda. Za pięć szósta wysiadamy w Wielkopolskim stołecznym grodzie, żegnamy się i rozjeżdżamy na cztery strony miasta. Ambiwalentne nastroje dominują.
13 WRZEŚNIA - NIEDZIELA
Chwilę po siódmej dostrzegamy za oknem lwowskie przedmieścia. Pora szykować się do opuszczenia pojezdu. 7.41 – lwowski dworzec wita nas swoimi eleganckimi marmurowymi wnętrzami. Plecaki zostawiamy w „kamerze chranjenja” (za kwotę jeszcze śmieszniejszą niż w Kijowie.) i ruszamy do miasta. Jest ósma rano. Jeśli chcemy zdążyć na pociąg z Przemyśla (czas odprawienia: 17.30) to koło 13-tej musimy opuścić Lwów. Ruszamy w kierunku centrum. Podziwiamy zabytkową zabudowę byłej galicyjskiej stolicy. Odwiedzamy Katedrę Łacińską znajdującą się w jednym z rogów lwowskiego rynku. Następnie prędko jedziemy na Cmetarz Łyczakowski. Odwiedzamy groby znanych Polaków – m.in. Marii Konopnickiej czy Gabrieli Zapolskiej, a także pobliski Cmentarz Orląt Lwowskich, na którym spoczywają młodzi obrońcy polskiego Lwowa. Wracamy w okolice rynku. Marian z Haliną udają się do Katedry na mszę, a pozostali szukają wymarzonego posiłku – barszczu ukraińskiego i pielmieni. Liczymy na to, że Lwów powita nas przyjaźniejszymi cenami, aniżeli miasto stołeczne. I rzeczywiście – oddalamy się nieco od rynku i znajdujemy sympatyczny bar, w którym barszcz kosztuje 8 hrywien, a porcja pielmieni 9. Żyć nie umierać. Zajadamy się ukraińskimi specjałami, które w dodatku kosztują tak niewiele. Po uczcie krótki spacer po rynku. Dalej w ulicę Krakowską i na deser, którym w dniu dzisiejszym są pyszne, świeżo smażone czeburieki. Najlepsze jakie jadłem w ciągu całego wyjazdu.
Wsiadamy w tramwaj linii numer 6 i jedziemy na dworzec. Wszak na zegarze już 12.45. Oby pozostali się nie spóźnili na zbiórkę, bo busik do Szegini odjeżdża dziesięć po pierwszej. Całe szczęście - nie spóźnili się. Błyskawicznie pakujemy cały tył i ruszamy w kierunku polskiej granicy. Do przejścia dojeżdżamy około 15-tej. Wydajemy ostatnie hrywny (zgadnijcie na co) i maszerujemy do granicznych budek. Mimo wprowadzenia ostrych „papierosowych” limitów (dozwolone dwie paczki, a nie jak do niedawna sztanga) na granicy kolejka. Obcujemy z językiem polskim, choć nie jest to wymarzone spotkanie z naszą ojczystą mową, bo przed nami stoją kolesie w stylu: „k…, jebłem, pizgłem”. A to Polska właśnie. No trudno. Ojczyzny się nie wybiera:)
Chwilę po 15-tej polskiego czasu wsiadamy do autobusu do Przemyśla (difoltowe 2zł za kurs). Kilkanaście minut później jesteśmy już na przemyskim dworcu. Kupujemy bilety. Co niektórzy odwiedzają też osławioną toaletę, w której wybierają niepełny pakiet - bez mycia rąk. Do odjazdu jeszcze prawie 2 h, więc idziemy pospacerować po przemyskim deptaku. Zaglądamy do dobrze znanej pizzerii (typowe polskie jadło), w której jednak zostajemy na dłużej . Po posiłku szybkie zakupy – polska prasa, prowiant na drogę i wskakujemy do pociągu. To 10-ta noc z rzędu spędzona w pojeździe na szynach. Pierwsza w Polsce i pierwsza tak niekomfortowa. No nic – cudów po PKP nikt nie oczekiwał. Mijamy Rzeszów i Tarnów. Około 22-giej docieramy do stolicy Małopolski. A później? Później wszyscy zasnęli. W koszmarnie niewygodnych pozycjach, ale zmęczenie wzięło górę. Przyjazd do Poznania przewidziany na 5.55.
12 WRZEŚNIA - SOBOTA
Zabawnym doświadczeniem była nocna kontrola na granicy rosyjsko – ukraińskiej. Odprawa graniczna kojarzy się raczej z poważną procedurą, w czasie której trzeba należycie się zachowywać. Tym razem było zupełnie inaczej – przynajmniej z naszej strony. Celnicy ubrani jak zwykle i poważni jak zawsze. My – zaspani i pod kołdrami. Mało tu szacunku dla władzy;) Tak czy inaczej – o 4 rano wjeżdżamy na Ukrainę. Nie ma wśród nas osoby, która nie radowałaby się z opuszczenia „wrogiej” rosyjskiej krainy. Nie żebyśmy byli rusofobami…
Na kijowskim dworcu wysiadamy chwilę po 11-stej. Nowoczesny budynek rzuca na kolana. W tej kwestii, w pojedynku Ukraina – Polska 1:0, choć kijowski wakzał przewyższa Centralny w Warszawie o kilka klas, więc może 5:0 albo Knockout? Wymieniamy/ wypłacamy kasę i kupujemy bilety do Lwowa (94 hrywny za plackarte. Były pociągi i za 70, ale przy dzisiejszym kursie ichniej waluty to różnica 6zł). A zatem do 22.00 czas wolny w Kijowie. Rozpoczynamy od pozostawienia bagażu w przechowalni – cena dużo bardziej przyjazna niż w Rosji. Następnie wizyta w pobliskim supermarkecie. Ceny – rozkoszne, szczególnie przy obecnym przeliczniku. I już lubimy Ukrainę, bo czujemy, iż tu powetujemy sobie zdzierstwo, którego doświadczyliśmy w Moskwie.
Spacerujemy w kierunku centrum. Mijamy Kijowski Uniwersytet, pod którym tłoczą się makabrycznie przebrani ludzie – wymazani czerwoną mazią, która ma imitować krew. Obleśne głupki. Dochodzimy do głównej kijowskiej arterii – Chreszczatyku, przy którym znajduje się słynny Plac Niepodległości (Maidan Niezależnosti). Chwilę później z oddali podziwiamy jeszcze Cerkiew św. Michała i już ruszamy na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Niestety – w centrum Kijowa można zapomnieć o tanim barszczu. Nawet mimo korzystnego kursu ukraińskiej waluty, niczego poniżej 10zł znaleźć nie możemy. No trudno – wracamy do naszego marketu i żywimy się w tamtejszym barze. Tanio, dobrze i do syta. Przed odjazdem pora jeszcze na wyborne ukraińskie piwo. Czarnobylskie, Sławutycz, Bile, Obolon – znawcom tematu nie muszę przedstawiać tych marek.
Punkt 22–ga odjeżdżamy do Lwowa. Czujemy wyraźnie, iż nasza wielka wyprawa dobiega końca. Do polskiej granicy już naprawdę niedaleko…
11 WRZEŚNIA - PIĄTEK
Na Dworzec Jarosławski pociąg dociera zgodnie z planem. Opuszczamy nasze niemalże „100 – godzinne domostwo” i udajemy się do poczekalni. Metro kursuje dopiero od szóstej, więc przez 1,5h przysypiamy na dworcowych fotelach. Kilka minut po 6-tej chwytamy nasze plecaki i ruszamy „pod ziemię”. Znalezienie stacji metra okazuje się nie być takim łatwym zadaniem. Oznakowanie w Moskwie pozostawia wiele do życzenia. Docieramy wreszcie do stacji Komsomolskaja,. Oczywiście na peronie tablic z nazwą stacji próżno szukać. W zamian za to bogate zdobienia, efektowne żyrandole, rzeźbione sufity. Przepych przeogromny. Pojedynczy przejazd kosztuje 22 ruble. Ech – z rozrzewnieniem wspominamy pekińskie metro. Tanie bilety, nowoczesne wagony, wszystkie oznaczenia po angielsku. No nic – jedziemy na Dworzec Kijowski, z którego wieczorem odjeżdżamy w kierunku ukraińskiej stolicy. Wchodzimy do przechowalni bagażu, a tam niemiły gruby Rosjanin tonem nieznoszącym sprzeciwu dryguje naszymi poczynaniami. Jak się okazuje – to dopiero początek niemiłych z nim doświadczeń. Koszt przechowania bagażu to wg cennika 72 ruble. Jednakże „przesympatyczny” obsługujący uznał, że karimata przypięta do plecaka to osobny bagaż. Podobnie śpiwór znajdujący się na zewnątrz plecaka. Dbając o własną kieszeń oczywiście kłócimy się z kolesiem próbując udowodnić, że jego interpretacja jest absurdalna. Niestety – facet drze się w niebogłosy, wykrzykuję że 150 rubli od osoby, że my Polacy nienawidzimy Rosjan, ale oni nas również itepe, itede. Głąb i cham z niego, ale sęk w tym, że nie mamy innej możliwości, więc zostawiamy bagaże w tym miejscu i za taką cenę. Sympatycznie rozpoczyna się zwiedzanie rosyjskiej stolicy.
Spacerujemy w stronę centrum. Przekraczamy rzekę Moskwę, która otacza miasto. Chwilę po 8-mej spacerujemy reprezentacyjnym Arbatem. Mijamy dom, w którym mieszkał Aleksander Puszkin. Kawałek dalej pomnik Bułata Okudżawy. Z racji wczesnej pory na ulicy pustki - obraz zupełnie inny niż ten tętniący życiem, który opisano w przewodniku. Jeszcze przed dziewiątą docieramy do Parku Aleksandrowskiego, który znajduje się u podnóża Kremla. Samą fortecę otwierają dopiero o 10 – tej, więc mamy jeszcze czas pospacerować po pobliskim Placu Czerwonym. A na najsłynniejszym z placów wielkie rusztowanie, scena, trybuny. To ponoć pozostałości po dniach Rosji. Maszerujemy dalej w kierunku słynnego mostu, z którego wielokrotnie słyszałem: „Wiktor Bater, Wiadomości, Moskwa”. Widok na Kreml jest stąd wymarzony. I pogoda również nas dziś rozpieszcza. Wolnym krokiem wracamy do Kremlowych kas. Kupujemy bilety studenckie za 100 rubli. Cieszy nas ta cena. Niestety – radość mija prędko, gdy tylko zbliżamy się do kontroli bagażu. Typowa rosyjska „gościnność” sprawia, że wymyślamy ten naród od najgorszych, naszym idolem staje się Władysław Kozakiewicz i pojmujemy dlaczego wszelkie sportowe zwycięstwa nad Rosją smakują tak dobrze. Tak czy inaczej Kreml zwiedzamy, bo przecież bilety zakupione.
Po Kremlu pora pokuszać. Mateusz – stały moskiewski bywalec – zabiera nas na „Kartoszkę” – dużego ziemniaka z farszem. Podobno to najtańsze, co można zjeść w rosyjskiej stolicy. Podążamy krok w krok za naszym przewodnikiem. Po chwili okazuje się, że ów ziemniaczany bar znajduje się w najdroższym centrum handlowym miasta - Ochota. 150 rubli za ziemniaka? Nie dziękuję. Słoma zjadł, bo zjeść musiał. Zupełnie straciłby twarz, gdyby się wycofał po przyprowadzeniu nas na miejsce. My żywimy się niedługo później w „Krówce” na Arbacie. Smaczny posiłek za 99 rubli, choć wielkość porcji nie powala na kolana.
Skoro żołądki napełnione to pora na dalsze zwiedzanie. Wsiadamy do metra i jedziemy na Wróblowe Wzgórza, z których roztacza się piękna panorama stolicy. W pobliżu znajduje się również budynek Moskiewskiego Uniwersytetu – jedna z siedmiu „Sióstr Stalina” czyli budowla a’la warszawski Pałac Kultury. Spędzamy w tych okolicach późne popołudnie. Natomiast wieczorem chcemy sobie posiedzieć w Parku Aleksandrowskim. Niestety – z niewiadomych przyczyn wygania nas ochrona twierdząc, że na 3 godziny zamykają teren. Znów słynna rosyjska gościnność. No nic – jedziemy na dworzec i tam oczekujemy na pociąg. 22.50 – z mieszanymi odczuciami opuszczamy Moskwę – miasto z jednej strony intrygujące, z drugiej przepłacone i nieprzyjazne. A z rana Kijów…
10 WRZEŚNIA - CZWARTEK
Tuż po północy wjechaliśmy do Europy. Symboliczny słupek graniczny znajduje się w Wierszynie, w odległości 1770 km od Moskwy. Niestety – kolejny raz mijamy tę miejscowość w nocy, więc trudno cokolwiek dostrzec. A jeszcze trudniej, jeśli się akurat spało.
Dzień spędzamy na lekturze przewodnika. Wszak do Moskwy już niedaleko. Za niecałą dobę powinniśmy zawitać w rosyjskiej stolicy. Tylko casanova – Mateusz, miast czytać, co jakiś czas odwiedza swoją lubą.
Żenia to dobra partia, ma urodę „dziewczynki” i umie robić na drutach. Właśnie jest w trakcie dziergania niebieskiego szalika, który już jest niewyobrażalnie długi. Zastanawiamy się czy podaruje go Mateuszowi oraz czy będzie wystarczająco długi, by połączyć Moskwę z Brokęcinem.
Koniec naszej transsybirskiej przejażdżki przewidziany jest na godzinę 4.11, wobec tego planujemy pójść spać o rozsądnej porze. Mateusz rozmawia ze swą oblubienicą w języku Shakespeare’a, a jak wiadomo Słoma to Niemiec, więc mistrzem tamtej mowy nie jest. Nie bardzo wiemy co chciał przekazać, ale ponoć pozwolił sobie na stwierdzenie „..to już ostatnia noc…”, co dziewczyna zrozumiała w sposób oczywisty i błyskawicznie poinformowała go, że ma chłopaka. Taki subtelny jest ten nasz Mateusz.
Dzień spędzamy na lekturze przewodnika. Wszak do Moskwy już niedaleko. Za niecałą dobę powinniśmy zawitać w rosyjskiej stolicy. Tylko casanova – Mateusz, miast czytać, co jakiś czas odwiedza swoją lubą.
Żenia to dobra partia, ma urodę „dziewczynki” i umie robić na drutach. Właśnie jest w trakcie dziergania niebieskiego szalika, który już jest niewyobrażalnie długi. Zastanawiamy się czy podaruje go Mateuszowi oraz czy będzie wystarczająco długi, by połączyć Moskwę z Brokęcinem.
Koniec naszej transsybirskiej przejażdżki przewidziany jest na godzinę 4.11, wobec tego planujemy pójść spać o rozsądnej porze. Mateusz rozmawia ze swą oblubienicą w języku Shakespeare’a, a jak wiadomo Słoma to Niemiec, więc mistrzem tamtej mowy nie jest. Nie bardzo wiemy co chciał przekazać, ale ponoć pozwolił sobie na stwierdzenie „..to już ostatnia noc…”, co dziewczyna zrozumiała w sposób oczywisty i błyskawicznie poinformowała go, że ma chłopaka. Taki subtelny jest ten nasz Mateusz.
9 WRZEŚNIA - ŚRODA
Poranek to wizyta w Omsku – największym mieście Zachodniej Syberii, położonym nieopodal kazachskiej granicy. Pociąg ma tutaj ponad 40 – minutowy postój, więc jest dobra okazja by udać się na zakupy. Wraz z Lucyną mijamy zaparkowany milicyjny radiowóz i przecinamy główną przydworcową ulicę. Pozostali nie mają już tyle szczęścia. Chwilę później rosyjscy oficerowie zatrzymali ich za przechodzenie w niedozwolonym miejscu. Kontrola paszportów, próba wlepienia mandatu, pouczenie. Całe szczęście, że żadnych finansowych konsekwencji nie było. Wracamy do pociągu i zasiadamy do śniadania. Świeże mleko, kupione w sklepie o sympatycznej nazwie „Omski bekon”, to naprawdę smakowity dodatek do pitej codziennie chińskiej herbatki.
Pociąg jedzie średnio 60-70 km/h. W związku z tym do Moskwy jeszcze około 3000 kilometrów. Niemalże połowa drogi już za nami.
Wczesnym popołudniem docieramy do Tumienia, w którym zaliczamy kolejny „peronowy spacer” połączony z zakupami. Co istotne – temperatura na zewnątrz jest naprawdę wysoka. Spokojnie da się wytrzymać w krótkim rękawie. Trudno nam w to uwierzyć – szczególnie po mroźnych doświadczeniach sprzed dni kilku dni.
A wieczorem co niektórzy integrują się z Rosjanami jadącymi do Permu. Powszechnie wiadomo na czym w Rosji polega owa integracja, wobec tego nie będę rozwijał myśli. Niektórzy „wnikliwi czytelnicy” gotowi jeszcze pomyśleć, iż piszę jedynie o alkoholizowaniu się i robieniu kupy. Dodam tylko, że nastąpiła „wymiana towarowa” – w zamian za garść polskich gadżetów dostaliśmy ogrodniczki „Gazpromu”. Trzeba przyznać, że unikalny to prezent, do tego stopnia wyjątkowy, że Marian zaczął się zastanawiać czy przepuszczą nas przez granicę. Warto jeszcze wspomnieć, że nasz naczelny celebryta - przystojniak Słoma upatrzył sobie jedną z młodych pasażerek - Żenię i rozpoczął „rzeźbienie”.
Niedługo po tym jak zawitaliśmy do Swierdłowska pozostali wyprawowicze udali się spać. A Słoma działał…
8 WRZEŚNIA - WTOREK
Nad ranem mijamy kolejną strefę czasową. Do Moskwy już „tylko” 4 godziny. Poranny „prysznic” budzi nas do życia. Pora rozpocząć kolejny „transsybirski dzień”. Pierwszym większym miastem na trasie jest Krasnojarsk – do niedawna miejsce, w którym żaden innostraniec nie mógłby postawić stopy. Na szczęście to już przeszłośc, więc w przydworcowym markecie kupuję artykuły pierwszej potrzeby: chleb i piwo (kolejność nieprzypadkowa). Niektórzy woleli zapłacić peronowym sprzedawcom dwa razy więcej. No cóż – ich wybór (prawda Mateusz?;)
Krajobraz za oknem tak bardzo różni się od tego z Mongolii czy nawet Chin. Gęste lasy są czymś niebywałym po tygodniach spędzonych na mongolskich pustkowiach. Mamy już końcówkę pierwszej dekady września, więc drzewa przybrały lekko jesienne barwy. Przyjemnnie spogląda się za okno, ale bez przesady. Ile można patrzeć? Z drugiej strony – co tu robić, gdy czasu tak wiele, a przestrzeni tak mało? Czytanie, gra w karty, rozmowy – tego wszystkiego mamy już po dziurki w nosie.
Wieczorem zawitaliśmy do Nowosybirska – stolicy tutejszej krainy i jednego z największych rosyjskich miast. Chwilę później udajemy się do naszych łóżek (który to już raz w dniu dzisiejszym?). Tym razem jednak na dłuższy spoczynek.
7 WRZEŚNIA - PONIEDZIAŁEK
Przed opuszczeniem Ulan-Ude szybki rajd po centrum. Głowa Lenina w porannym sloncu wyglada jeszcze atrakcyjniej. Odwiedzamy pobliski bank oraz supermarket, w ktorym Danuta nabywa pasztetowe puszki. Szykują się kolejne romantyczne kolacje z Wojtkiem.
Pojezd numer 339 relacji Czita – Moskwa przybywa o 5.17 czasu stołecznego (10.17 lokalnego). Wagon numer 14 będzie naszym domem na najbliższe 4 dni. Oby w środku było ciepło, bo niemalże 100 godzin w chłodzie z pewnością nie przeżyjemy. 5.42 – pociąg opuszcza buriacką stolicę, a my spokojnie rozkładamy się w ciepłych wnętrzach plackarty. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że nie zamarzniemy. Do Moskwy ponad 5600 kilometrów.
Niedługo po opuszczeniu Ułan-Ude docieramy do brzegów Bajkału. W przedpołudniowych promieniach słońca jezioro wygląda naprawdę uroczo. Mimo tego współczujemy „starszemu pokoleniu”, które Nadbajkale zwiedzało tylko w taki sposób. Drogi Przemysławie – pobytu nad tym wielkim rosyjskim akwenem na pewno od Was nie „splagiatowaliśmy”.
Po kilku godzinach docieramy do dobrze nam znanej Sludianki. Pociąg stoi tu jedynie 3 minuty, ale wierzymy, że mimo to nasz ochotnik Słoma zdoła kupić „gariacze omule”. Łatwo nie było, ale po kilku chwilach delektujemy się pysznymi bajkalskimi rybami. Taki obiad to marzenie. Około 16-tej czasu lokalnego przyjeżdżamy do Irkucka. Od tego momentu nasz wagon jest pełen. Aż dziw bierze, że niezależnie od miesiąca – czy to „sezon” czy poza nim - pociąg jest wypchany po brzegi.
Resztę dnia spędzamy na: 1) grze w karty 2) leniwym wylegiwaniu się na naszych pryczach 3) powolnym sączeniu rosyjskich piw (Baltika 3, Sibirskaja Korona, Bereg Bajkala i inne…)
6 WRZEŚNIA - NIEDZIELA
W kwestii miejsca - w istocie bylo komfortowo. Co innego, jesli wezmiemy pod uwage temperature. Kilka minut po piatej wygrzebujemy sie z naszych spiworow i zziebnieci ropoczynamy pakowanie. Pociag zbliza sie do stacji docelowej. Blyskawicznie, bo tuz po wyjsciu z wagonu, znajduje sie chetny, aby zawiezc nas do Altanbulag. To w tej, oddalonej od Suche Bator o 30 km, miescinie znajduje sie drogowe przejscie graniczne. Kwota, jakiej domaga sie za przejazd nasz oferent, to 2500 tugrikow. Jakos nawet nie chce się nam targowac. Ładujemy sie do kilku samochodow (ktore i bez naszej obecności smialo mozna by nazwac "pelnymi") i w droge. Slomy plecak lezy na szczycie "pakunkowej gory" wystajacej z bagaznika. Rzecz jasna klapa jest otwarta, a caly ladunek jedynie pozwiazany sznurem. Kilka kilometrow za miastem nasze auto traci moc i staje. Proby ponownego odpalenia i ruszenia koncza sie fiaskiem. Czy my zawsze musimy miec takiego "samochodowego pecha"? Juz bylismy w ogrodku, juz witalismy sie z gaska, a teraz nie wiadomo kiedy, a moze: czy w ogole dotrzemy na granicę. Na szczescie nasz woziciel zlapal za telefon i wezwal "posilki". Po kilkunastu mroznych minutach (nie przesadzam z ta temperatura) podjezdza kolejny Hyundai i rozpoczyna sie "przeprowadzka". Misterna konstrukcja powstaje w okamgnieniu (widac, ze maja w tym wprawe) i mozna ruszac ku przejściu. Pozostala czworka (Mariany + Danuty) juz tam czeka i marznie. Pod nasza nieobecnosc udalo im sie zalatwic miejsca w dwoch pierwszych skolejkowanych autach. Wypas. Ponadto - nie za standardowe 150 rubli od czlowieka, lecz za 100. Szykuje sie ultra tani przejazd UB-Ulan-Ude.
Jest 6.45. Do otwarcia granicy jeszcze godzina i pietnascie minut. Do ustawionych w kolejce oszronionych aut zaczynaja sie schodzic ich kierowcy. Wiekszosc z nich przynosi trzymany w nocy w domowym ciepelku akumulator. Z kolei my wyjmujemy butle oraz palniki (cala dobe przechowywane w cieplym wnetrzu plecakow) i przyrzadzamy herbatke. Obejsc sie bez kubka goracego napoju - w tej temperaturze to nie do pomyslenia. W miedzyczasie spotyka nas dobrze znana przygoda. Nasi woziciele podumali i za 100 rubli jednak nie pojada. Żądają 150 albo 5 dolcow. Wkurzeni (ale nie wielce zadziwieni) wyjmujemy plecaki z bagaznika. Ten numer nie pomaga - nie spuszczaja z tonu. A zatem szukamy w kolejce kogos, kto wzialby nas za mniej niz 150 RUB. Niestety - perfekcyjna zmowa trwa w najlepsze. Bezsilni wracamy do "kolejkowych liderow" i jedziemy z nimi za 5 dolcow. To standardowa kwota za ten przejazd, ale nasza nadzieja zostala pierwotnie rozbudzona - stad teraz taki zawod. Nim przyszla godzina otwarcia spotkalismy jeszcze dwoch Wlochow, którzy równiez wracali z Mongolii. Sek w tym, ze oni byli zmotoryzowani, choc na mongolskie drogi (czy tez lepiej: bezdroza) pojazd to marny (czy tez lepiej: żaden). www.mongolrally.it - taki oto napis (wsrod wielu sponsorskich logo) widnial na ich starej dwudrzwiowej Pandzie. Jak nia przejechali pustynie Gobi? Nie mam pojecia. Moze odpowiedz jest do znalezienia pod powyzszym adresem...
Sama odprawa bez wiekszych problemow (poza tym, ze nasza maszyna ciagle gasla, a w Marianowo-Slomianej Ladzie ciagle odpadala klapa od bagaznika). Jeszcze przed poludniem ladujemy w przygranicznej knajpce (oczywiscie po stronie rosyjskiej), w ktorej stolowalismy sie (a takze nocowalismy) w drodze do Mongolii. Delektujemy sie przepysznym barszczem, ktory smakuje jeszcze lepiej, gdy za oknem zima”. Spotykamy Polaka - kierowce tira, ktory od 10 lat wozi nasze rodzime kosmetyki do Mongolii. Opowiada nam ciekawe historie o bylym ambasadorze, u którego mielismy okazje goscic. Dowiadujemy sie miedzy innymi, ze na prosbe pana Kulaka nasz "tirowiec" wiozl swego czasu jurte. Podobno Najwyzsza Izba Kontroli zapragnela miec ten tradycyjny mongolski domek w jednym ze swoich osrodkow. Zdziwieni? Ja wcale.
Zjezdzamy do Kiachty i wyplacamy kase w jedynym dzialajacym bankomacie. Pora ruszac w droge do Ulan Ude. Niestety - ponownie padamy ofiara przewozniczej zmowy i poza standardowa oplata - 250 rubli za osobe doplacamy jeszcze po 50 za bagaz. Nikt inny rzecz jasna ani pomyslal zejsc ponizej tej ceny. "Trudno, co zrobic" - jak mawial Ochódzki Ryszard - prezes klubu Tecza. Okolo 17-tej docieramy na dworzec kolejowy w stolicy Buriacji. Lokujemy sie w poczekalni i ruszamy obfotografowac glowe Lenina. Po drodze sprawdzamy jeszcze czy moze tym razem towarzystwo polskie, w którym swego czasu mozna bylo sie przespac za 1 dolara, jest otwarte. Niestety - nic z tego. Glucho wszedzie, ciemno wszedzie. W takim razie czeka nas noc na dworcu. Po zmroku rusza wyprawa nr 2. Na celu ma ponowne sprawdzenie stanu aktywnosci towarzystwa polskiego. Okazuje sie, ze towarzystwo jednak zyje. Niestety - nie oferuja juz noclegow za dolca, lecz za dwiescie rubli. 700-procentowa podwyzka na przestrzeni dwoch lat...nie ma co. Cenia sie cwaniaczki.
Ostatecznie noc spedzamy w poczekalni o "podwyzszennej komfiortnosci" (czy jakos tak). Normalnie "czardzuja" 60 rubli za godzine za osobe, ale zawodowo się targujemy, iscie po chinsku i placimy 500 rubli za cala noc, za 7 osob. Dostajemy pokoj, w którym na dywanie rozkladamy karimaty i wpadamy w objecia Morfeusza.
5 WRZEŚNIA - SOBOTA
Pobudka z pewnoscia nie nalezala do najwczesniejszych. Ospale i leniwie pakujemy nasze plecaki. Dopiero chwile po dwunastej jestesmy gotowi do opuszczenia naszej jurty. Z drugiej strony, do czego tu sie spieszyc? Pociag do Suche Bator odchodzi dopiero o 21.10, a podczas calego wyjazdu spedzilismy w mongolskiej stolicy juz dobrze ponad tydzien.
Udajemy sie na glowna ulice miasta zwana "Peace Avenue" i rozpoczynamy rajd po sklepach z pamiatkami. Wreszcie udaje mi sie zakupic mongolska czapeczke za rozsadne pieniadze (5 tysiecy tugrikow) Wojtek kupuje male przenosne szachy, ktore pakuje sie do filcowej tuby. Sloma nabywa wylansowany (jak przystalo na celebryte) T-shirt z duzym napisem "Mongolia". I tak dalej, i tym podobne, i tak dalej.
Po zakupach pora na druga wizyte w internetowym klubie. Tym razem spedzam tam blisko trzy godziny. By zylo sie lepiej. Wszystkim blogowym czytelniko - podgladaczom. Przed wyjazdem warto by jeszcze ostatni raz odwiedzic mongolski guandz, a takze zrobic zakupy spozywcze. Chwile przed 20-ta opuszczamy nasz hostel i "30-stka" udajemy sie na dworzec. Po zmroku jest to miejsce wyjatkowo niebezpieczne i odrazajace. Kreci sie tu mnostwo podejrzanych typkow, którzy probuja wyrwac ci co popadnie. Jeden z nich zaczal nawet odpinać Danutowa mate. Na szczescie bedac w 7-osobowej grupie mamy oczy dookola glowy i nie tak latwo nas skroic. Szkoda jednak, ze nikt w Mongolii nie probuje ukrocic tego haniebnego procederu, bo jest to czynnik zdecydowanie odstraszajacy turystow.
Krotko przed 21-sza wsiadamy do naszego wagonu. Czujemy sie co najmniej dziwnie, bo nikogo nie trzeba odpychac, z nikim walczyc o miejsce. Trudno w to uwierzyc, ale w pociagu do Suche Bator jest meeega luźno. Zapowiada sie komfortowa noc.
Udajemy sie na glowna ulice miasta zwana "Peace Avenue" i rozpoczynamy rajd po sklepach z pamiatkami. Wreszcie udaje mi sie zakupic mongolska czapeczke za rozsadne pieniadze (5 tysiecy tugrikow) Wojtek kupuje male przenosne szachy, ktore pakuje sie do filcowej tuby. Sloma nabywa wylansowany (jak przystalo na celebryte) T-shirt z duzym napisem "Mongolia". I tak dalej, i tym podobne, i tak dalej.
Po zakupach pora na druga wizyte w internetowym klubie. Tym razem spedzam tam blisko trzy godziny. By zylo sie lepiej. Wszystkim blogowym czytelniko - podgladaczom. Przed wyjazdem warto by jeszcze ostatni raz odwiedzic mongolski guandz, a takze zrobic zakupy spozywcze. Chwile przed 20-ta opuszczamy nasz hostel i "30-stka" udajemy sie na dworzec. Po zmroku jest to miejsce wyjatkowo niebezpieczne i odrazajace. Kreci sie tu mnostwo podejrzanych typkow, którzy probuja wyrwac ci co popadnie. Jeden z nich zaczal nawet odpinać Danutowa mate. Na szczescie bedac w 7-osobowej grupie mamy oczy dookola glowy i nie tak latwo nas skroic. Szkoda jednak, ze nikt w Mongolii nie probuje ukrocic tego haniebnego procederu, bo jest to czynnik zdecydowanie odstraszajacy turystow.
Krotko przed 21-sza wsiadamy do naszego wagonu. Czujemy sie co najmniej dziwnie, bo nikogo nie trzeba odpychac, z nikim walczyc o miejsce. Trudno w to uwierzyc, ale w pociagu do Suche Bator jest meeega luźno. Zapowiada sie komfortowa noc.
4 WRZEŚNIA - PIĄTEK
Ulan Bator, do którego przyjechalismy 40 minut pozniej niz powinnismy, zafundowalo nam chłodne powitanie. Po upalnych Chinach nikt nie spodziewal sie pary z ust o 10 rano na stolecznym dworcu. Szczękajac zebami pedzimy ile sil na przystanek autobusowy. Wskakujemy do "30-stki" i po 10 minutach wysiadamy nieopodal "GanaGuesthouse". "Welcome again" - wita nas pani z hostelu. Mongolska angielszczyzna pyta dalej: "Are you from China?". "Yes, we are" - odpowiadam. Najwazniejsze, ze nawiazalismy nic porozumienia. A ze w niekoniecznie poprawnej formie...
Ubieramy sie grubo i ruszamy do miasta. Po drodze zachodzimy do naszego ulubionego guandza. Mila pani jak zwykle odnosi sie do nas z duza sympatia. Szkoda tylko, ze nie przyrzadza chinskich dan. Gulasz, ktory smakowal nienajgorzej podczas pierwszej wizyty u Czyngis-khana, teraz ledwo przechodzi przez gardlo. I to mimo, iz nie jest baranem! Ech..."rozpuscily" nas kulinarnie te Chiny.
Po nieudanym posilku udajemy sie do Department Store - najwiekszego domu handlowego w miescie. Wiekszosc z nas chce nabyc jakies drobne pamiatki - a to mongolska czapeczke, a to skorzany buklak na szlachetne trunki. Niestety - ceny w centrum miasta nas porazaja. Postanawiamy przejechac sie na "Narantuul Tow", w jezyku Shakespeare'a: "Black Market" - najwieksze targowisko w stolicy. Przejazd miejskim autobusem trwa wieki. Cale Ulan Bator „tonie” w drogowych remontach. W koncu docieramy. Bilet wstepu kosztuje majatek - 50 tugrikow (okolo 10 groszy). Zaraz za brama wejsciowa napotykamy na stoiska z jurtami (w formie „złóż to sam”). Na szczescie tym razem Ciotka Danuta nie wpada na pomysl "A moze bym sobie ze cztery takie jurty do Dżołdżins przywiozla". Niestety - poza wspomnianym stoiskiem nic ciekawego Narantuul nam nie zaoferowal. Mnostwo straganow z podrabianymi ciuchami "Oidosa", "Sabibasa" oraz innych swiatowych marek, ledwie ze dwa, moze trzy, z pamiatkami. Ceny niewiele nizsze niz w Department Store. I zerowa gotowosc do targowania sie. Rzecz niebywala, szczególnie dla kogos, kto jeszcze wczoraj byl w Chinach.
W autobusie, w drodze powrotnej, spotykamy Mongołkę numer "pińcet", ktora mowi po polsku bo mieszkala dwadziescia lat w Warszawoe. Co ciekawe - o tej w ciemno powiedzielismy, ze zaraz pewnie "przemowi ludzkim glosem" i poinformuje, ze zna nasza mowe. Po kilku minutach w istocie tak sie stalo. Poznym popoludniem odwiedzam kawiarenke internetowa. Wreszcie normalna cena (600 tugrikow za godzine) i brak wszechobecnej w Chinach cenzury. Pora nadrobic czesc "fotograficznych" zaleglosci.
A przed snem pora jeszcze na JEDNA flaszeczke "Kubilaja Chana" polaczona z gitarowaniem. Wszak to ostatnia i zarazem najchlodniejsza noc w jurcie.
Ubieramy sie grubo i ruszamy do miasta. Po drodze zachodzimy do naszego ulubionego guandza. Mila pani jak zwykle odnosi sie do nas z duza sympatia. Szkoda tylko, ze nie przyrzadza chinskich dan. Gulasz, ktory smakowal nienajgorzej podczas pierwszej wizyty u Czyngis-khana, teraz ledwo przechodzi przez gardlo. I to mimo, iz nie jest baranem! Ech..."rozpuscily" nas kulinarnie te Chiny.
Po nieudanym posilku udajemy sie do Department Store - najwiekszego domu handlowego w miescie. Wiekszosc z nas chce nabyc jakies drobne pamiatki - a to mongolska czapeczke, a to skorzany buklak na szlachetne trunki. Niestety - ceny w centrum miasta nas porazaja. Postanawiamy przejechac sie na "Narantuul Tow", w jezyku Shakespeare'a: "Black Market" - najwieksze targowisko w stolicy. Przejazd miejskim autobusem trwa wieki. Cale Ulan Bator „tonie” w drogowych remontach. W koncu docieramy. Bilet wstepu kosztuje majatek - 50 tugrikow (okolo 10 groszy). Zaraz za brama wejsciowa napotykamy na stoiska z jurtami (w formie „złóż to sam”). Na szczescie tym razem Ciotka Danuta nie wpada na pomysl "A moze bym sobie ze cztery takie jurty do Dżołdżins przywiozla". Niestety - poza wspomnianym stoiskiem nic ciekawego Narantuul nam nie zaoferowal. Mnostwo straganow z podrabianymi ciuchami "Oidosa", "Sabibasa" oraz innych swiatowych marek, ledwie ze dwa, moze trzy, z pamiatkami. Ceny niewiele nizsze niz w Department Store. I zerowa gotowosc do targowania sie. Rzecz niebywala, szczególnie dla kogos, kto jeszcze wczoraj byl w Chinach.
W autobusie, w drodze powrotnej, spotykamy Mongołkę numer "pińcet", ktora mowi po polsku bo mieszkala dwadziescia lat w Warszawoe. Co ciekawe - o tej w ciemno powiedzielismy, ze zaraz pewnie "przemowi ludzkim glosem" i poinformuje, ze zna nasza mowe. Po kilku minutach w istocie tak sie stalo. Poznym popoludniem odwiedzam kawiarenke internetowa. Wreszcie normalna cena (600 tugrikow za godzine) i brak wszechobecnej w Chinach cenzury. Pora nadrobic czesc "fotograficznych" zaleglosci.
A przed snem pora jeszcze na JEDNA flaszeczke "Kubilaja Chana" polaczona z gitarowaniem. Wszak to ostatnia i zarazem najchlodniejsza noc w jurcie.
3 WRZEŚNIA - CZWARTEK
Wstajemy w miare wczesnie, bo trzeba pedzic na granice. Targujemy sie z kierowcami, lecz niestety nie mamy silnej pozycji przetargowej. Aut o tej porze "niemnogo". 7 dolarow za osobe - niezbyt atrakcyjna cena, ale szkoda czasu. Z Marianami ładujemy sie do Mitsubishi Pajero i ruszamy ku granicy. Juz na pierwszym skrzyzowaniu okazuje sie, ze wcale nie zmierzamy ku przejsciu. Nasz kierowca jedzie zagospodarowac swój sporych rozmiarow bagaznik. "Zagospodarowac" to malo powiedziane. Dwadziescia kilka 25-kilogramowych workow z ryzem ląduje w naszym aucie. Pol tony przemytu - robi wrazenie, co?
Dojezdzamy na granice, a tam kolejki "nieto". Specjalnie zerwalismy sie skoro swit, by jak najwczesniej dotrzec do Mongolii bram (pamietajac jak duzo czasu zabralo to w tamtą stronę), a tu taka niespodzianka. Szybko i sprawnie wjezdzamy do ojczyzny Czyngis-chana. Pociag do UB odjezdza o 17.55, wiec czeka nas ponad 7h w prowincjonalnym Zamyn Uud. Snujemy sie po miescinie przypominajac sobie jak to jest w Mongolii. Jedna z bardzo nieprzyjemnych kwestii, jaka predko zostala nam odwtorzona, byl fakt iz Mongolowie to mega kombinatorzy i kradna na potege. Podejrzany typek dlugi czas siedzial na lawce obok nas i zdolal podpieprzyc butle wraz z palnikiem. Na szczescie Marian wraz z Wojtkiem bacznie mu sie przygladali i nie pozwolili uciec ze skradzionym fantem. Szkoda tylko, ze nie zaprowadzili mongolskiego rzezimieszka na pobliski posterunek policji, bo takie wystepki nie powinny uchodzic plazem.
Juz trzy godziny przed odjazdem na peronie gromadzi sie tlum. Gdyby byli to tylko ludzie, nie byloby problemu. Sek w tym, ze kazdy z oczekujacych ma gigantyczny bagaz - po 4, 5 wielkich pakunkow wypchanych towarem z Chin. Celowo uzylem slowa "pakunek", a nie na przyklad "torba", bo bylo tam wiele wymyslnych, wczesniej przeze mnie niewidzianych "konstrukcji" (krolowala gora skarpet owinieta folia lub workami na smieci, a calosc oklejona ogromna iloscia tasmy). Zajmujemy kolejke do wagonowych drzwi. Rzecz jasna nie jestesmy w niej pierwsi. Przed nami z piec osob i z "pincet" sztuk bagazu. Z kazdej strony do ogonka probuja się dostac mongolskie cwaniaczki. Nasza determinacja jest jednak silna. Uzywamy niecenzuralnych polskich slow, by wyrazic co myslimy o tych nielegalnych praktykach. Godzine przed odjazdem zaczyna lac. Moknacy tlum dobija sie do wagonu. Po pieciu minutach, gdy wszyscy sa juz mokrzy, prowadnica lituje sie i otwiera drzwi. No i dopiero sie zaczyna. Totalne zezwierzecenie. "Ludzie" tratuja sie, popychaja, atakuja pakunkami. Wedlug niektórych drzwi od wagonu zdaja sie byc nieskonczenie szerokie, bo wiele osob probuje wejsc jednoczesnie z innymi. Mowiac krotko: walka o miejsce w wagonie toczy sie wedlug zasady "po trupach do celu". Mimo, ze posiadamy miejscowki to jednak musimy włączyc sie do tego żenujacego boju. W przeciwnym razie czekaloby nas wielominutowe wyganiane Mongolow z naszych miejsc, a o odzyskaniu polek na plecaki mozna byloby zapomniec. A zatem i nasze lokcie ida w ruch. Nie zwazajac na to czy to Mongol czy Mongolka, odpychamy przeciwnika i napieramy w kierunku wagonu. W ferworze walki niejednemu z nas wymyka sie niezbyt kulturalne sformułowanie rozpoczynajace sie od "SP" (to oczywiście „Szkola Podstawowa”). Po kilku przepychankach i polsko-mongolskich slownych utarczkach ladujemy wreszcie w naszym boxie. Latwo nie bylo, ale jest! Udalo sie! Do odjazdu obserwujemy jeszcze jak kolejnych "pińcet" ladunkow przetacza sie obok naszych siedzen. Ani sciany ani sufit wagonu nie sa z gumy, a jednak wszystkie wory jakims cudem sie zmiescily. Dla nas to niepojete. Mongolscy "tragarze" nie wydaja sie jednak byc tym faktem zaskoczeni.
Przed nami 16-godzinna podroz, ponad 700 km do Ulan Bator. Wagon typu "obszczij" oznacza 16h na siedzaco, ale oznacza równiez najnizsza cene (9600 tugrikow) i prawdziwy lokalny "folklor". Pasazerowie "kupe" (za 27 tys. dziengow) z pewnoscia nie skosztowali tyle "mongolskiej przygranicznej codziennosci" ile zasmakowalismy my.
Krotko przed polnoca kladziemy sie spac. "Kladziemy" w doslownym tego slowa znaczeniu. Oprozniamy dwie polki, plecaki kladziemy na ziemi miedzy lozkami, a na bagazowe miejsca wskakuja Lucyna z Danuta. Tym samym urzadzamy sobie plackarte w obszcziju. Za darmo. Trzeba przyznac, ze to nieco tanszy przejazd niz ten za 30 dolcow, jaki zafundowaly sobie "Polowe Marki".
2 WRZEŚNIA - ŚRODA
Pobudka o siodmej, bo pociag odjezdza skoro swit czyli 8.42. Jak to czesto z chinskimi kolejami bywa - nasz odjazd sie opoznia. Kilkanascie minut po dziewiatej opuszczamy wreszcie Datong. Dla wiekszosci znalazly sie nawet miejsca siedzace, mimo ze miejscowek nie nabylismy. Jedynym, któremu przyszlo podrozowac w przejsciu, jest Marian. Nasz "szczesciarz" srednio co minute musi wstawac i przepuszczac przeciskajacych sie Chinczykow. Po pewnym czasie traci cierpliwosc i zaczyna mowic bardzo brzydko (glownie na "k"). Na szczescie do Jiningu, gdzie mamy przesiadke, jest tylko 150 km. Docieramy tam kilka minut przed poludniem. Z podróży "do Chin" znamy procedure, jaka nas teraz obowiazuje. Z dotychczasowymi biletami udajemy sie do kasy, gdzie musimy wymienic je na takie, ktore beda wazne na trase "Jining - Erlian". Podchodze do okienka i slysze slynne chinskie "me ju". Po polsku: "nie ma". Jak to nie ma? Tlumacze po chinsko-angielsko-polsku, ze nie musimy miec miejsc siedzacych. Byle dostac bilety na dzis. "Tomorrow" - odpowiada pani kasjerka. Tomorrow o 17-tej to odjezdza nasz pociag do Ulan Bator. A co istotne - nie z Jiningu, a z odleglego o ponad 500 km i lezacego w innym panstwie Zamyn Uud. Szukamy "szczescia" w kolejnej kasie. Niestety - scenariusz dokladnie ten sam. Trzecia kasa i trzecia odmowa. Robi sie nieciekawie. Kwadrans po dwunastej. Na dworze leje. Mateusz rusza w poszukiwaniu dworca autobusowego. My probujemy zwrocic bilety. Nic z tego - sa juz czeciowo wykorzystane, wiec nikt ich nie przyjmie. 12.25 - przybiega Mateusz i informuje, ze autobus do Erlian odjezdza o 12.40. Koszt biletu - 70 yuanow. Dodatkowy wydatek i malo czasu to tylko 2/3 problemow, z jakimi borykamy sie w tym momencie. "Ten trzeci" to brak srodkow w naszych portfelach. Zakupiwszy bilet kolejowy do samego Erlian wszyscy z nas zostawili sobie niewiele yuanow - tak by jedynie przenocowac i zjesc po dojezdzie do tej przygranicznej miejscowosci. Dodatkowa komplikacja jest to, iz Jining nie jest stolica swiatowej finansjery i bankomatu na kazdym rogu nie uświadczysz. Blyskawicznie przeliczylismy kto ile ma w swojej sakiewce i okazalo sie ze brakuje okolo 150 yuanow. Wraz z Mateuszem i Marianem pedzimy w poszukiwaniu bankomatu. Na zegarze 12.30. Wpadamy do cudem znalezionej placowki banku i predko do "pienieznej maszyny". 150 RMB w lapie i pedem na dworzec. 12.35 - doslownie lecimy do kasy i kupujemy pozadane bilety. Hmm..."kupujemy" to za duzo powiedziane. W rzeczywistosci bylo tak: kasjerka drukuje bilety, a my skladamy kase. Kazdy wydobywa ze swojego portfela co tylko sie da. Liczymy gore drobnych, 470…480, 481, ojej, 481 i koniec. A potrzeba o dziewiec wiecej. 12.39 - rozpoczyna sie goraczkowe grzebanie po portfelach, skladanie ulamkow yuana, a do celu wciaz daleko. Lucyna wygrzebuje z klasowych ostatnie dwa yuany, ja z kieszeni trzy polowki. Ziarnko do ziarnka...i cudem zebralo sie 490RMB. Dosłownie „cudem”, bo wszyscy zostali bez ulamka yuana przy duszy. Pakujemy sie do autobusu. Tam kolejne przygody. Chinczykow jak mrowkow, ich bagazy wcale niemniej. Nasza cierpliwosc tez ma kres, wiec nawet Marian wybucha i parszywie bluzgamy na wspolpasazerow. Z polgodzinnym opoznieniem opuszczamy Jining. Przed nami 350 km do granicznego Erlian.
Docieramy tam krotko po 18-tej. Proba wyplacenia pieniedzy w "24h banking" konczy sie fiaskiem. Nie dlatego, ze nie dziala bankomat. Powod jest inny - kraty w wejsciu prowadzacym do maszyny. Oto dostep "24/7" w wydaniu chińskim. Na nocleg udajemy sie tam gdzie poprzednio. Po dlugich rozmowach za posrednictwem Google translatora udaje sie osiagnac porozumienie. Dostajemy to, o co walczylismy. Jeden pokoj na siedmioro. Cena - 70 yuanow. 4.5 zl za osobe. Brzmi dobrze, szczególnie po wydaniu dodatkowych 70 yuanow na przejazd. Ostatni chinski posilek jemy w obskurnie wygladajacym barze. Chwile po naszym wejsciu wybiega z niego dwoch zuli i zaczynaja sie trzaskac tuz przed drzwiami. Mamy chwile zwatpienia - czy pozostanie tutaj to na pewno dobry wybor? Decydujemy sie zaryzykowac i podjete ryzyko sie oplaca. "Nie szata zdobi czlowieka", nie pierwsze wrazenie swiadczy o tym czy zarcie bedzie dobre. A dobre bylo. I mega tanie. 7 RMB za kurczaka, 5 RMB za baklazana. Godnie się konczy nasze stolowanie w "Kitaju".
sobota, 5 września 2009
1 WRZESNIA - WTOREK
Mega scisnieci w przejsciu koczujemy kilka godzin. Chwile po trzeciej pociag wjezdza na pekinski dworzec. Uff ...wysiadaja…i wysiadaja…wysiadaja. Do tego stopnia, ze zajmuje trzy siedzenia. Az takiego szczescia sie nie domagalem, ale rzecz jasna nie mam nic przeciwko. Po godzinach cierpienia bez skrupulow rozkladam sie caly i zasypiam. Moje szczescie trwa az do Datongu czyli do konca naszej dzisiejszej podrozy. Wypoczety wysiadam w stolicy prowincji Shaanxi. Reszta równiez nie ma na co narzekac. Dzielimy sie na dwa obozy i zalatwiamy pilne kwestie. Kwestia nr 1 to zakup biletow do Erlian. Nabywamy stosowne kwitki na jutrzejszy poranek, 36 yuanow za osobe. Kwestia nr 2 to nocleg. Szukamy czegos lepszego niz ostatnio, bo nie odpowiada nam hotel pelen komarow za 30 RMB/os. Znajdujemy sympatyczne pokoje, 20 yuanow, 5 minut od dworca. Wypas. Zostawiamy bagaze i ruszamy na pozne sniadanie (jest prawie 11-ta) do naszej ulubionej knajpy (Wolskie i Grobelne - podziwiajcie). Wielki talerz jajecznicy z pomidorami zaspokaja kazdy ze zlaknionych zoladkow. Do popicia musielismy zamowic Yanjinga, bo niczego innego sie nie dalo. Nasyceni wracamy do hotelu, po drodze zachodzac jeszcze na smazone krewetki w ciescie. Pora sie przespac godzinke albo dwie. Podroz pociagiem, mimo ze stosunkowo wygodna, to jednak nie to samo co hotelowe lozeczko.
Jak zwykle "godzinka albo dwie" zamienia sie w trzy albo cztery. Wstajemy kolo 17-tej i powoli szykujemy sie na wieczor. Dzis jest to szczegolny wieczor, jako ze udajemy sie na wielka uczte do najlepszej z odwiedzonych w Chinach knajpy. Baklazan, kurczak z orzeszkami, wieprzowina w sosie sezamowym, wieprz w pieciu smakach - czym to nasze podniebienia sie nie delektowaly...zapomnialbym o szaszlyczkach, ktore pobudzily nasze apetyty oraz o Yanjingu - idealnym chmielowym dodatku do spozywanych potraw. Tego wieczoru nikt (sie) nie oszczedzal. Tego wieczoru kazdy doslownie sie OBZERAL. Wielkie zarcie z niemniejszym wcale piciem kosztowalo kazdego z nas po okolo 10zl. I niech ktos powie, ze Chiny nie sa kulinarnym rajem na Ziemi...mam pewne podejrzenia, co do tego kto moglby tak uznac;)
31 SIERPNIA - PONIEDZIALEK
Snu nie bylo sporo, bo juz o 3.30 wysiedlismy w Shanhaiguan. Jakis dworcowy koles zaprowadzil nas do jedynej czynnej o tej porze kasy. Probujemy zakupic bilety do Datongu na dzisiejszy wieczor. "No seats" - odpowiada pani w okienku. Pytamy o Pekin. "No seats" - rozbrzmiewa po raz kolejny. Troche kiepsko, bo musimy zdazyc na 3-go do Zamyn Uud. W koncu pytamy o miejsca stojace, bo olsnilo nas, ze kobieta mogla zle zrozumiec. Oczywiscie okazuje sie ze bilety sa - dobrze nam znane - bez miejscowek, ze wskazaniem wagonu. 46 RMB za osobe.
Skoro najwazniejszy "obowiazek" spelniony to pora spac. Czwarta nad ranem, moze sen przyjdzie...rozkladamy karimaty w poczekalni i momentalnie zasypiamy. Polscy zule na chinskim dworcu (patrz zdjecie)
Pobudka grubo po dziewiatej. Spalo sie naprawde bardzo komfortowo i, co istotne na tym etapie podrozy, za darmo. No ale nie przyjechalismy tutaj, aby drzemac. Ruszamy w kierunku Jinshaguan (jakos tak) Jest to czesc wielkiego muru, z ktorej widac morze i kamiennego kolosa wchodzacego do wody. Niebo dzis pochmurne, wiec nie wiadomo czy w ogole cos dostrzezemy. Za wstep placimy 20 yuanow i rozpoczynamy wedrowke ku wiezy. Turystow nie tak mnogo - przewijaja sie glownie Rosjanie, dla których przygotowano nawet informacje w ich ojczystym jezyku.
Jestesmy na szczycie. Widok z wiezy zapewne bylby fantastyczny, ale pogoda nieco pokrzyzowala nam plany. No trudno - sama wedrowka po murze tez byla swego rodzaju przygoda. Wracamy pieszka (nie doszlismy do porozumienia z panem w trojkolowym Peugeocie) do miasta i szukamy miejscowki na obiad. Wchodzimy tam gdzie tanio. Jedzenie, jak na Chiny, nie jest powalajace, ale ujdzie. Posilek zaliczony - pora ruszac na wybrzeze. Znaleziony w Pekinie "Lonely Planet" informuje, iz do "Glowy Smoka" najlatwiej dojechac autobusem nr 25. Cena za przejazd to "az" 1 RMB. Wsiadamy i jazda. Niedaleko przystanku, na którym opuscilismy pojazd, dopada nas elegancko ubrana pani, ktora po angielsku tlumaczy, ze chetnie zaprowadzi nas do "Starego Smoka". Podazamy jej sladem, choc wiemy, ze 50 yuanow za wstep i tak nie zaplacimy. Kobieta w kasie jest zdeterminowana, by jednak na nas zarobic, wiec proponuje "student price": 30 RMB. "No way" - odpowiadamy i idziemy kawalek dalej, gdzie znajduje sie darmowe zejscie na plaze. Zatoka Bo Hai i Morze Zolte stoja przed nami otworem. Plaza nieco brudna, duzy port z mnostwem dzwigow równiez nie zacheca do kapieli. No trudno - wazne, ze widac "glowe smoka". Za darmo. Poza tym wyjatkowym fragmentem chinskiego muru podziwiac mozemy mnostwo "mlodych par" w slubnych kreacjach, ktorym wynajeci fotografowie trzaskaja fotki na plazy.
Gdy zapada zmrok wracamy na dworzec. Do odjazdu jeszcze trzy godziny. Gramy w kierki, pijemy chinskie herbatki i przygotowujemy sie do ataku na wagon. 22.51 - "godzina W". Wagon numer cztery (nasz) jest najbardziej zatloczonym wagonem, jaki w zyciu widzialem. Nie zmienia to faktu, ze ludzie dosiadaja sie co stacje. Masakra. Chinczycy chyba nie znaja umiaru w sprzedazy biletow. Nie znaja równiez sztuki efektywnego pakowania bagazy na polkach. Dajemy im mala lekcje i przynajmniej nasze plecaki maja wygodnie. Okolo 3 w nocy powinnismy zawitac do Pekinu. Oby zwolnily sie jakies siedzenia...
30 SIERPNIA - NIEDZIELA
Rozpoczynamy nasz ostatni dzien w stolicy Panstwa Srodka. Okolo jedenastej opuszczamy zajmowany przez ostatnie 4 dni pokoj (zostawiajac tam Asie i mega chrapiacego Latynosa), szybka wizyta w hostelowej przechowalni bagazu i mozna "ruszac w miasto". My wraz z Mariankami dojezdzamy metrem do bramy Qianmen, ktora od poludnia zamyka slynny pekinski plac. Niestety - wejsc na jej szczyt sie nie da - obiekt w remoncie. Spacerujemy wiec po placu pelnym Chinczykow, którzy zapewne czuja sie dumni, ze przyszlo im byc obywatelami takiego mocarstwa. Mijamy mauzoleum Mao, ktore zwiedzac mozna od 8 do 12 i tylko dwa dni w tygodniu (godziny przyjec niczym w ambasadzie rosyjskiej w UB) i dochodzimy do bram Zakazanego Miasta. Przed wejsciem ogromny portret Mao. Za co ci Chinczycy go tak czcza? Za ogolnonarodowy glod, ktory swego czasu pochlonal kilkadziesiat milionow ofiar? Czy za "rewolucje kulturalna", w wyniku ktorej zgladzono wielu intelektualistow, z ziemia zrownano klasztory i przeprowadzono wielkie polowanie na "kapitalistow"? Nie czaje tego, ale OK - wszak nie tylko to w Chinach jest dla mnie niezrozumiale.
Wracamy wolnym (nie "chwiejnym", jak u Kazika) krokiem ulica Wangfujing, ktora slynie z luksusowych butikow. O dziwo nie zachodzimy do zadnego z nich, ale skrecamy w mala uliczke pelna straganow z jedzeniem i pamiatkami. Sprzedaja tu rownie dziwne rzeczy jak na polozonej nieopodal uliczce, ktora odwiedzilismy w czasie pierwszej wizyty w Beijingu. Drobna roznica polega na tym, iz skorpiony na patyczkach sa zywe i machaja swoimi kolcami. Lucyne ogarnia obrzydzenie.
Kawalek dalej, równiez przy Wangfujing, wchodzimy do ksiegarni anglojezycznej. Wybor ksiazek przeogromny - glownie do nauki chinskiego. Przez chwile kusi nas by sobie cos kupic, ale dochodzimy do wniosku, ze jest tyle prostszych jezykow, których jeszcze nie znamy...Nasza uwage przykuwa takze ksiazeczka o intrygujaco brzmiacym tytule: "Chinglish". Jest to zbior fotografii przedstawiajacych smieszne bledy w uzyciu jezyka angielskiego, jakich Chinczycy robia mnostwo. Niewazne czy to menu w knajpie czy oficjalna tablica na dworcu. Napisow w stylu "Be careful not to be stolen" jest bez liku. Smialismy sie do rozpuku przegladajac owa pozycje. Niestety - 70 yuanow to cena nie na nasza kieszen.
W "naszej" knajpie odkrywamy kolejne pyszne danie - to smazona wieprzowina w ciescie, polana smakowitym sosem imbirowym. Palce lizac. Mimo, iz niektórym zapewne trudno uwierzyc, ze danie bylo bez kosci, smaczne i dobrze przyprawion, to naprawde takie wlasnie bylo.
Korzystajac z okazji, pragniemy wyrazic gleboki zal, iz kuchnia chinska tak ciezko doswiadczyla czlonkow wyprawy antrpologicznej "Depczac po pietach Markowi Polowi". Naprawde, nawet nas to juz nie smieszy - po prostu szkoda nam "Pimpusiow", którzy nie skosztowali tego, co w Chinach najlepsze.
Hostel opuszczamy krotko po 22-giej. Po dwudziestu minutach jestesmy juz na ultrazatloczonym dworcu, na którym zgromadzili sie chyba wszyscy mieszkancy Pekinu. W pociagu jest niewiele lepiej, ale na szczescie mamy miejscowki. Sprint do wagonu sprawil, iz miejsce na plecaki równiez sie znalazlo (nie zdazyli wladowac swoich "workow z piaskiem"). 23.55 - pojezd wyrusza w droge do Shanhaiguan, a my jak zwykle rozpoczynamy gre w kierki.
29 SIERPNIA - SOBOTA
Pierwsza pobudka w osmioosobowym skladzie. Po sniadaniu udajemy sie wakzal. Pekin juz troche sie nam przejadl, wiec jednak planujemy wypad nad Morze Zolte do Shanhaiguan. To wlasnie tam rozpoczyna (albo konczy - jak kto woli) sie Wielki Mur Chinski.
Zakup biletow jak zwykle nie jest prosta sprawa. W kolejce do jedynej (sposrod 85-ciu) kasy opatrzonej napisem "Tickets for foreign people" poza nami sami Chinczycy (w liczbie okolo trzydziestu). Na kartce mamy spisane numery pociagow, ktore jezdza przez Shanhaiguan. Oczywiscie przy okienku okazuje sie, ze zaden z nich nie kursuje (o dziwo starsza kasjerka mowi po angielsku). Kupujemy bilety na jutro na 23.55. Jako, ze to "tylko" 280 kilometrow, na miejscu bedziemy o 3.30 w nocy. Idealna pora na zwiedzanie. Z drugiej strony lepszy rydz niz nic (szczegolnie pod koniec wakacji), wiec i takie przejazdowe kwitki nas satysfakcjonuja.
Z dworca rozchodzimy sie w roznych kierunkach. My z Lucyna udajemy sie do dzielnicy muzulmanskiej. W samej stolicy mniejszosc ta liczy okolo 200 tysiecy ludzi. Bardzo oryginalnie prezentuje sie meczet w chinskim stylu. Jedynie arabskie napisy zdradzaja, ze nie jest to kolejna buddyjska swiatynia, jakich w tym kraju wiele. Zabawnie brzmia takze miejscowi muzulmanie, którzy ubrani w tradycyjne arabskie stroje, z dlugimi brodami, szczebiocza do siebie po chinsku.
Obiad konsumujemy w sprawdzonej, taniej knajpce niedaleko Sanlitun Hostel. Po zmroku wyprawiam sie raz jeszcze do wioski olimpijskiej. Poprzednim razem nie bylo czasu na zrobienie kilku cieszacych oko kadrow. A jest tam co fotografowac - szczególnie poznym wieczorem, gdy wszystkie obiekty sa atrakcyjnie illuminowane.
28 SIERPNIA - PIATEK
Pozegnaniom nie bylo konca. W koncu jednak i on nadszedl byl. Trzy siostry i brat Wolski pojechali na lotnisko, a pozostala osemka na Silk Market. Dzis spedzimy tam duzo wiecej niz godzine (tak bylo poprzednim razem). Szesc pieter, kilkaset stoisk - jest co ogladac, a pewnie i gdzie wydac kase. Zegarek Gucciego (rzecz jasna oryginal;) za 30 yuanow? Po krotkim targowaniu - bez problemu. Wszystkim zaczepiajacym mnie sprzedawcom odmierzaczy czasu pokazuje swój wlasny informujac tym samym , ze juz mam. Blyskawiczna odpowiedz brzmi: "We have the same. Buy second!". Sandaly Tevy za 35 zlotych? Jak najbardziej - modeli bez liku. Poza tym ciuchy najwiekszych swiatowych marek (wiekszosc to oczywiscie dobrze wykonane podrobki), bizuteria, chinskie pamiatki i wiele wiele innych. Wraz z Lucyna i Marianami konczymy buszowanie po trzech godzinach. Danuty i Slomy zostaja nieco dluzej.
Wracamy do hostelu w metrze rozprawiajac "kto, co, za ile i od ilu startowal". Wszyscy sa przekonani, ze zrobili dobry interes, a Polacy to swietni negocjatorzy, którzy na zrujnowanie portfela sobie nie pozwola. Pol godziny po przybyciu do naszej noclegowni schodze na dol. Patrze, a tam Wojtek ciagnie czyjas torbe na kolkach. Prawdziwy dzentelmen z tego Danutowego gacha, skoro pomaga jakims watlym dziewczynkom, ktore nie daja rady ze swymi pakunkami. Po chwili okazuje sie, iz torba nalezy jednak do Ciotki i jej Farfocla, a wewnatrz znajduja sie 4 (tak - slownie: "cztery") duze zestawy porcelany. W przyplywie spontanicznosci Danuta "okazyjnie" zakupila az tyle tego chinskiego narodowego specjalu ("a bo na prezent slubny, a bo mi tez sie przyda"), a dopiero pozniej wlaczyla myslenie i przypomniala sobie, ze do Dzoldzins jakies 9 tysiecy kilometrow. Ladem. Ech ta nasza ciotka. Zachodzimy w glowe "co nia kierowalo", gdy postanowila dokonac tak fantastycznego zakupu.
A reszta wieczoru przy pilkarzykach i bilardzie. Gdzieniegdzie pojawia sie takze "Yanjing" (najczesciej u Haliny). Milym urozmaiceniem okazuje sie "Dumplings party" organizowane przez nasz hostel. Ciasto, walki, dwie miski z farszem i w miedzynarodowym skladzie lepimy pierozki. Oj, smaczne bylo.
piątek, 4 września 2009
UWAGA - FOTY!!
Czesc "chinskich" zdjec juz na blogu (ogladajcie poczawszy od 13 sierpnia). Reszte byc moze dorzuce jutro. Dzis juz mi sie nie chce.
niedziela, 30 sierpnia 2009
27 SIERPNIA - CZWARTEK
Poranek rozpoczyna sie tradycyjnym chinskim niskobudzetowym sniadaniem. Jak codzien jemy nalesniki z jajkiem. Cena - 3 yuany. Smaczne, sycace i tanie.
Dla niektórych to ostatni dzien w Panstwie Srodka. Jeden z "niektórych", Wolski Andriejewicz, ma zbiezne plany z naszymi. W takim razie wspolnie udajemy sie do Parku Beihai ("bei" = polnoc, "hai" = morze) polozonego w samym centrum Pekinu, tuz obok Zakazanego Miasta. Wstep kosztuje 10 RMB. Kolejny raz bulwersujemy sie, ze czardzuja nas za wejscie do parku i kolejny raz przypominamy sobie, ze park w Chinach to jednak cos innego niz park w kraju nad Wisla.
Duzo tu zdobionych pawilonow, w których mozna na moment usiasc i odpoczac od palacego slonca. Dla amatorow sportow wodnych - sporych rozmiarow jezioro, po którym plywaja lodzie wioslowe, rowery wodne itp. Na jeziorze znajduje sie takze wysepka, a na niej slynna Biala Dagoba. Na uwage zasluguje równiez "Ekran Dziewieciu Smokow", ktory ma odstraszac zle duchy (ach te chinskie wierzenia). Ponad dwugodzinny spacer byl prawdziwie odprezajacym doswiadczeniem (mimo, ze pogoda wcale tego nie ulatwiala)
Niespiesznym krokiem podazamy w kierunku Wiez: Bebnow i Dzwonow. Wstep na legitymacje ISIC do obydwu obiektow kosztuje 15 RMB. Wieza Bebnow ponoc znajduje sie w kazdym wiekszym miescie. W przeszlosci sluzyla do obwieszczania godziny i oglaszania alarmow. Dodatkowa atrakcja jest to, iz co pol godziny kolesie (choc byly i kobiety) w tradycyjnych strojach bebnia w bebny. Wieza Dzwonow nie wzbudza w nas wielkiego zainteresowania - dzwon jaki jest kazdy widzial. Na koniec spacer po okolicznych hutongach. W tej czesci Pekinu zachowalo sie wyjatkowo duzo tradycyjnych chinskich uliczek, gdzie cala dobe toczy sie gwarne zycie.
Wieczor spedzamy w miasteczku olimpijskim, gdzie urzadzamy "pozegnalna impreze" dla siostr i Wolskiego. Rzecz jasna to oni stawiaja flaszke (wersja dla rodzicow: jedna flaszke, wersja zgodna z rzeczywistoscia: dwie flaszki). Powrot tuz przed "zamknieciem" metra, przy koniecznych trzech przesiadkach, dostarczyl sporo adrenaliny.
26 SIERPNIA - SRODA
Noc uplynela mniej lub bardziej wygodnie (w zaleznosci od osoby i ze wskazaniem na "mniej"), ale faktem jest, iz 8.10 wysiedlismy na pekinskim dworcu. Wsiadamy do zatloczonego metra i juz po kilkunastu minutach jestesmy w dobrze znanym Sanlitun Hostel. Klade sie spac, bo w pociagu niestety nie bylo mi to dane. Nie bedzie szyderczego powitania pozostalej czworki. Nikt nie ma na to sily.
Godzinka snu standardowo zamienia sie w cztery. Skoro jest juz 14-ta to pora na obiad. W "zaprzyjaznionym" barze spotykamy Danute, ktora twierdzi, ze w jej pokoju byl Wolski. Ciekawe jakim cudem, skoro wraz z Grobelnymi zarezerwowali zupelnie inny hostel. Cos musialo sie jej przysnic...Ciekawe co Wojtek na to, ze Danuta wciaz sni o Kubie...Pol godziny pozniej okazuje sie, ze Danuta wyjatkowo nie oszukiwala. Kuba siedzi przy recepcji i opowiada nam swoja (a wlasciwie "ich") historie. Po przyjezdzie (dla przypomnienia: 2h po nas) poczytali opinie o hostelu, w którym "zabookowali" nocleg. Okazalo sie, ze nie honoruja tam rezerwacji z hostelworld.com, a sama noclegownia polozona jest w jakims malo atrakcyjnym miejscu. Szybko sie zorientowali, nieprawdaz? Tak czy inaczej - zamiast do "South Garden" przyjechali do "naszego Sanlituna" i wzieli cztery miejsca w dormitorium. Takim oto sposobem cala dwunastka spi w jednym miejscu.
A wieczorem, wraz z Lucyna i Adamem Andriejewiczem, wyprawiamy sie po chinskie herbatki. Odwiedzamy ekskluzywnie wygladajacy sklep na ulicy Jinbao (kilkaset metrow od najbardziej wypasionych butikow na Wangfujing), w którym kupilismy juz jasminowa herbate podczas naszej pierwszej wizyty w Pekinie. Mimo, ze byla to najtansza z dostepnych herbat (6 RMB za 50g) smakowala wybornie. Czym nas urzekla? Intensywnym zapachem, swietnym smakiem, niewielka iloscia kwiatkow potrzebnych by zaparzyc kubek goracego aromatycznego napoju. Niestety (dla portfeli, bo dla kubkow smakowych "stety") - pozostale gatunki herbat byly rownie urzekajace. Moze i tanio w tych Chinach, ale jak sie kupuje w taaakich ilosciach to i tak pieniadze blyskawicznie sie rozplywaja. Parafrazujac ulubiona piosenke Slomy: "Co sie stalo z nasza kasa, pyta Jedrzej w Panstwie Srodka"
Godzinka snu standardowo zamienia sie w cztery. Skoro jest juz 14-ta to pora na obiad. W "zaprzyjaznionym" barze spotykamy Danute, ktora twierdzi, ze w jej pokoju byl Wolski. Ciekawe jakim cudem, skoro wraz z Grobelnymi zarezerwowali zupelnie inny hostel. Cos musialo sie jej przysnic...Ciekawe co Wojtek na to, ze Danuta wciaz sni o Kubie...Pol godziny pozniej okazuje sie, ze Danuta wyjatkowo nie oszukiwala. Kuba siedzi przy recepcji i opowiada nam swoja (a wlasciwie "ich") historie. Po przyjezdzie (dla przypomnienia: 2h po nas) poczytali opinie o hostelu, w którym "zabookowali" nocleg. Okazalo sie, ze nie honoruja tam rezerwacji z hostelworld.com, a sama noclegownia polozona jest w jakims malo atrakcyjnym miejscu. Szybko sie zorientowali, nieprawdaz? Tak czy inaczej - zamiast do "South Garden" przyjechali do "naszego Sanlituna" i wzieli cztery miejsca w dormitorium. Takim oto sposobem cala dwunastka spi w jednym miejscu.
A wieczorem, wraz z Lucyna i Adamem Andriejewiczem, wyprawiamy sie po chinskie herbatki. Odwiedzamy ekskluzywnie wygladajacy sklep na ulicy Jinbao (kilkaset metrow od najbardziej wypasionych butikow na Wangfujing), w którym kupilismy juz jasminowa herbate podczas naszej pierwszej wizyty w Pekinie. Mimo, ze byla to najtansza z dostepnych herbat (6 RMB za 50g) smakowala wybornie. Czym nas urzekla? Intensywnym zapachem, swietnym smakiem, niewielka iloscia kwiatkow potrzebnych by zaparzyc kubek goracego aromatycznego napoju. Niestety (dla portfeli, bo dla kubkow smakowych "stety") - pozostale gatunki herbat byly rownie urzekajace. Moze i tanio w tych Chinach, ale jak sie kupuje w taaakich ilosciach to i tak pieniadze blyskawicznie sie rozplywaja. Parafrazujac ulubiona piosenke Slomy: "Co sie stalo z nasza kasa, pyta Jedrzej w Panstwie Srodka"
25 SIERPNIA - WTOREK
Dzis opuszczamy sympatyczne Pingyao, miasteczko ktore dalo nam nieco wytchnienia po kilku dniach w wielomilionowym Pekinie. Wyjechac stad jest duzo trudniej niz dostac sie. Zakup miejscowki na "hard seat'a" (w ktorymkolwiek z dwoch pojezdow) do stolicy niemalze graniczy z cudem. Dlatego tez dwa dni temu, od razu po przyjezdzie kupilismy 4 bezposrednie bilety dla wracajacych samolotem (co za wspanialomyslnosc & solidarnosc), a pozostala osemka (meczennicy) jedzie do Taiyuan (150km od Pingyao) i tam szuka szczescia (=biletow na dalsza trase)
Podroz rozpoczynamy od ponad godzinnej wizyty na dworcu, gdyz nasz pociag jest solidnie spozniony. Do Taiyuan docieramy po 15-tej zamiast przed 14-ta. Przeciskamy sie przez ultra zatloczony hol i biegiem do kas. Mily pan z obslugi dworca wypisuje na kartce godziny odjazdow. Gdy decydujemy sie na konkretny pociag (taki o 21 z Taiyuan) mily pan staje sie panem przemilym. Bierze kartke, idzie do kasy i kupuje nam pozadane bilety. Co za serwis. Tak powinno byc na kazdym dworcu.
No i najlepsze na koniec. W Beijingu bedziemy o 8 rano. Ponad dwie godziny przed "lotniczym kwartetem", kwartetem ktory na nasze "do zobaczenia w Pekinie" odpowiedzial "o ile dojedziecie". Ten sie smieje, kto sie smieje ostatni...Przez chwile ze Sloma mamy nawet pomysl, aby o tej 10-tej udac sie na dworzec i powitac ich "transparentem" "Magdalena". Ujrzec wyraz ich twarzy...bezcenne.
Taiyuan, wbrew temu co mowila Chinka z pociagu, nie jest wcale "bjutiful siti". Krotki spacer konczymy w podrzednej knajpce (na te "nadrzedne" mamy zbyt skape sakiewki), w ktorej obsluga jest dosc specyficzna (czytaj: wyjatkowo tepa). Podawszy trzy z pieciu zamowionych dan, pani kelnerka podchodzi do nas i lamana angielszczyzba pyta: "Hello, what do you want to eat?". Kazdy zdebialby uslyszawszy takie pytanie w srodku posilku. Na nic zdaja sie tlumaczenia, pokazywanie w menu, liczenie na palcach itepe. Wiadomo czego tysiac mnie trafia (glodny Polak to zly Polak. Zawsze.) Lucyna podejmuje sie trudnego zadania uzmyslowienia chinskiej tepocie, ze to co zapisala na kartce naprawde chcemy skonsumowac. Niestety - pani jest wyjatkowo oporna na tlumaczenie. Placimy za to co w istocie goscilo na naszym stole i wychodzimy.
W poczekalni lupiemy w Dominiona, co jak zwykle gromadzi tlum ciekawskich Chinczykow. 45 minut przed odjazdem formuje sie kolejka do bramek. Jak zawsze ma piec nielegalnych odnog, z których do kolejki doplywaja chinscy kombinatorzy. Na szczescie zajmujemy calkiem niezla lokate w "wielkim wyscigu", ktory rozpoczal sie pol godziny przed odjazdem. To nam pozwala wrzucic plecaki na gore zanim Chinczycy wladuja tam swoje "worki z piaskiem". Siadamy na naszych wygodnych fotelach (ktore mamy wykupione, w odroznieniu od "Wolskich" i "Grobelnych") i standardowo pykamy w tysiaca oraz kierki. Pod nieobecnosc Andriejewicza zgarniam cala pule...
Subskrybuj:
Posty (Atom)